15 rzeczy, które uprzykrzają życie w Indonezji

Bilans wad i zalet życia w Indonezji wypada lekko na plus, inaczej już by mnie tu nie było. Są jednak rzeczy, które działają mi tu na nerwy i do których chyba nigdy się nie przyzwyczaję! Jest na co ponarzekać, oj jest…

Wieczne lato, palmy, piękne plaże w zasięgu ręki – są tacy, którzy zazdroszczą mi mieszkania pod równikiem i nieraz, szczególnie od tych, którzy w Indonezji na wakacjach spędzili kilka beztroskich tygodni, słyszę, że żyć tu się musi jak w raju. Po dłuższym czasie tu spędzonym mam jednak zupełnie inne odczucia – jest tu sporo absurdów, z którymi codziennie trzeba się tu zmagać. To tylko część z nich:

1. PO CO KOMU LAS?

Ignorancja, głupota i zero logiki w myśleniu – to w dużej mierze wina przeludnienia i słabego systemu edukacji, ale wykształconych, a bezmyślnych ludzi też jest tu na równi z Indiami. Olewcze podejście mieszkańców jednego z najbogatszych przyrodniczo krajów świata do spraw ochrony natury i zwierząt – coroczne wypalanie lasów (i ogólne przyzwolenie na to), wyrzucanie śmieci gdzie popadnie, ich palenie (włącznie z plastikiem czy zużytymi bateriami) – sprawia, że ten kraj jeszcze długo będzie trzecim światem.

smog_Indonezja

Tegoroczne pożary lasów na Sumatrze i Kalimantanie urosły do skali największej katastrofy ekologicznej XXI wieku – ale mało kto się tym przejmuje i o tym mówi. To satelitarne zdjęcie smogu z nich powstałego, źródło: wowshack.com

„Nggak usah di plastik”, czyli „nie potrzebna mi siatka” – to jeden z pierwszych zwrotów, jakich się nauczyłam po indonezyjsku i dzień w dzień używam go po kilka razy, czasem jeszcze dodatkowo upewniając sprzedawcę, że naprawdę się bez niej obędę. Bo niektórzy chcą być na siłę uprzejmi i mimo zapewnień, że nie chcę, wciskają mi ją, a dodatkowo jajka, kosmetyki i środki czystości pakowane są oddzielnie w dodatkowe torebki.

Ale sprowadza się to nie tylko do niszczenia natury. Fatalne zarządzanie zabytkami i parkami narodowymi, do których opłaty są (dla białych) horrendalnie wysokie i wciąż rosną. Luźne podejście do dengi i malarii – dla Indonezyjczyka te choroby są jak grypa, którą przynajmniej raz w życiu każdy musi przejść i wielu nawet nie wie, skąd one się biorą. Woda w bak mandi (czyli zbiorniku, z którego polewając się bierze się „prysznic”) w niektórych domach stoi niewymieniana tygodniami i legną się w niej komary. W łazienkach rzadko znajdziemy mydło, a dur brzuszny i inne choroby brudnych rąk mają się tu doskonale.

2. BYŁA PLAMA, NIE MA BLUZKI…

Pralka w indonezyjskim domu to zjawisko rzadkie. Bo ciepłej wody brak, bo instalacja elektryczna za słaba… Są za to tanie pralnie na każdym kroku, które w 2-3 dni wypiorą, wyprasują i oddadzą rzeczy złożone w kosteczkę. Na początku byłam tym zachwycona, jednak po jakimś czasie przestało mi się podobać, że moja ulubiona bluzka, na której nie było plamy przed oddaniem do pralni, teraz ją ma, a kilku T-shirtów nie mogę się doliczyć. Czasem mam wrażenie, że piorą w samej (zimnej) wodzie, spryskując tylko ciuchy zapachowym sprayem dla dobrego wrażenia. Białych/jasnych ciuchów już nie noszę. Ulubione ciuchy piorę w ręku. Nigdy nie sądziłam, że na szczycie mojej listy marzeń znajdzie się pralka!

