Never Again?

Jeszcze żaden kraj nie budził we mnie tylu skrajnych emocji, co Indie. Jednego dnia się go kocha, kolejnego nienawidzi.

Obiecuję, że jeszcze powrzucam tu te wszystkie piękne zdjęcia i opiszę miejsca, które mnie w tym kraju zachwyciły. Jestem przekonana, że będę za nim tęsknić, ale na chwilę obecną na usta ciśnie mi się tylko:

I’ll
Never
Do
India
Again ! ! !

(żeby nie było, nauczyli mnie tego lokalsi :P)

Na Hindusow okreslenie „irytujacy” to malo. Ci ludzie bywaja WKURWIAJĄCY i zadne inne slowo tu nie pasuje.

Absurdalne – marze o braku Hindusow w Indiach. O ile do tej pory staralam sie unikac skupisk turystow i skomercjalizowanych miasteczek, to miarka sie przebrala i teraz celowo wybieram knajpy i hotele pelne bialych twarzy.

Dostalam ostatnio maila o takiej tresci:

„Wczoraj ogladalam film o Kambodzy, dokumentalny, ta ich spiewna i glosna mowa jest straszna, jakby sie klocili, nie wytrzymalam do konca, podziwiam Cie, ze tak dlugo obcujesz z nimi i dopiero teraz zaczelo Cie to meczyc.”

Oj, zaczelo. Mieszkancow Kambodzy w porownaniu z Hindusami wspominam bardzo cieplo.

Hindusi, w przeciwienstwie do chocby wrednych Wietnamczykow, raczej turystow lubia i sa do nas przyjaznie nastawieni, ba, czesto witaja nas z blyskiem w oku, bo w koncu bialy i money to dla wielu wrecz synonimy.
Uciazliwe jest jedynie to, w jaki sposob te przyjazn okazuja. Bywaja dni, ze oni robia mi wiecej zdjec niz ja im, a przy odpowiedzi na setne pytanie z cyklu „skad jestes, jak masz na imie i dlaczego nie masz meza?” ciezko juz zachowac usmiech na twarzy, mimo, ze kilkunastoosobowa rodzinka, z ktorej kazdy po kolei (wlacznie z babcia) chce miec ze mna foto, jest sympatyczna i nie sposob im odmowic. Najczesciej to pielgrzymi, bo turystyka pielgrzymkowa (wyznawcow wszystkich mozliwych religii) dziala tu na niewyobrazalnie wielka skale, a tacy czesto przyjezdzaja ze wsi i faktycznie po raz pierwszy widza biala facjate, znana wczesniej tylko z telewizji.

Czlowiek probuje sobie wmowic, ze oni wcale nie sa tacy glupi ani prostaccy, a po prostu wychowani w innej kulturze i trzeba to zaakceptowac, blablabla, ale bezskutecznie. O ile staram sie nie uprzedzac do ludzi zbyt szybko i nie wystawiac opinii dla ogolu na podstawie jednostek, to ta opiera sie na dwoch miesiacach tu spedzonych.

Park miejski. W oczekiwaniu na autobus siedze na lawce i czytam ksiazke. Podchodzi do mnie mloda dziewczyna i pyta, czego sie UCZE i dlaczego, skoro przeciez jestem na wakacjach… Nie widzialam jeszcze, zeby ktokolwiek tu czytal cos innego niz gazete albo spiewnik w swiatyni. Wciaz 1/3 mieszkancow tego kraju to analfabeci – to najwyzszy odsetek na swiecie.

Postoj nocnego autobusu. W oddali widze polacie palacego sie lasu. Obok drogiej fury stoi dostojny grubasek w garniturze i pod krawatem. Standardowo zaczepia:
Madame country?
Europe – odpowiadam, bo nie chce mi sie juz tlumaczyc, co to Poland.
Aaaaa, Europe country! Very nice country! – zawsze mowia, ze nice, mimo, ze malo kto wie, gdzie to :)
Co to za pozar tam w oddali? – wskazuje mu na szalejacy ogien na wzgorzu – Moze by tak zawiadomic straz pozarna?
A to, madame, prywatna osoba dla dobra srodowiska i NARODU wypala grunty, zeby nam sie lepiej zylo – mowi z duma w glosie.
A policja sie tym nie interesuje i nie karze mandatem? – dopytuje, ale gosciu nie rozumie. Przeciez to dla dobra narodu.

