Delhi – pożegnanie z Indiami

Delhi było ostatnim przystankiem na trasie mojej prawie czteromiesięcznej podróży po Indiach. Ukochanych i znienawidzonych naraz Indiach – a mówią, że ALBO się je kocha albo nienawidzi? Nie byłam w Czerwonym Forcie, nie zrobiłam ani jednego zdjęcia pod słynną Bramą Indii, zapadł mi za to w pamięć nocleg u miejscowej rodziny na jego przedmieściach. Śpiewałam polski hymn w barze i spędziłam pół dnia na dworcu reklamując bilet na pociąg.

Od mojej wizyty w Indiach minęło już dobrych kilka lat. Ale Indii nie zapomina się tak łatwo – gwarantują wrażenia tak intensywne, że dopiero po tych kilku latach poczułam, że czas na ich zamknięcie, tzn ten ostatni wpis na blogu ;)

W Delhi spędziłam dużo za dużo czasu. Po pierwsze dlatego, że odwiedzałam tam Anię, koleżankę ze studiów, która robiła AEISECowe praktyki, po drugie – utknęłam czekając na przekładany wciąż lot powrotny do Pragi z Aerosvit (jak się cieszę, że te linie już upadły!).

Pierwsze moje wrażenia z Delhi? Fajne to miasto (eee?). Naganiacze bazarów wcale nie są aż tak nachalni jak słyszałam (eee?). Jest czerwiec roku 2012. Sprzedawca, od którego coś kupuję, słysząc, że jestem z Polski, mówi mi, że piłkarze są już w Polsce i…Auschwitz! Jestem w szoku. Nie wiedziałam nawet, że to już Euro, a dowiaduję się od Hindusa, w kraju, w którym krykiet jest popularny, a nikt nie interesuje się nogą. W dniu meczu Polska-Rosja szukamy z Anią jakiegokolwiek baru sportowego otwartego tu do późna, licząc na to, że znajdziemy jakąś oazę ekspatów, którzy takie rzeczy oglądają. Pudło, nie wygląda na to, żeby w tym mieście coś takiego mieli, kończymy w pizzerii, w której mają telewizor i jako, że świeci pustkami, pozwalają nam ustawić sobie kanał jaki chcemy. W Polsce pewnie nawet nie zainteresowałabym się tym meczem, ale na tak bardzo obcej obczyźnie nagle zaczyna mi bardzo zależeć, żeby móc usłyszeć polski hymn. Jestem już z dala od kraju jakieś 8 miesięcy i tęskno mi. Śpiewamy hymn na stojąco i nawet łezka jakaś leci. Przez różnicę czasu w połowie meczu zamykają knajpę i chcą nas z niej wyprosić, ale błagamy o możliwość obejrzenia go do końca, tłumacząc, że to tak, jakby Indie grały z Pakistanem. Panowie z obsługi ze zrozumieniem kiwają głowami.

Główna ulica turystycznej dzielnicy Delhi

Da się tu znaleźć kilka pięknych, ale zaniedbanych budynków – ten po prawej to meczet

Czy tylko ja wszędzie widzę te swastyki? ;)

Ania na swoich hotelowych praktykach ma zapewniony wypaśny jak na indyjskie warunki pokój w 3gwiazdkowym hotelu, w którym pracuje. Jednak Ania nie może przyjmować tam gości, bo jej Hindusi są podejrzliwi odnośnie każdej osoby pojawiającej się w jej kręgu. Obchodzą się z nią jak z jajkiem, kontrolując wszystko co robi, dokąd i z kim wychodzi po pracy. Jako, że jest to na obrzeżach miasta, przejazd do centrum i do dzielnicy turystycznej to wielka wyprawa, pierwszy nocleg Ania znajduje mi więc u rodziny swojego kolegi. Śpimy w jednym pokoju z całą rodziną. Rano oprócz śniadania i kropy na czole na błogosławieństwo jego mama daje mi pieniądze! Niewiele, ale wystarczająco na dzienne kieszonkowe. Głupio mi strasznie, ale nie przyjąć też nie wypada – chyba, bo naprawdę nie wiem jak się zachować.