3. UŚMIECH SPRZEDAWCY MC’DONALDA, czyli dwulicowość, brak asertywności i hipokryzja.

Indonezyjczycy dużo się uśmiechają. Przez to wielu turystom wydaje się, że wszyscy są tu tak przyjaźnie nastawieni, pomocni i do rany przyłóż. Kiedyś też tak to odbierałam i fajnie było żyć w takiej nieświadomości, nauczyłam się już jednak, że za uśmiechem często kryje się złośliwość, kłamstwo czy próba oszustwa i teraz im szerzej ktoś się do mnie szczerzy, tym większą czujność zachowuję. To po prostu ich kultura – nauczeni są uśmiechać się cokolwiek by się nie działo, ja jednak wolę, jak jest czarno na białym, przecież niezdrowo tak tłumić emocje w sobie, a poza tym to naprawdę ułatwia życie kiedy ktoś wprost mówi, o co mu chodzi!

Indonezyjczyka nie można się zapytać „czy to jest ulica taka i taka?”, bo nie wiedząc, zawsze odpowie „tak”. Trzeba formułować pytania tak, żeby musiał udzielić konkretnej odpowiedzi, a wtedy z zawstydzeniem odpowie „nie mam pewności” i przynajmniej wiemy, na czym stoimy. Pytając czy coś mi wypada, wolałabym usłyszeć „nie” zamiast grzecznego przytaknięcia, a potem upomnienia mnie przez kogoś, że zaliczyłam wtopę, zachowując się nie tak jak trzeba, bo wstydzili się zwrócić mi uwagę wcześniej.

Raz do pralni oddałam nowiutki ręcznik, który swoje kosztował. Nie dostałam go z powrotem. To była jedna z pralni, w której wisiał regulamin (bardzo rzadki przypadek!), więc postanowiłam wyegzekwować punkt o zwrocie 200% ceny prania w zamian za zgubienie czegoś. Lepsze to niż nic, pomyślałam, bo bardziej niż na pieniądzach zależało mi, żeby ponieśli jakieś konsekwencje. Usłyszałam, że niestety, ale ręcznika znaleźć nie mogą i mam wrócić za tydzień sprawdzić raz jeszcze. Oczywiście, ku ich zaskoczeniu, wróciłam. Ręcznika nadal nie było i kazali wrócić za kolejny tydzień, licząc już pewnie na to, że sobie odpuszczę. Ale za tydzień zjawiłam się tam znów, żądając już uprzejmie, ale stanowczo zwrotu pieniędzy. Za negocjatora wzięłam chłopaka, bo to już przekraczało moje możliwości językowe. Ten okropnie zestresował się całą sytuacją i próbował się wymigać, bo wymagało to konfrontacji w cztery oczy, czyli czegoś, czego Indonezyjczyk za wszelką cenę unika, bo to przecież niegrzeczne, ale też był na nich wkurzony, więc zgodził się pomóc. Przez dobrych kilka minut wymieniał z właścicielką pralni uśmiechy – tak wyglądało to z zewnątrz, jednak widziałam, że niemal gotuje się w środku. Dostaliśmy te parę groszy i odeszliśmy, a potem przedstawił mi swoją wersję wydarzeń: „Co za po***any babsztyl! Strasznie chamska i wredna, a na koniec rzuciła, żebyśmy już się tam więcej nie zjawiali, bo boi się, że znów nam coś zgubią” :D Mogę się założyć, że byliśmy pierwszymi, którzy, mimo mnóstwa gubionych rzeczy, upomnieli się tam o swoje.

Hipokrytów też jest tu mnóstwo: w ciągu dnia głęboko wierzący przykładni muzułmanie przeciwni sprzedaży piwa w sklepach, nocami rozpijają własnoręcznie pędzony bimber – a to tylko przykład.

4. SAFETY FIRST?

W przypadku rodziców jak najbardziej – ci, jeżdżąc motorami, raczej pilnują, żeby nosić kaski (głównie dlatego, że policja to kontroluje, kto by tam myślał o bezpieczeństwie). Dzieci za to najczęściej z gołą głową wiszą pod pachą kierującego rodzica, na kierownicy czy stoją na kolanach pasażera. Gdy zapytałam znajomego, czemu zabiera swojego siostrzeńca na przejażdżkę bez kasku, mimo, że w domu go ma, odpowiedział, że „dzieci ich nie potrzebują”. W jaki niby sposób mi to uprzykrza życie tu, zapytacie, skoro mnie to osobiście nie dotyczy? Ano w sumie w żaden, ale wkurza mnie ten widok, bo takie olewcze podejście do sprawy przekłada się na wszystkie dziedziny życia.