Przykre jest to, ze nas w szkolach ucza, zeby oszczedzac wode, bo biedne dzieci w Sudanie czy tez Indiach maja jej niedostatek, a tu nic sobie z tego nie robia. Nie dbaja o srodowisko, pala smieci na potege, bezmyslnie marnuja wode, a potem licza na pomoc bogatszych krajow, bo glod, bo choroby i ubostwo.

Kto w Indiach szuka logiki, dlugo tu nie wytrzyma. To kraj pelen absurdow, idiotycznych przepisow i biurokracji – kupienie lokalnej sim karty zajelo mi dwie godziny, bo wymagane do tego foto paszportowe, ktore bez problemu przyjeli w konsulacie przy ubieganiu sie o wize, panu w sklepie wydalo sie „raczej nieodpowiednie”, bo mialo za malo bialego obramowania. Po kilku wykonanych telefonach przesadnie przejety cala sytuacja pan oznajmil, ze za pol godziny przyjedzie przedstawiciel firmy, zeby stwierdzic, czy moje foto spelnia ich wymogi. W akcie desperacji wyciagnelam dwa inne identyczne zdjecia, z ktorych jedno mialo doslownie 0,5mm wiecej bialego obramowania (przypadkiem, bo zostalo zle przyciete). Pan z powazna mina orzekl, ze „to zdjecie jest o wiele lepsze i powinno zostac zaakceptowane przez odpowiednie wladze”, ale i tak czekalam na przedstawiciela handlowego, ktory na szczescie okazal sie wyluzowany i w ramach przeprosin za czekanie postawil mi szklaneczke czaju.

Konfrontacja naszej europejskiej ciszy i sterylnosci z, jak to sie na lekcjach jezyka polskiego ladnie mowilo, zastana rzeczywistoscia, tez czasem kosztuje sporo nerwow.

Przyczyna zgielku na ulicach jest oczywista – przeludnienie. Hindusi sa na tyle (nie bojmy sie tego slowa) ograniczeni, ze nie kontroluja produkcji dzieci i z duma mowia o tym, ze w 2030r. ma ich byc wiecej niz Chinczykow (o zgrozo!).

Kakafonia dzwiekow. Z jednej strony wsciekla kobita przeganiajaca krowe (a krowa, jak to w jej naturze, lubi sobie od czasu do czasu zamuczec), z drugiej sprzedawca nawolujacy do kupienia niezawodnej zapalniczki z wbudowanym swiatelkiem za 200rupii ONLY! (prawdziwa cena to pewnie z 10Rs), z trzeciej zebrak, ktory zignoruje setki Hindusow, ale jak tylko zobaczy biala twarz, wyciaga reke i żądajacym tonem wydrze sie „you! MONEY!”, jakby mu sie bezwzglednie nalezalo. A jak go czlowiek oleje i nie spogladajac sie nawet idzie dalej, ten z wyrzutem w glosie 3 razy krzyknie „hej, madame, madaaaaame!!!” („chodzaca skarbonko”, chcialoby sie dodac), zanim nowe dzwieki go nie zaglusza… itp, itd… Wlasnych mysli nie slychac.
Nie ma dokad uciec, bo zza rogu wylaniaja sie kolejni tacy, i kolejni, i ko… Ehh…

Jak moglam zapomniec o nieodlacznym skladniku tej ulicznej orkiestry? TRĄBIENIE. Trabic kierowcy musza, bo w razie wypadku winny jest ten, ktory klaksonem nie ostrzegl, ze nadjezdza. Jest nawet znak drogowy „używaj klaksonu”. Tak wiec trabieniu nie ma konca. Europejski nawyk, ze sie czlowiek na jego dzwiek zatrzymuje i odwraca, zeby zobaczyc, co sie dzieje, tu u mnie zanikl.

Lokalna knajpa. Wielopokoleniowa rodzinka spozywajaca obiad. Jedno dziecko ryczace glosniej niz drugie. Babcia wydzierajaca sie na nie i matka uderzajaca je od czasu do czasu po glowie albo twarzy (to tutaj tez norma).
Widac, ze nowobogaccy, bo poubierani markowo, ale bez zadnego wyczucia stylu. Bywa, ze rozmawiaja ze soba po angielsku, zeby pokazac, jacy to oni wyksztalceni (pomijam oczywiscie tych, dla ktorych angielski jest jezykiem ojczystym, a ktorych tez tu sporo, szczegolnie w Mumbaju). Najstarszy dzieciak bawi sie wypasiona komorka, dostarczajac calemu lokalowi skocznej muzyki punjabi. Wiadomo, im glosniej, tym lepiej. Rodzice dumni, bo przeciez stac ich na najnowszy model, niech wszyscy widza i slysza.

