3 stolice w 3 dni

I to wcale nie Wiedeń-Budapeszt-Bratysława. Powrót z Indii do Czech przez Ukrainę.

Delhi. Nie takie złe, jak o nim mówią. „Dzięki” aerosvitowi spędzam tu 3 dni więcej, niż było w planie. Za zwiedzanie się nawet nie biorę, bo 46 stopni w powietrzu zwalają z nóg. Przechadzam się leniwie od wypasionego klimatyzowanego hotelu (znaleziony na agoda.com za niewiele większe pieniądze niż depresyjne klitki w obskurnych hotelikach w dzielnicy Parah Ganj z ledwo zipiącym w tych upałach wentylatorem) do klimatyzowanego, a jakże, McDonald’s czy innego KFC. Obserwuję ludzi i wciąż się dziwię. Dziwię się aż do ostatniego dnia w Indiach.

Arcydzieło na moich łapkach. Mehndi, popularnie zwane henną, młode utalentowane chłopaczki na ulicach Delhi malują za grosze

Mecz Polska-Rosja próbuję obejrzeć w pubie. W końcu Delhi to olbrzymie miasto, mieszka tu sporo obcokrajowców, powinni więc transmitować Euro. Transmitują, ale o 1 w nocy wszystkie puby zamykają, a nasz mecz zaczyna się dopiero o północy indyjskiego czasu. Jest nas – Polek – dwie, prosimy więc o podgłośnienie TV na maksa na hymn narodowy. Na widok biało-czerwonych trybun przechodzą mnie ciarki i leci łezka, nie posądzałam się nigdy o taki patriotyzm ;) Atmosfery brak, piłką nożną nikt nie jest zainteresowany, oglądają krykieta. Jedynie barman pyta nas, czy to ważny mecz. Myślimy chwilę, jakby mu to wytłumaczyć i w końcu mówimy, że to tak jakby Indie grały z Pakistanem. Ze zrozumieniem kiwa głową, przyznając, że w takim razie to dla nas pewnie więcej niż tylko emocje sportowe.

A pan w sklepiku z pen-drive’ami zaskoczył mnie, mówiąc: „Polska? Zbigniew Boniek! Byłem jego największym fanem. A wczoraj w TV oglądałem, jak piłkarze zjechali się już do Polski i jechali na wycieczkę do Auschwitz”- jak miło dowiedzieć się od Hindusa, co się w kraju dzieje :) O samym Delhi jeszcze będzie osobny post.

Po trzeciej zmianie daty mojego lotu powrotnego (TAK! była i trzecia, grrrr!), kiedy wciąż nie mam pewności, czy i kiedy wrócę do Europy, zadzieram kiecę i w bojowym nastroju lecę do biura aerosvitu, które się w Delhi znajduje. Najpierw radzą mi, żeby skontaktować się z polską ambasadą, bo wiza się niedługo kończy, a nie wiadomo, ile jeszcze razy lot zostanie przełożony, ale oczywiście standardowo w sekcji konsularnej przez cały dzień nikt nie odbiera telefonów. W aerosvicie mam zamiar wykłócić się o…właśnie, sama nie wiem, o co, bo z relacji innych wiem, że zwrotu kasy za hotel i tak nie ma szans od nich wyegzekwować, ale chcę im przynajmniej powiedzieć, co o nich myślę.

A na miejscu, zamiast wrednych ukraińskich babsztyli, które nie odpowiadają na moje maile i nie odbierają telefonów, a które spodziewałam się zastać, zastaję przemiłą Hinduskę, która z uśmiechem przeprasza i obiecuje, że czwartkowy lot się już na 100% odbędzie. Ale z 18(!) godzinnym opóźnieniem. Miła pani mówi mi, że po powrocie do Polski mogę napisać ZAŻALENIE!!! Pfff, to chyba żart… Nie kłócę się, bo pani naprawdę sympatyczna, a co ona winna, że pracuje dla takich debili. Podejście złe, ja to jednak nie umiem walczyć się o swoje… Informują mnie też, że dwa poprzednie loty zostały odwołane z przyczyn technicznych, co przeraża mnie jeszcze bardziej.