5. TYSIĄC TU, TYSIĄC TAM, W KOŃCU WSZYSCY JESTEŚMY MILIONERAMI

1000 rupii to niecałe 30 groszy. Tyle najczęściej płaci się tu za parking, i to nie tylko w centrum miasta, ale i robiąc zakupy w supermarkecie czy jedząc w drogiej restauracji i parkując na ich prywatnym terenie. O ile rozumiem opłaty za parking w zatłoczonych przestrzeniach publicznych, to burzę się musząc płacić za zaparkowanie roweru przed sklepem, no bo z jakiej paki, skoro i tak już na mnie zarabiają? Sprzeciwić się parkingowemu strach, bo to często najbardziej wpływowi i najbogatsi ludzie w okolicy – czytaj: gangsterzy.

6. T R A N S P O R T ??? MISS!!! MISS!!! WHERE ARE YOU GOING???

Idę sobie zaspana do sklepu zgarnąć coś na śniadanie, a tu mi nagle znikąd wyskakuje kierowca becaka (rikszy) krzycząc „Malioboro? Malioboro?”(główna ulica w mieście). No tak, skoro jestem turystką (no bo co innego biała tu robi?) to na pewno tam właśnie się udaję, a skoro idę to przecież musi znaczyć, że właśnie zepsuł mi się motor i trzeba mnie tam zawieźć. Ledwo odgonię jednego, nadciąga kolejny i za mną biegnie, aaa!

becak

Niepozorny kierowca becaka polujący na klientów

7. MÓW MI ‚LONDO’

Nawoływania ‚hey, bule’ (po indonezyjsku ‚białas’) czy ‚londo’ (to samo po jawajsku) ciągną się za mną, gdzie się nie ruszę. Jadę sobie spokojnie rowerkiem (bo przecież już nie chodzę), a tu co chwilę ktoś się na mnie patrzy i coś do mnie krzyczy. Najgłośniej wołają oczywiście młodzi faceci, ale często komentują coś pod nosem także starsze panie w chustach, powtarzając ‚londo, londo’ i z bezczelną pewnością otwarcie o mnie mówiąc, przekonane, że ja głupia nic nie rozumiem. Niegrzeczne to. W pociągu dzieci, wysyłane na zwiady przez rodziców, robią mi zdjęcia, kiedy tylko przymknę oczy, a nastolatki chichoczą, zakrywając z zawstydzeniem usta na mój widok – to wszystko śmieszyło na początku, ale teraz stwierdzam, że za żadne skarby nie chciałabym być jakąś znaną osobistością.

8. DARI MANA? (skąd jesteś?) AUSTRALI? (no bo przecież skąd inąd miałabym być?) YOU LIKE INDONESIA?

Bo przecież to niemożliwe, żeby biała tu mieszkała, a na dodatek jeszcze mówiła w miejscowym narzeczu. Nie mieści im się w głowach, że nie jestem tu turystką ani studentką na półrocznej wymianie. Co chwilę słyszę zachwyty nad tym, że znam ich bahasę (a ja rzucę tylko jakieś dwa proste słowa) lub kiedy po indonezyjsku mówię, że mieszkam tu od dwóch lat, kolejne pytanie znów pada po angielsku. Czuję się jak bobas, nad którym wszyscy się rozpływają „o, jaki słodki”, ale nikt nie traktuje go poważnie. Cóż, takie zagadywanie jest sympatyczne i w dobrej wierze, ale… wyobraźcie sobie odpowiadanie na takie pytania dzień w dzień.

Przez dwa powyższe czasem dochodzi do takiej sytuacji, że po prostu nie mam ochoty wychodzić z domu samej, a kiedy jadę motorem, zakrywam jak najwięcej skóry i twarz, żeby nie wyróżniać się z tłumu. W towarzystwie Jawajczyka na szczęście częstotliwość występowania takich sytuacji drastycznie spada. Często jednak jego biorą za mojego przewodnika albo (co gorsza) też zagranicznego turystę.

9. Z DRUGIEJ STRONY – NIE ISTNIEJESZ

Powyższe pytania bardzo często najpierw zadawane są mojemu chłopakowi, a nie bezpośrednio mi. Oprócz nadmiernego zainteresowania moją osobą, równie często moja obecność jest kompletnie ignorowana. Normą jest, że jak idę do sklepu w męskim towarzystwie i kupuję coś dla siebie, płacąc własnymi pieniędzmi z własnego portfela, resztę wydadzą jemu.