Ale oprocz tego, ze jest ich za duzo i sa glosni, to jeszcze oblesni. Nieodlaczne dzwieki kojarzace mi sie z Indiami to, poza swiatynnymi hipnotyzujacymi mantrami, takze donosne kichanie, bekanie i charczenie. Charcza kobiety, charczy, a potem spluwa na podloge kelner stojacy przy moim stoliku w knajpie. Smacznego!

Autobus nocny. Polgodzinna przerwa na kilkunastogodzinnej trasie. Pierwsze, co ukazuje sie moim oczom po wyjsciu z autobusu to kibelek, ktory w dodatku zazwyczaj na takich postojach jest darmowy. Hinduskie kobiety jednak (taaak, te same, ktore na codzien chodza szczelnie owiniete w sari, pilnujac, zeby nie odslonic czasem za duzo ciala), nie kłopocząc się nawet zejściem na pobocze, kucaja na srodku drogi na widoku wszystkich, zawijaja kiece i oddaja to, co maja do oddania, na asfalt. Z naprzeciwka nadjezdza TiR, trabiac i delikwentki co sil w nogach spierniczaja na pobocze, zgarniajac po drodze biegajace na boso dzieci.

ALE! Hindus nie zje posilku bez umycia rak. Co tam, ze tylko woda bez mydla. Umyje, bo przeciez Hindus (w swoim przekonaniu) o higiene dba, a jakze! Nigdy nie uzyje do jedzenia lewej reki, bo ta jest przeciez ‚nieczysta’ (nie używa się tu papieru toaletowego).

Pewnego razu, jedzac kolacje z lokalsami, musialam wydmuchac nos, co zrobilam dyskretnie się odwracając od stołu, w chusteczke, i chcialam kontynuowac jedzenie. Trzech oburzonych facetow pokazalo mi palcem lazienke, rozkazujac „umyj rece” i podsmiewujac sie, pewnie z tego, jakim niemozliwym brudasem jestem. Hindus wiec o higiene naprawde dba. Na swoj sposob. Antybakteryjny zel do „mycia rak bez wody” sie bardzo przydaje. Bo oczywiscie i wtedy, w tamtej lazience, mydla tez nie bylo, ale wszyscy byli zadowoleni, kiedy wrocilam do stolu z ‚umytymi’ rekoma. I wcale nie jestem z gatunku przewrazliwionych na tym punkcie.

Autobus lokalny, najnizszej klasy. Z dwojka innych Polakow dostajemy miejsca ‚lux’, tuz za kierowca, gdzie miejsca na nogi i bagaz jest wiecej. Milo z ich strony :) Kierowca przez cala droge, oprocz tego, ze z upodobaniem trabi z czestotliwoscia 30 razy na minute, dla odstresowania sie chyba w kulminacyjnych momentach siarczyscie pluje przez okno. Tych kulminacyjnych momentow jest mnostwo, a ja mam przeciez to VIPowskie miejsce przy oknie (którego się oczywiście nie da zamknąć) i czesc tych jego plwocin leci prosto na mnie. Niestety autobus jest zatloczony i nie ma sie dokad przesiasc.

Co chwile ktos wyprzedza na trzeciego, w ostatniej chwili chowajac sie przed nadjezdzajacym z przeciwka. Az dziwne, ze wypadkow widzialam tak malo. Bo kierowca nigdy nie zwolni, nie wykona zadnego manewru. On po prostu trabi, cokolwiek by sie na drodze nie dzialo. Przeciez jest wiekszy, wazniejszy niz ten motocykl jadacy przed nim. I na droge nie patrzy, bo akurat musi odwrocic glowe, zeby splunac.

Czlowiek tylko marzy, zeby teleportowac sie stad teraz/zaraz, a tu jeszcze 5 godzin w takim autobusie. I zastanawia sie, czy to faktycznie mozliwe, ze jest tu na wlasne zyczenie. Ze ciezko pracowal na to, zeby tu przyjechac i znalezc sie w tym piekle.

Poza tym wkurza, ze:

  • kiedy w czterdziestostopniowym upale wracam do pokoju i ciesze sie, ze jest prad i wiatrak, bez ktorego spac sie nie da, dziala, to okazuje sie, ze tym razem nie ma wody w kranie – codzienne przerwy w dostawie pradu i wody to tu normalka.
  • ciuchy wciaz sa brudne i nie do doprania od tego brudu unoszacego sie w powietrzu (a pierze sie tu glownie recznie, pralni jest malo i nie sa tak tanie jak w Azji Pd.-Wsch.); zapomnijcie o noszeniu jasnych ubran

Wkurza jeszcze tysiac innych drobiazgow i w zwiazku z tym wszystkim, zeby nie oszalec, zaraz przenosze sie do ashramu, gdzie przez tydzien bede medytowac i praktykowac joge! ;)

Podobne wpisy:

13 komentarzy do posta Never Again?

