Wściekłe psy i inne upierdliwości

Ugryzł mnie pies. Bez szczeknięcia ani żadnego ostrzeżenia po prostu podszedł i chapnął w łydkę. Nie zdążyłam nawet pomyśleć o użyciu gazu pieprzowego, który na wypadek takich właśnie akcji noszę w torebce.
Nie wiem, czy był wściekły. Nie był bezpański- te, mimo że wszechobecne, są na ogół senne i niegroźne. Niby właściciel zapewniał: „no problem, no infection, no doctor”, ale jak tu ufać Hindusowi?
Oprócz zakupu nowych spodni oznacza to więc pięć wizyt u lekarza w ciągu najbliższego miesiąca- łącznie sześć szczepionek przeciw wściekliźnie :/ Kolejny nieprzewidziany wydatek, który jednak, mam nadzieję, zostanie pokryty przez ubezpieczyciela.

Zachwycam się Indiami. Wbrew swoim oczekiwaniom pokochałam ten kraj i chętnie tu kiedyś wrócę. Ale, jak mówią, to kraj „50% amazing, 50% frustrating”, dziś więc o tych ciemnych 50%. Kilka krotkich scenek z zycia:

Scenka nr 1:
Upal. Na horyzoncie uliczne stoisko ze swiezymi sokami, uff, zbawienie. „Come, my friend, sit with us”- sprzedawca wydaje sie przyjaznie nastawiony. Zatrzymuje sie i pytam o cene, co w tym kraju trzeba robic nawet przed zakupem butelki wody. „Pineapple juice? 100 rupees ONLY”. Az wybucham smiechem. Odwracam sie i wychodze, a gosciu drze sie za mna „ok, ok, special price for you, 40 rupees”. Znajduje kolejne stoisko i kupuje taki sam sok za 10 rupii.

Scenka nr 2:
Chce kupic mango. Wiem, ze powinno kosztowac nie wiecej niz 10 rupii za sztuke. Sprzedawca chce ode mnie 30Rs. Nie zgadzam sie. Ten zapewnia, ze to „local price, indian price. Nie probuje cie oszukac, madame, uwierz mi”. Jasssne. Wracam do hotelu i opowiadam to chlopakom z obslugi. Jeden z nich idzie na bazar i za te 30 rupii przynosi mi 4 mango. Zakup dla mnie nieosiagalny.

I nieistotne, ze te 20 rupii to mniej niz 1,5 zl. Jezdzac po swiecie czasem warto dac sie naciagnac na nieco wyzsza cene, bo dla nas to drobiazg, a dla miejscowych spora różnica, no ale trzykrotna przebitka? To juz rozboj w bialy dzien! Nie znosze, jak mnie postrzegaja jako bankomat na dwoch nogach. „Biala = bogata”.

Scenka nr 3:
Autobus na kilkugodzinnej trasie. Mlody chlopaczek sprzedajacy bilety, na oko 17 lat. Szczerzy sie do mnie od poczatku i przy wreczaniu biletu nachyla sie i mowi „I like you very much”. Odpowiadam wymuszonym usmiechem, ale ucinam rozmowe. Przez prawie 4 godziny siedzi naprzeciw mnie i sie gapi. Nie patrzy, GAPI. A jak Hindus sie gapi, to bezczelnie. Hindus nie zna wstydu. Nie obchodzi go, ze mi to moze przeszkadzac. Nie przestanie nawet jak ja zaczne sie tak samo i z pogarda gapic na niego. Zaslaniam wiec twarz ksiazka. Na szczescie po tych kilku godzinach dosiada sie do mnie jakas miejscowa kobitka, w jej obecnosci mlody juz nie pozwala sobie na glupie zagrywki. Przy wysiadaniu podchodzi jednak do mnie i mowi pewny siebie: „You and me hotel”. W tym momencie juz ostro sie na niego wydzieram, a ten wciaz „no, dalej, chello, tylko jedna godzina”. Ale jak to? Odmawiasz mi? Przeciez jestes z Zachodu. A zachodnie kobiety zachowuja sie tak i tak. Kilku facetow slyszacych te rozmowe ryczy ze smiechu.

Scenka nr 4:
Pociag. Klasa sleeper, czyli bezprzedzialowe „prycze”  sypialne. W tym samym wagonie podrozuje kilka rodzin z dziecmi. Srodek nocy. Otwieram oczy obudzona jakims halasem. Oblesny stary dziad lezacy na wprost mnie bez wstydu robi sobie dobrze, perfidnie gapiac sie na mnie. Nie przestaje, kiedy rzucam mu pogardliwe spojrzenie. Po tym juz nie moge zasnac. Nad ranem, kiedy jest jeszcze ciemno, sytuacja sie powtarza. Zapalam wiec swiatlo, liczac na to, ze dziadowi sie przynajmniej zrobi glupio.