Kobiety, na dodatek białej i bez chusty na głowie nikt nigdy nie będzie tu traktował poważnie jako partnerki w interesach.

10. PŁACĘ TO WYMAGAM?

Kelner, często nawet w tych lepszych, droższych knajpach, z uśmiechem zapyta, dla kogo ta zupa, a kto zamawiał smażony ryż, ale i tak wszystko postawi na krańcu stołu tak, że samemu trzeba po to sięgać. Jeśli w TV leci akurat popularna telenowela, nikt nie przejmie się, że przyszedł klient i czeka przy stoliku. Zamawiając sok bez cukru zawsze jest ten dreszczyk emocji – czy znów dostanę go posłodzonego podwójnie? Trzeba się liczyć z tym, że nie dostanie się czegoś, a potem jeszcze będą chcieli nas za to skasować.

Kompletny brak kompetencji – Indonezja nauczyła mnie, żeby polegać tylko na sobie i na własnej wiedzy, bo tu nikt nic nie wie i oczywiście informuje Cię o tym z przepraszającym uśmiechem tak, że aż Ci głupio, że pytasz. Albo powiedzą „nie da się”, no a skoro się nie da i już to co zrobić? Nie spróbują nawet dociec, czy jest rozwiązanie problemu. Przeciekający w porze deszczowej dach naprawiało już u mnie trzech fachowców – oczywiście cieknie nadal. Do zepsutej spłuczki do kibla nawet nie próbowali zajrzeć, mówiąc, że nie da się z nią nic zrobić. Naprawiłam ją sama, w godzinę, przy użyciu kilku prostych narzędzi. Kiedy (po kilku dniach od zakupu) zepsuł mi się telefon, powiedzieli, że muszą przeinstalować system i potrwa to 3 dni… Po sześciu poinformowali mnie, że oprócz baterii zepsuty jest też aparat i pięć innych rzeczy, które działały, kiedy oddawałam telefon do serwisu. Wielką niewiadomą jest dla mnie jakim cudem powstają tu poważniejsze inwestycje – drogi, szpitale, (o zgrozo!) lotniska.

11. 3 W NOCY, CZAS WSTAWAĆ!

Nie udało mi się jeszcze odkryć rozwiązania zagadki kiedy Indonezyjczycy się wysypiają. Ja bez zatyczek do uszu nie mogę. Wiem, że niektórzy wstają pomodlić się w środku nocy, a potem dalej idą w kimę, ale wciąż nie mieści mi się w głowie jak można tak na dłuższą metę funkcjonować. Nawoływania do modlitwy bywają naprawdę przyjemne dla ucha i melodyjne, jednak w praktyce niestety najczęściej jest to wycie kogoś zupełnie nie posiadającego umiejętności wokalnych lub, co gorsza, skrzeczenie dziecka przechodzącego właśnie mutację. To wszystko z najtańszego, kiepskiej jakości głośnika i poza skalą bezpiecznego nasilenia decybeli. W dodatku często z kilku różnych stron świata, co sprawia, że okrzyki nakładają się na siebie. Czy oni naprawdę nie mogliby się modlić ciszej i o jakiejś bardziej ludzkiej porze?

A do tego jeszcze hałas motorków od 5 rano – bo nie mają w zwyczaju chodzić i wszędzie jeżdżą motorem, a wstają bardzo wcześnie.

wieze_meczetow

Piękny zachód słońca, ale… ile wież z głośnikami naliczyliście?

12. JAK JEŹDZISZ BIAŁASIE?!

Oczywiście w oczach Indonezyjczyka to ja nie umiem poruszać się po ulicach, i ma Indonezyjczyk rację. Nieporadnie unikam zderzenia z motorem wyjeżdżającym mi nagle pod prąd z małej uliczki czy przecinającym skrzyżowanie na skróty – kultury na drodze to im brakuje! Tacy na co dzień uśmiechnięci i uprzejmi, prowadząc są złośliwymi burakami. Nie istnieje coś takiego jak ustąpienie komuś pierwszeństwa. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, że wcale nie ma tu aż tylu wypadków, ile być powinno, ale widać jest w tym szaleństwie metoda. Ja jazdy po jawajskich ulicach unikam jak mogę i muszę ją zawsze odreagować, bo stresujące to doświadczenie.

