Bukit Lawang – najłatwiej dostępny kawałek dżungli

Po drugiej stronie parku narodowego Gunung Leuser niż moje ulubione Ketambe znajduje się najpopularniejsze miejsce do rozpoczęcia trekkingów w sumatrzańskiej dżungli, ze względu na sporą popularność wśród turystów zwane też niechlubnie „Khao San w dżungli”.

Oprócz Bukit Lawang orangutany na Sumatrze można zobaczyć m.in. w Ketambe, okolicy Singkil i paru innych miejscach – jednak tam, oprócz Ketambe, które za kilka lat (nie)stety stanie się pewnie drugim BL, infrastruktura turystyczna praktycznie nie istnieje. Bukit Lawang jest wciąż najczęściej wybieranym przez turystów chcących przyjrzeć się orangutanom miejscem.

Bukit Lawang ogólnie

Czytając o Bukit Lawang na niektórych blogach ma się wrażenie, że to takie dzikie, schowane głęboko w dżungli miejsce. Marzyło mi się kiedyś, żeby tam dotrzeć i wydawało mi się to przeciętnemu turyście (czyli mi) tak ciężko osiągalne. Tymczasem teraz nie mogę oprzeć się porównaniu tego miejsca do indyjskiej stolicy yogi – Rishikeshu. Takie same tłumy. Lokalnych turystów całe hordy – bo to Lebaran, końcówka Ramadanu (a ja naiwna myślałam, że uciekam z zatłoczonej wtedy do granic możliwości Jawy w spokojniejsze rejony!), nie da się przejść spokojnie 100 m bez prośby o foto czy okrzyków „hello mister!”. Lekcja na przyszłość – podczas indonezyjskich świąt (tu ich kalendarz, jest ich trochę, w końcu mają tu pięć oficjalnych religii) bezwzględnie zostać w domu!

Bardzo polecam przechadzkę wzdłuż rzeki do „Back to the nature”. Jedzenie tam całkiem smaczne, i spokój, i cisza, tam indonezyjska cepelia nawet w tak zatłoczonym okresie nie dociera ;) W dżungli też nie jesteśmy raczej na nich narażeni, bo mówi się, że turyści przyjeżdżają do Bukit Lawang oglądać orangutany, a mieszkańcy Medan odwiedzają Bukit Lawang wraz z całymi rodzinami by oglądać turystów, bynajmniej nie dla dżungli. Zresztą większość z nich, na codzień przemieszczająca się tylko motorami i nie chodząca praktycznie wcale, fizycznie nie podołałaby takiemu wysiłkowi, co tu ukrywać. Dopiero wieczorem nikną tłumy rozwydrzonych Indonezyjczyków i jest fajnie. Myślę, że tak normalnie BL ma całkiem przyjemny klimat, te wszystkie knajpki wzdłuż rzeki i odgłosy z dżungli stwarzają przyjemną atmosferę. Najfajniej jest po „drugiej” stronie rzeki, spokojniej.

w drodze do „Back to the nature”

L: kauczuk prosto z drzewa

Tak miejscami wyglądała ścieżka

Mimo, że to miejsce na wskroś turystyczne, nie ma tu ani bankomatu (tzn. jest, ale poza turystycznym centrum wsi), ani salonów masażu co 100 m (dziwne, zbiliby na tym przecież fortunę, nie ma nic przyjemniejszego niż masaż po kilkudniowym trekkingu!), ba, nie mogę w wiosce dostać nawet głupiego syropu na kaszel. Za to sprzedają cały przekrój pamiątek, od spodni w słonie po drewniane breloczki z wyrzeźbioną głową orangutana. Krupówki wypisz wymaluj.

Jedna z głównych atrakcji BL – drewniane mostki. Niektóre z nich zapewniają sporą dawkę adrenaliny.

Centrum wioski

Trekking w Bukit Lawang

W hotelu są dla mnie bardzo mili, ale tylko do momentu, kiedy decyduję się na trekking gdzie indziej, nie u nich. I tak ponoć wszędzie. Potem przestają mnie w ogóle zauważać, a innym, nowoprzybyłym gościom, nadskakują i próbują za wszelką cenę sprzedać swoje wyprawy do dżungli.

Po wcześniejszej wizycie w bardziej dzikim Ketambe nie spodziewałam się po dżungli w Bukit Lawang wiele, nie jestem więc mocno rozczarowana, ale ostrym przegięciem wydają mi się ceny, jakie przewodnicy ustalili tu sobie za te wędrówki. Jak na warunki indonezyjskie zarabiają oni kokosy, w ciągu paru dni wyrabiając indonezyjską średnią, ba, ośmielę się stwierdzić, że ich zarobki przewyższają niejedną polską wypłatę.