Hindusi (mam na mysli facetow) sa wszedzie. Rzeki facetow na ulicach, marketach, dworcach. Kobiety w tym tlumie czesto gina. Gapia sie wiec na ciebie zawsze i wszedzie. W sklepie, w knajpie, nawet ci z obslugi hotelu. Czasem wychodze z siebie, kiedy w ciagu godziny slysze setne „hello, madame” albo cmokniecia czy natarczywe spojrzenia. Gapia sie tez dzieci, a czasem i kobiety. I chichocza. W pociagu kazdy chce widziec nie tylko „co ona tam ma w tej komorce”, ale tez „co ona je?” albo „co pije?”, tak jakby moja butelka wody byla inna niz ich.

Na poludniowych plazach nie bylo z tym wiekszego problemu, bo tam polnagie turystki w bikini to juz zadna nowosc, ale tu, na polnocy, chodze czasem owinieta szalem i ciesze sie, ze przynajmniej nie jestem blondynka, bo to juz w ogole bylaby masakra.

Z drugiej strony takie zainteresowanie meskiej czesci hinduskiej populacji sprawia, ze prawie co dzien zalapuje sie a to na darmowy czaj, a to przejazdzke wielbladem za free. Co zlego by o tutejszych facetach nie mowic, na ogol sa pomocni, a kiedy potem (prawie zawsze) nastepuje „you go my house?” albo „you want indian husband?”, wymyslam jakies male klamstewko, np. ze maz (bo w kraju, gdzie wciaz wiekszosc malzenstw jest aranzowanych, malo kto zna pojecie ‚boyfriend’) czeka na mnie w hotelu. Akurat sie rozchorowal i lezy w lozku, dlatego dzis jestem tu sama. Radzili mi nawet, zeby kupic obraczke i ja nosic.

Ale zachwycam sie wciaz. Mimo wszystko. Bo jak nie zachwycac sie krajem, w ktorym na drzwiach domow obok napisu „welcome” namalowana jest swastyka? W ktorym krowa przylazi do ogrodu w hotelu i przeganiana kijem 5 razy, dopiero za szostym spiernicza juz na sam widok kija? W ktorym normalny jest widok dwoch doroslych facetow objetych albo nawet idacych za raczke. W ktorym codziennie probuje innego jedzenia, a mimo to wciaz polowa menu jest dla mnie zagadka. I wciaz wszystko smakuje rewelacyjnie.

Juz nawet przechwycilam to ich krecenie glowa. Hindusi zataczaja osemki glowa, kiedy chca powiedziec „tak”, „moze”, „nie wiem”, „ok” i w co najmniej kilku innych przypadkach, ktorych jednak jeszcze nie rozgryzlam.

Hiszpanie (i to z goracego poludnia kraju) poznani w Pushkarze radzili mi, zebym odpuscila sobie Jodhpur, bo jest w nim za goraco i nie da sie funkcjonowac. Przyjechalam tu i zyje. To samo mowia teraz miejscowi o Bikanerze, do ktorego wybieram sie jutro. „Nie jedz tam, to juz w ogole na pustyni, tam bedzie z 50 stopni”.
Nawet oni narzekaja na te upaly. Turystow prawie nie ma, bo to ponoc najgorszy okres na wizyte w Radzastanie. Dla mnie lepszy, bo latwiej negocjowac ceny ;) Hotele opustoszale, knajpy pozamykane. A ja czuje sie jak ryba w wodzie. Szczegolnie jak mysle o pogodzie w Polsce ;) Utwierdzam sie w przekonaniu, ze moj komfort termiczny jest o co najmniej kilka stopni wyzszy niz przecietnego czlowieka.
Mniej lubia to moje gumowe japonki, ktore sie w tej temperaturze po prostu topia..

4 komentarzy do posta Wściekłe psy i inne upierdliwości

  1. oli napisał(a):

    Słyszałam o radach zeby kupic piersionek i go noscic… nie bylam przekonana ale po twoim wpisie jestem juz zdecydowana kupić jakas podrobe! :)

    Gdzie sie ubezpieczalas? Dostalas odszkodoanie za ugryzienie psa ??

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Pierścionek nie jest głupim pomysłem! O odszkodowaniu nie pomyślałam, ale dostałam pełen zwrot poniesionych kosztów. Wtedy miałam zdaje się euro26, teraz korzystam z planety młodych.

  2. ruda napisał(a):

    Ja tez do tej pory czasem krece glowa:)
    Troche mam inne wrazenia z tą natarczywoscia hindusow, ale wlasciwie zawsze byli kolo mnie biali faceci wiec pewnie dlatego.Powiem Ci ze odwaznie, ja po tym wyjezdzie stwierdzilam ze sama z kolezanka na pewno w swiat nie jade, potrzebuje obok meskiego ramienia:)
    Wybierasz sie do sw. szczurow?
    PS. scenka 4-fuuuuu!

    • emiwdrodze napisał(a):

      oj z facetem u boku bylo kompletnie odwrotnie, o wiele latwiej! Ignorowali mnie wrecz, rozmawiajac tylko z nim.

      Ale w pozostalych krajach bylo zupelnie inaczej, zero problemow.

      No jade niedlugo oddac czesc sw. szczurom ;D

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)