13. TO PALENIE NIE JEST DOBRE DLA ZDROWIA?

Jakby jeszcze mało było tych spalin od motorów to wszędzie są kłęby dymu papierosowego. W Indonezji paczka fajek kosztuje niecałe 3 zł, pali więc każdy facet – przy jedzeniu w knajpie, w autobusie… Na szczęście od paru lat jest przynajmniej zakaz palenia w pociągach! Głośna była sprawa dwulatka z głębokiej wsi, któremu rodzice kupowali paczkę papierosów dziennie „bo lubił” – ich reklamy znajdziemy w każdej dziurze i nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to ma jakikolwiek wpływ na zdrowie.

14. OWOC TO NIE WARZYWO

W warzywniaku nie kupi się owoców, a w sklepiku z owocami – warzyw. Na dodatek w małych supermarketach nie dostaniemy nic świeżego (mięsa też nie). Świetnie zaopatrzone są bazary, jednak te zamykają już o 9-10 rano, a mi rzadko udaje się wstać na tyle wcześnie, żeby tam zdążyć. Trzeba się najeździć, żeby zrobić kompletne zakupy, bo mało jest miejsc, gdzie (jak w polskich sklepach) byłoby wszystko naraz.

indonezyjskie_owoce

stoisko z owocami

15. PIĄTEK, ŚWIĄTEK CZY NIEDZIELA

Mimo, że oficjalnie tydzień roboczy trwa tu pięć dni, w piątek mało co się załatwi, bo już od 12 mają wolne – mężczyźni idą wtedy modlić się do meczetu. Co tydzień mają tu więc długi weekend. Na dodatek codziennie około południa jest przerwa na modlitwę, która jest wydłużana do godziny.

Chłopak oznajmił mi, że będę zadowolona z naszego nowego sprzątacza, bo jest katolikiem i nie będzie się tak obijał. Kiedy jednak po dwóch miesiącach pracy zaczął znikać w piątki, wyjaśnił mi jak gdyby nigdy nic, że ten „właśnie przeszedł na islam” :]

 

Był okres, w którym wszystkie te niby drobiazgi naprawdę dawały mi się we znaki i poważnie myślałam, że dłużej już tu nie wytrzymam, jednak ostatnio walczę z tym jak mogę. Chyba się udaje :) Coraz bardziej staram się skupiać na pozytywnych stronach mieszkania pod równikiem!

Post powstał w ramach kolejnej serii „Klubu Polek na obczyźnie”. Zobacz, do czego nie mogą się przyzwyczaić Polki mieszkające w innych krajach.

Podobne wpisy:

54 komentarzy do posta 15 rzeczy, które uprzykrzają życie w Indonezji

  1. Kamil napisał(a):

    Cześć :) od 3 tygodni jestem w Indonezji i muszę przyznać, że bardzo trafnie opisałaś wszystko :) zgadzam się! Czytałem to jednak z uśmiechem na twarzy, ale to pewnie dlatego, że za tydzień wracam do siebie ;) pozdrawiam serdecznie

  2. Emi w drodze napisał(a):

    Ja też już odliczam! :)

  3. Aga Bk napisał(a):

    Ja na szczescie pralke juz mam i to na ciepla wode, a na poczatku tez pralam recznie i w zimnej wodzie :)

  4. Justyna Jot napisał(a):

    Wyobraź sobie, że tutaj też większość ludzi używa pralek tylko na zimną wodę, od dwóch i pół roku piorę ubrania, ręczniki i pościel tylko w zimnej, a przeszłam przez cztery mieszkania… tutaj największym marzeniem jest jednak suszarka, bo przez sporą część roku pranie po prostu nie schnie ze względu na wilgoć..

    • Emi w drodze napisał(a):

      Ale masz własną, to już luksus, przynajmniej niczego Ci nie gubią! :P U mnie właśnie początek pory suchej, więc schnie w godzinę, ale przez pół roku jest tak samo wilgotno, trzeba planować pranie na wczesny ranek i wieszać w pełnym słońcu zanim się zdąży schować za chmurami.