Resztki jedzenia wyrzucają na ulicę – zje je któraś z ulicznych krów. Tak Hindusi zapewniają sobie dobrą karmę.

Po okolicy jeździmy motorami – mimo że skrajem lewego pasa, to ktoś nas wyprzedza z lewej strony (dopisek po 5 latach mieszkania w Indonezji – eee, naprawdę wtedy takie rzeczy mnie dziwiły? :D).

Za kilka dni już opuszczam Indie, a wciąż tyle rzeczy mnie dziwi. Na Sarojini Bazaar koleś sprzedający koszule co jakiś czas „czyści” je. Robi to w ten sposób, że z całej siły wali koszulą o ziemię :D

W sklepie obuwniczym mają genialny system podawania pudełek z zaplecza, które jest piętro wyżej. W suficie jest dziura, przez którą co chwilę ktoś zrzuca pudełka, o jakie proszą klienci. Kreatywność Hindusów nie zna granic.

W metrze kara za jazdę na dachu pociągu to całe 50 rupii (w przeliczeniu niecałe 3 zł!!!). Przy wejściu na stację prześwietlają wszystko jak na lotnisku. Już w wagonie lecą ciekawe komunikaty: „check if no suspicious person is sitting next to you”, „nie pluj, nie puszczaj muzyki z komórki”, upominają też, żeby nie siadać na podłodze. Strażnicy przeganiają pałkami tych, którzy próbują wcisnąć się w kolejkę do metra. Obserwuję, że niektórzy dostają nimi całkiem mocno! Pilnują też, żeby faceci nie włazili do wagonów dla kobiet. Zresztą same kobiety wydzierają się na tych, którzy odważą się wejść do ich wagonu.

„Zanim ustawisz się w kolejce, rozejrzyj się czy dookoła nie ma nikogo podejrzanego” :D

Czego by złego o Delhi nie mówić, metro mają na poziomie!

Abstrahując już od metra, lubię po Indiach jeździć najtańszymi pociągami, bo ludzie są na ogół przemili. „Madame niech usiądzie!” – w zatłoczonym pociągu faceci robią mi miejsce! Nie jeden, a kilku z nich prześciga się w oferowaniu mi miejsca i nie ma opcji, żebym odmówiła. To tak a propos złego traktowania kobiet w Indiach.

Przypadkiem ląduję w jakiejś czarnej dzielnicy, tu przynajmniej nikt nie patrzy się na mnie dziwnie, bo oni sami są tu przecież inni.

Przy Connaught Place odkrywam super budkę z szejkami w szklanych butelkach (takich, w jakich u nas kiedyś kupowało się mleko) – pyyycha! Łatwo go poznać, bo jest na rogu i zawsze ciągnie się do niego długa kolejka.

Jest czerwiec, najgorętszy tu okres. Temperatury dobijają do 48 stopni. Mimo, że upały uwielbiam, tu jest jak w piekle. Nie mogę spać, a po pół godzinie na dworze słabo mi się robi i uciekam do klimatyzowanych miejsc. Podczas jednego ze spacerów po mieście przed upałem chowam się w KFC i odkrywam, że to najwyraźniej super modne miejsce na randki. Chyba dlatego, że drogo i po zachodniemu.

Jako, że turyści stąd w czerwcu raczej uciekają, udaje mi się znaleźć hotel 3gwiazdkowy za niecałe 40zl za dobę :) Idealna końcówka podróży – to mój najlepszy nocleg w ciągu ośmiu miesięcy, z klimatyzacją i śniadaniem do łóżka! Słysząc rano „Good morning, madame, breakfast!” czuję się jak królowa.

Najlepszy hotel w jakim spałam w ciągu dwóch lat podróży w ogóle

Wybieram się na kilka bazarów – m.in. Palika i Janpath – chyba jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam tylu „yes, madame?”. Teraz, znając już te ich (i tak tylko niektóre) sztuczki, śmiać mi się chce z tych oszustw, np. za rakietę na komary, która ma wyraźnie napisaną cenę maksymalną 55 rupii, oni chcą 250, wmawiając mi z poważną miną, że to rupie…chińskie :D

Odkrywam też bazarek, na którym można kupić ciuchy z Zary, Nexta i Mango za grosze. Bluzka Stradivariusa kosztuje mnie $1.