Na lotnisko w Delhi można wejść tylko z wydrukowanym potwierdzeniem lotu i okazując paszport. Wkurzam się, bo odprowadza mnie kumpela, a po odprawie bagażu chciałyśmy jeszcze pogadać, ale nic z tego. Potem nie pozwalają mi nawet wyjść na chwilkę, żeby jej coś przez drzwi przekazać. W gruncie rzeczy to sensowne rozwiązanie, bo jakby każdemu z tysięcy Hindusów tam obecnych towarzyszyła choć jedna osoba, zamieszanie byłoby jak na bazarze. Pół godziny przed otwarciem wejścia do samolotu, Ukraińcy z komendą „poszli!” ustawiają się w kolejce. A i tak miejsca na pokładzie są już przydzielone. Jak ja to uwielbiam :]

Mówią „you get what you pay for” i nie czepiam się marnego jedzenia czy niemiłych ukraińskich stewardes – to da się przetrawić. Ale na bezpieczeństwie oszczędzać nie ma co. Już na płycie lotniska mam strach w oczach, kiedy w samolot czymś stukają i cały się trzęsie. Poza tym przy starcie wybiórczo ludziom w różnych częściach samolotu włączają się i wyłączają komputerki pokładowe (z napisem Royal Brunei Airlines – Ukraińcy odkupili samolot, którzy tamci pewnie już z 10 lat temu spisali na straty) i światło. Przez cały lot z maszyny co jakiś czas dochodzą dziwne odgłosy. Przerażenie nie opuszcza mnie do momentu szczęśliwego lądowania na kijowskim lotnisku.

Nigdy więcej nie polecę ukraińskimi liniami. Wiem, mówiłam to już po ostatnich z nimi przebojach, ale teraz to już na pewno. Na stronie internetowej aerosvitu pięknie rozbudowany dział „customer care”, w rzeczywistości – najgorszy z możliwych!

pustki w samolocie to możliwość wygodnego wyspania się :) a za oknem wschód słońca

Pomidor z nadzieniem szpinakowym, mięso niezidentyfikowanego pochodzenia, sztuczna bułka i dziwny deser. Po tylu miesiącach nawet śmieciowe „zachodnie” jedzenie smakuje super ;) Było i wino, fakt, że w papierowych kubeczkach, ale było.

Kijów. Brrrrr, zimmmmmno mi! Pierwsze, co słyszę po wyjściu z samolotu, ciesząc się, że odetchnę wreszcie od Indii, to charczący Hindus tuż za mną. Stopoveru „dzięki” aerosvitowi brak, wizyta w centrum nie dochodzi więc do skutku :[ Spędzam 9 godzin w strefie tranzytowej lotniska. A ono niby nowe i ładne, ale ma niedociągnięcia w postaci braku kontaktów, nie mogę więc uciąć sobie drzemki, bo boję się, że budzik w prawie już rozładowanej komórce nie zadzwoni. A jetlag mocno daje o sobie znać i oczy zamykają się same. W Indiach nawet każdy dworzec kolejowy, nie mówiąc już o pociągach, miał mnóstwo kontaktów. Wstydź się, Europo.

W okienku z angielskim napisem „information” starsza pani z trwałą na głowie w kolorze „tleniony blond” i w modnym u nas wieki temu żakiecie z poduszkami na ramionach na większość pytań obcokrajowców odpowiada „ja ni znaju”. Choć jak ktoś spytał „where’s the gate no.X?”, dała radę i palcem wskazała kierunek :]

Praga. Krótko. „Dzięki” aerosvitowi noc jedna zamiast planowanych nocy trzech :[ Turystycznie poznana już lata temu. Tym razem śladami Beatlesów. O ścianie Johna Lennona dowiedziałam się w Indiach, w Rishikeshu, gdzie spotkałam sporo fanów liverpoolczyków.

fani Beatlesów dają tu upust swoim artystycznym talentom ;)

love is all around

Obowiązkowe zakupy na szybko – Fidorka to od zawsze mój faworyt wśród słodyczy :) No i oczywiście:

gulasz, knedliczki i ciemny Kozel :)

przechadzka mostem Karola

uliczni artyści na każdym kroku

Azjaci też, a oni, jak wiadomo, lubią pozować do zdjęć

praski Orloj, czyli najbardziej znany zegar astronomiczny świata; Ratusz miejski

a o pełnej godzinie rytm wybija m.in. kościotrupek

życie towarzyskie kwitnie- widok z mostu Karola

galeria sztuki nowoczesnej

polski akcent na czeskiej ziemi

jedna ze stacji praskiego metra

Praga ładne miasto i po Indiach to jak balsam dla mojej duszy.

Polska stolica już jutro!

Podobne wpisy:

3 komentarzy do posta 3 stolice w 3 dni

  1. Ania napisał(a):

    A i jeszcze zapomniałam
    świetna henna :)
    http://www.facebook.com/bozdrowie

  2. Ania napisał(a):

    szalona podróż,
    Fidorka to nazwa sklepu, czy jakieś tradycyjne słodycze czeskie?
    No i jeszcze rzeźba Dawida Czernego- I like it:)
    superzdjęcia!

    http://www.facebook.com/bozdrowie

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)