  1. Mariano Mariano napisał(a):

    cyt:. „Mimo wszystko teraz czuję, że chętnie bym tam jeszcze kiedyś wróciła! ” po analizie tego prostego zdania – krótko mówiąc – nie wybierasz się ;)

  2. Małgorzata Nowak napisał(a):

    Czytałam kiedyś takie porównanie u Martyny Wojciechowskiej ze człowiek pierwszy raz będąc w Indiach jest jak nowo narodzone dziecko, które do tej pory siedziało w brzuchu bez dostępu dł świata zewnetrznego a tu nagle światło hałas zimno i jeszcze jakaś baba nachyla sie nad kołyska i grzmi jaki piękny bobas. Po prostu pierwszy raz w Indiach i człowiek ma ochotę wrzeszczeć w niebogłosy jak ten bobas z powodu przeładowania bodźcami :)

    • Emi w drodze napisał(a):

      Ale to akurat był już drugi czy trzeci raz :p za pierwszym razem zachwycałam się wszystkim i wszystko dzielnie znosiłam, dopiero później przyszło przeładowanie.

  3. Adrianna Suwald napisał(a):

    Aż się spociłam czytając… uwielbiam twoje wpisy o Indiach, szczególnie te nie najbardziej pochwalne :D Wiadomo, że ja najbardziej lubię narzekać, więc dobrze czasem poczytać, że nie wszyscy podczas podróży wszystkim są zachwyceni i kochają wszystkich ludzi.

    Wiesz, że już wcześniej czytałam chętnie twoje wpisy o Indiach, ale od czasu kiedy poznałam D. ten temat często powraca w naszym dominikańskim domostwie… D. jest Amerykaninem, ale takim zrodzonym w USA z rodziców prosto z Pakistanu. Jak na „Amerykanina” przystało, ma alergię na swoich kuzynów… Tutaj jeszcze kilka uwag od nas, opartych na kontaktach D. z jego współbratymcami:

    – gapienie się. Gapić się można i należy robić to długo i namiętnie. Im bielsza twoja skóra, tym bardziej intensywne gapienie się. Bez obciachu, bez żenady, można gapić się nawet całą 12-godzinną podróż autobusem/pociągiem.
    – „higiena”… tata D., który jest muzułmaninem, często sam śmieje się, że dezodorant też został wpisany na listę rzeczy „haram”. Latem zapach w meczecie może powalić nawet najwytrwalszych zawodników…
    – aranżowanie małżeństw przez Facebooka i nie ustawanie w wysyłaniu wiadomości „hello”, „hello mister”, „hello. you have american passport?”, „hello. are you doctor?” :D

    Cóż no, długo by opowiadać… :D
    Ale mam jedną uwagę – w urdu jest tylko jeden czasownik na uczyć się i czytać i podejrzewam, ze ta sama sytuacja jest w hindi. Więc może to pytanie to była tylko pomyłka… no ale oczywiście zgadzam się, że w Azji południowej ogólnie mało osób czyta.

  4. Agata Łukasiewicz napisał(a):

    Mam podobne doświadczenia.. :) To spluwanie tytoniu to wypluwanie wyżutego tytoniu.

  5. See the world napisał(a):

    Ja póki co nie mam ochoty tam wrócić :)

  6. Ewa napisał(a):

    Tak sobie teraz przeczytałam tego posta. I Ty mnie namawiasz na odwiedziny Indii? :D

    • emiwdrodze napisał(a):

      namawiam! Przez to przebrnąć ciężko, ale warto, żeby dotrzeć do cudownych miejsc -patrz prawie cała reszta postów o Indiach;) No i pamiętaj, że to kraj pełen skrajności- niektórzy ludzie są wręcz do rany przyłóż!

  7. emi.k napisał(a):

    Emi, po Twoich ostatnich wpisach widzę, że chyba naprawdę już jesteś zmęczona tymi Indiami i to już powoli „time to say goodbye”. Wpisy z wcześniejszych krajów były w większości takie radosne i optymistyczne, a tu widać, że te Indie wzbudzają skrajne emocje. Nie poddawaj się. Pamiętaj, co Cię nie zabije to Cię wzmocni! Pozdrawiam. Emil

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)