L: Wszystko za dolara! Markowe ciuchy z dobrych materiałów, ale z odrzutów – w końcu to tu wszystko to się produkuje. P: ALL in one? Tylko w Indiach! :D

Zastanawiam się, czy to dobrze, że tak uodporniłam się na żebraków. Z jednej strony mocno żebranie potępiam, ale kiedy niosę w ręku mango i dzieciaki biegające na boso próbują mi je wyrwać, odganiam je odruchowo, później łapią mnie wyrzuty sumienia i serce mi pęka. Bo co, jeśli one naprawdę nie mają co jeść? Nie chcę już tu być i się codziennie z takimi myślami bić.

Nie mogę się już doczekać powrotu do Europy tak bardzo, że nie chce mi się już nawet zwiedzać, chociaż jest kilka tzw. „obowiązkowych” punktów turystycznych, do których mogłabym się jeszcze wybrać. Z tego wszystkiego (plus z ciekawości, jak tu działa załatwianie spraw urzędowych) wybieram się na dworzec zwrócić bilety, których z Anią nie wykorzystałyśmy podczas kiepsko zaplanowanej wycieczki do Parku Narodowego Bandhavgarh. Zajmuje to 3 godziny łażenia od okienka do okienka. W końcu ląduję przy tym, od którego zaczynałam. Ale wolę to niż zwiedzanie – tu dopiero można zgłębić temat indyjskiej biurokracji. Sterty papierzysk, z mojej banalnej przecież sprawy tworzy się cała teczka! Kilka druczków, potem kolejne – tylko dla obcokrajowców. Ratuje mnie to, że za 2 dni wylatuję, więc po uśmiechnięciu się do station managera (serio, aż do niego sprawa dotarła!) od razu załatwiają mi zwrot, nie każąc czekać – normalnie ponoć trwa to 8-9 miesięcy!!! Panie za biurkami są powooolne, przysypiają, potem jest przerwa na lunch, zadają setki pytań, czemu zwracam bilet. Pewnie się dziwią, czemu „bogata” biała wykłóca się o 600 Rs (jakieś 30 zł).

L: Koczujący pasażerowie na dworcu w Delhi; P: Żałuję teraz, że z niej nie skorzystałam, żeby sprawdzić o co chodzi!

Koleje indyjskie dumą narodu!

Tłumy gromadzą się przy listach pasażerów – zanim wsiądzie się do pociągu, trzeba odszukać tam swoje nazwisko

Jakiś dziadek przenosi całej rodzinie walizy przez tory, co jest zakazane, i od razu daje SOKiście kasę w łapę jak tylko go widzi, ale jest zmieszany, widząc, że ja to widzę. Inny wyżera resztki jedzenia ze śmietnika.

Koniec kropka. To teraz mogę już zacząć myśleć o kolejnej wyprawie do Indii ;) Tym razem miasta na pewno omijać będę szerokim łukiem.

I jeszcze z serii „only in India”:

komentarz chyba zbędny?

Na pamiątkę kupuję sobie gazetę z obszernym działem „ogłoszenia matrymonialne” – podzielone są na religie, wykształcenie, często pojawia się też dopisek „jasna skóra” (czyli oczywiście wybielana), co jest wielkim atutem. Gazety to bardzo popularne w Indiach źródło szukania męża.

Imprezka pod mostem

…i uliczny fryzjer

I uwaga – drastyczne:

Tak zapamiętałam Delhi – ten pies leżał przed jednym z głównych wejść na główny dworzec kolejowy w Delhi przez co najmniej kilka dni. Obok niego co chwilę przechodziły tłumy ludzi, patrole policyjne… Nikt nie zwracał na niego uwagi.

Podobne wpisy:

Komentarz do posta Delhi – pożegnanie z Indiami

  1. Anna Nemo napisał(a):

    nie pojade do indi ,indonezja jawa owszem ale indie no po tym co przeczytałam nie na moje nerwy…pies biedak ma mine szczęśliwego ze umarli nie cierpi już w tem podlym swiecie, u nas alkoholik by się ulitowal nawet,,,

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)