    • ania napisał(a):

      fajnie poznac Polke czy Polaka w tym kraju

  5. Kataśka napisał(a):

    Czy spotkałaś się z taką sytuacją, że na Twój widok (widok białego), tubylcy zatykali nos? Ostatnio, własnie w Indonezji, chyba na Javie, spotkało to moje znajome. Pamiętam któryś z odcinków Cejrowskiego, w którym twierdził, że my, biali, Azjatom śmierdzimy. W Tajlandii nic takiego mnie nie spotkało, ale Tajlandczycy, wydaje mi się, to zupełnie odrębna kultura i natura.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Zdarzyło mi się tylko raz, że w pociągu młoda dziewczyna założyła maseczkę jak usiadłam naprzeciwko niej – ponoć nie o zapach chodzi, a niektórzy z nich boją się, że my jakieś egzotyczne dla nich choroby przenosimy.

    • Kasia Gust napisał(a):

      Mnie się zdarzyła taka sytuacja: siedzieliśmy w cieniu po zwiedzaniu Prambanan razem z moimi znajomymi z Indonezji. Tego dnia było gorąco +40C i słońce. Nagle przysiadła się koło mnie indonezyjka, wiek ok 40 lat i wręcz zaczęła mnie dyskretnie wąchać. Zagadała do mojej koleżanki indonezyjki, a ona mi przetłumaczyła, czy ja jestem z Europy, bo dziwne jest to, że w taki gorący dzień nie śmierdzę potem jak inna turyści i nie mam różowej skóry od słońca. Zaskoczona byłam. Nie wiem, czy to miał być komplement, ale ogólnie koleżanka powiedziała mi, że wielu indonezyjczykow uważa, że biali śmierdzą, dlatego tamta pani z ciekawości mnie powąchała. Coz, potraktowałam to jako smieszną sytuację. Koleżanka wciąż to wspomina.

      • Emiwdrodze napisał(a):

        Oni są lepiej do upałów przystosowani i się tak nie pocą. Ja akurat też dobrze znoszę upały i się mało pocę, więc może im nie śmierdzę, nie wiem :P

  6. jul napisał(a):

    no to właśnie skończyły się moje plany wycieczki do tego kraju, do dotychczas lataliśmy do Tajlandii i było ok, chcieliśmy poznać coś więcej, ale z 5 letnim chłopcem to wylądowalibyśmy szybo w szpitalu skoro tam tyle brudu i malarii.
    A wystarczy pomyśleć że w Polsce już od czerwca stresuję się nadchodząca zima bo jakieś nowe wirusy panują i wszyscy od 3 lat maja grypy i problemy z gardłem za to jest ciszej bo nie mogą gadać hhihi.
    to jak nie do Tajlandii to gdzie ? Byłem w Singapurze 2 razy przelotem po 2 noce kiedy mieszkałem w Australii i wydawało mi się jednym z najczyściejszych miast na świecie ( no oprócz Japonii)Czyżby tak wiele się zmieniło? Wtedy groziło 50$ kary za wyrzucony papierek lub niedopałek na ulicy ?

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Bez przesady! Malarii akurat na Jawie i Bali nie ma :) Wystarczy być ostrożnym, szczególnie skoro, z tego co wnioskuję po Twoim komentarzu, macie trochę wyższy standard podróżowania, żadne choroby wam na turystycznym szlaku nie grożą.
      Grypy i wirusy łapią tych, którzy żyją zbyt sterylnie właśnie. Wystarczy podbudować trochę odporność przed wyjazdem w tropiki (czy przed sezonem grypowym) – najlepsze są dobre probiotyki, sok z kapusty kiszonej czy buraków polecam :)

  7. Kasia Gust napisał(a):

    Hej,
    Właśnie niedawno wróciłam z Indonezji i w 100% się z Tobą zgadzam.

    Zwłaszcza punkt 11 dał mi się bardzo we znaki. Wyjechałam sama z planem odwiedzenia koleżanek Indonezyjek, po drodze poznałam jeszcze wiele innych osób, z którymi super spędziłam czas. W końcu chciałam poznać chociaż odrobinę ten kraj i kulturę. Ale 1 pokój dzieliłam z Indonezyjką muzułmanką (to był homestay, postawiła mnie przed faktem dokonanym, że ze mną zamieszka, bo przyjechała z walizkami). A że pokój był malutki, łóżko też, to codziennie 4 rano pobudka, mam wyjść z pokoju, bo ona musi się modlić… No potem już chodziłam jak zombie, bo wiecznie niewyspana… Do szału mnie to doprowadzało.

    Punkt 7,8: Dla mnie to był szok (chociaż czytałam Twojego bloga). Kiedy chodziłam sama ulicami pozwiedzać, to zdarzało się, że dzieciaki za mną biegały, żebym im tylko zdjęcia porobiła i powygłupiała się z nimi. W końcu po raz 1 widzą białasa. Kiedyś jedna z Indonezyjek zaprosiła mnie do internatu islamskiej szkoły w Yogyakarcie. Myślałam, że ok zdjęcia porobią, popatrzę na szkołę i pójdę sobie. Okazało się, że zaprowadzono mnie do sali, dziewczynki siedziały na podłodze i na korytarzu (bo sala za mała) i tam miałam mieć przemówienie. Dziewczyny widząc mnie wręcz szalały jakby widziały jakąś gwiazdę Hollywood. Opowiedziałam im trochę o Polsce, trochę o islamie w Polsce (pracuje czasem w meczecie w moim mieście, więc trochę wiem co nieco), dziewczynki pytały mnie co myślę o Indonezji i jak traktują muzułmanów w Polsce. Było miło, ale ich reakcja na widok Europejki jest naprawdę szokująca… Wszyscy chcą mieć z Tobą zdjęcia, koniecznie mieć znajomego „białasa”. Podobno sam fakt, że zna się kogoś z zagranicy znaczy, że Indonezyjczyk zna angielski, no i w ogóle taka znajomość jest dla nich „woow”.
    Ja bym do tej listy dodała ich angielski: dogadać się po angielsku graniczy z cudem, mało kto zna, a jak znają, to taka wymowa, że kompletnie ich nie rozumiem „piptiii”
    No i kible okropne…
    Ale ogólnie Indonezja mi się podobała, choc byłam tam tylko 3 tygodnie

    Pozdrawiam!

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Oja, nie wyrobiłabym… To nie mogłaś przenieść się do oddzielnego pokoju? :O

      Kible to już kwestia budżetu, są tu też 5gwiazdkowe hotele z łazienkami niemal jak w Japonii ;) Ale fakt, że nawet w wypasionych domach bogaczy kible często potrafią zaskoczyć, nawet ci z lepszych domów nie przykładają wagi do łazienek ani kuchni…

      Mi akurat brak znajomości angielskiego by nie przeszkadzał, bo dzięki temu łatwiej nauczyć się indonezyjskiego ;) Ja to wręcz narzekam, że w moim towarzystwie każdy zbyt dobrze mówi po angielsku i do niego zawsze uciekam, dlatego mój indonezyjski wciąż kuleje.

      • Kasia Gust napisał(a):

        Nie, bo ona wcześniej (bez mojej zgody i wiedzy) umówiła się z właścicielami, że przyjedzie i zamieszka ze mną w pokoju. Płatne było za pokój, więc przyjechała i właściwie mieszkała tam za darmo (ja płaciłam za pokój). Gdyby poszła do innego pokoju, to by musiała płacić. Myślałam, że to jest normalne w Indonezji, że tak bez uprzedzenia się do kogoś zwala (jak w wielu innych krajach), więc ciężko, ale musiałam jakoś przeżyć to. Potem dowiedziałam się, że tak się nie robi… Przydałby się też jakiś wpis dotyczący tego: co wypada, a czego nie wypada w Indonezji, jakie są ich zwyczaje, zachowania, które nas mogą szokować, a dla nich to norma. Po takiej lekturze łatwo będzie można się odnaleźć w różnych sytuacjach. Szokiem było, że jak spotykałam tych ludzi, to chcieli pomagać, płacić, podwieźć, itd. itp. bo „jestem ich gościem”. Dla mnie aż takie nadużywanie gościnności to wyzysk.

        Co do angielskiego, oj jak mi tu brakuje w Polsce, żeby z kimś po angielsku pogadać. A w Indonezji nikt ze znajomych nie chciałby Ci pomóc nauczyć się tego języka, próbować rozmawiać z Tobą w tym języku? Czy jak coś musisz sama załatwić na mieście, to też udaje Ci się spotkać mówiących po angielsku?

      • Emiwdrodze napisał(a):

        Bezczelność jak nic! Ale fakt, czasem ciężko wywnioskować czy coś jest w danym kraju normalne czy nie i rozumiem, że nie wiedziałaś, czy wypada się postawić…
        Dzięki za pomysł na wpis, dopisuję do listy, ale trochę będzie musiał sobie jeszcze w kolejce poczekać, zresztą sama wciąż się uczę tutejszych zwyczajów ;)

        Oczywiście, że na jakimś tam poziomie po indonezyjsku sobie radzę, załatwiam różne sprawy itd, ale z tymi, którymi się otaczam na codzień, rozmawiam po angielsku, więc ciężko wskoczyć na jakiś wyższy stopień znajomości języka.

  8. Pojechana napisał(a):

    Skąd Ty mieszkasz biała dziewojo, że nie wiesz, że dzieci nie potrzebują kasków? Umarłam…

  9. Wiola Starczewska napisał(a):

    Hej Londo, super tekst, uśmiałam się.

  10. Bretonissime napisał(a):

    Bardzo ciekawy wpis! Powodzenia i cierpliwości życzę! ;)
    (i czekam na tę bardziej pozytywną listę)

  11. ollap. napisał(a):

    W bardzo cywilizowanej RP, co jakiś czas robiąc większe zakupy w hipermarkecie znanej sieci panoszącej się w całej niemal Europie, też za każdym razem muszę pani, czasami po kilka razy się przypominać, że mam swoją płócienną siatkę i za plastikowe reklamówki bardzo dziękuję. Skala problemu całkiem inna, ale u nas z tym plastikiem też jeszcze nie jest najlepiej :/ Tak czy inaczej, plastikom stop, nauczymy się mówić im nie po indonezyjsku :) Póki co przed wyjazdem przyswoiliśmy liczebniki i zwroty grzecznościowe, stop-plastik będzie następny ;)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      To się nazywa wzorowe przygotowanie do podróży! :)
      No patrz, a wydawało mi się, że w Polsce już od dawna wszędzie płaci się za plastik…

  12. asiainasiablog napisał(a):

    „dzień w dzień używam go po kilka razy, czasem jeszcze dodatkowo upewniając sprzedawcę, że naprawdę się bez niej obędę. Bo niektórzy chcą być na siłę uprzejmi i mimo zapewnień, że nie chcę, wciskają mi ją, a dodatkowo jajka, kosmetyki i środki czystości pakowane są oddzielnie w dodatkowe torebki” – cieszę się, że mam sojusznika w reklamowkowym boju , w którym nieustannie w Singapurze biorę udział:)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      A to zaskoczenie, że w tak niby rozwiniętym Singapurze też macie ten sam problem! Wydawało mi się, że dotyczy to już tylko najbardziej zacofanych krajów! Ponoć już nawet w Tajlandii za reklamówki się płaci. Też się cieszę, że jest nas więcej :)

  13. Kasia Skrzypek-Bacq napisał(a):

    Hej Emi,

    W prawdzie na Jawie nie byłam tylko na Bali i Raja Ampat, i spedziłam tam tylko miesiac, moge się domyslic, ze moj dłuzszy pobyt skutkowałby podobnymi przemysleniami. Tak czy inaczej mam stamtad cudowne wspomnienia! Pozdrawiam!

  14. Nie mieszkałam tam, ale byłam kilka razy i i tak uwielbiam :)

  15. Joanna Łukasiewicz napisał(a):

    To ja teraz czekam z niecierpliwością na ten drugi post, bo faktycznie aż krzyczy „dłużej już tu nie wytrzymam…” :)

    • Emi w drodze napisał(a):

      Wytrzymam, wytrzymam…:) Niech sobie tylko pralkę wreszcie kupię :P Ok, zaczynam spisywać wszystko, co sprawia, że nie chcę stąd wyjeżdżać!

  16. Kinga Bielejec napisał(a):

    Super post! Niestety nie wszystko jest takie kolorowe jak nam się w Europie wydaje. Pamiętam, że też mi się dobrze pisało mój wpis o tym co mnie wkurzało w Azji :D Ale Ty niektóre z tych rzeczy masz na co dzień. Chyba nigdy bym się nie przyzwyczaiła do tego, że oni otwierają okno w busie i wywalają każdy śmieć :/

  17. Izabela Idzikowska napisał(a):

    warto poczytać przed wyjazdem. kurde, a może jeszcze coś dla zachęty;)

  18. Natalia Malec napisał(a):

    nieźle, z tym praniem to masakra :(

  19. Aleksandra Woroniecka napisał(a):

    swietny artykul, zgadzam sie w 100 procentach. Mimo wszystko teskni sie za tym krajem- mimo wszystkich minusow jest piekny i chce sie tam wracac.

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)