Po prawej: taka oto „dzika” dżungla, ścieżki miały miejscami kilka metrów szerokości

Jako, że byłam już po jednym 3dniowym trekkingu w Ketambe, a przed kolejnym, odpuściłam sobie dłuższy trek w BL, wybierając się jedynie na krótki rozeznawczy spacer z przewodnikiem, czyli tzw. „1 day trekking”. Było warto głównie dlatego, że miałam przewodnika na wyłączność i całą drogę spędziliśmy rozmawiając – a przewodnicy w Bukit Lawang generalnie mają większą wiedzę o dżungli i orangutanach i większą świadomość, ci w Ketambe często zapodają jakieś zmyślone historyjki, z wyjątkiem może tych pracujących w tamtejszej research station – oni jednak rzadko oprowadzają po dżungli turystów. Dowiedziałam się więc tu sporo ciekawych rzeczy.

Podobnie jak w Ketambe, można tu w lesie zobaczyć orangutany, gibony, małpy Thomas-leaf… Orangutany podchodzą naprawdę blisko, zupełnie nie boją się ludzi, zbliżały się do nas na 2-3 metry, co naprawdę robi wrażenie, jednak budzi też kontrowersje. Niektórzy przewodnicy wciąż karmią zwierzęta (to nawyk pozostały z obecności feeding platform, która była tu kiedyś zlokalizowana, ale została już zamknięta, bo orangutany odbierane m.in. cyrkom, które potrzebowały kiedyś ludzkiego wsparcia w powrocie do dzikiej dżungli, już się usamodzielniły), jednak widać, że jest to tępione przez licencjonowanych przewodników i policję leśną, która patroluje okolicę. Zostało jedynie kilka osobników, które zbyt bardzo przywiązały się do człowieka i nie miały ochoty wracać do dzikiego życia.

Dziś na wolności żyje zaledwie kilka tysięcy orangutanów, a liczba ta maleje z roku na rok. Park Narodowy Gunung Leuser na Sumatrze i kilka miejsc na innej indonezyjsko-malezyjskiej wyspie Kalimantan (Borneo) to ostatnie enklawy występowania tych imponujących zwierząt. Są zagrożone wyginięciem głównie dlatego, że lasy, w których mieszkają, są wycinane lub wypalane pod plantacje kauczukowca i palmy olejowej.

Orangutany mają DNA podobne w aż 96,4% do ludzkiego. Rozmnażają się wolno w porównaniu do innych ssaków, średnio co 6-8 lat. Tyle zajmuje młodym nauka samodzielnego życia w lesie. Większość życia spędzają wysoko w koronach drzew, każdego wieczoru budując sobie nowe gniazdo.

Z dżungli za dodatkowe 10 euro wrócić można drogą wodną na oponach. Mówią na to „jungle massage” – bo poziom wody w rzece jest niski i ociera się tyłkiem o kamienie ;) Polecam, sporo frajdy!

L: Te słodkie wydawałoby się dzieciaki umiały po angielsku tylko „I love you” i „I miss you” :/ Co z nich wyrośnie? P: Queen of the jungle ;) Przewodnicy zapewniają w dżunglowym pakiecie takie korony lub spódniczki z liści palmowych :)

Rozczarowało mnie to, że w BL nawet w dżungli jest zasięg telefonów! Co to za dżungla… Do mojego przewodnika co chwilę ktoś dzwonił i, mimo że turystom mówiono, że mamy być przy orangutanach cicho, on nawijał jak najęty.

W BL, w przeciwieństwie do Ketambe, gdzie wszystkie posiłki przygotowywane są na bieżąco na ogniu w dżungli, przewodnicy często zabierają jedzenie „na wynos” ze wsi. Mój, na raptem półdniowy spacer, wziął tylko arbuza, który na dodatek był w środku zgniły, więc nie zjedliśmy nic.

Bukit Lawang ma swój urok, ale jeśli miałabym wybierać jedno miejsce na trekking w dżungli, zdecydowanie byłoby to Ketambe.

Przewaga Bukit Lawang nad Ketambe

Jak już pewnie zdążyliście się zorietować, zdecydowanie bardziej lubię tę drugą miejscówkę, ale są pewne rzeczy, które są w BL lepsze paradoksalnie właśnie dlatego, że turystyka istnieje tu już dużo dłużej:

  • Po pierwsze, większa świadomość ekologiczna. Mimo, że wciąż (niestety) niektórzy przewodnicy dokarmiają orangutany, to jednak tylko tu po lesie chodzi policja leśna, która pilnuje porządku. Dookoła BL mnóstwo jest plantacji palm olejowych, największego zagrożenia dla indonezyjskiego środowiska, z drugiej jednak strony tu bardziej walczy się z kłusownictwem i je tępi. W guesthouse’ach i knajpach modne jest używanie metalowych czy szklanych słomek do napoi, w wielu nie używa się też oleju palmowego.
  • Przewodnicy mają większą wiedzę o dżungli i wszystko zorganizowane jest bardziej profesjonalnie, nie prowizorycznie (chociaż właśnie w  tym też urok ;)). Namioty, w których się tu śpi wyglądają dużo porządniej, są rozłożone na stałe, podczas gdy w Ketambe codziennie na nowo się je montuje i rozmontowuje, a plastik na to użyty po prostu wyrzuca zamiast wykorzystać ponownie.
  • Wszyscy licencjonowani przewodnicy w BL muszą należeć do zrzeszenia indonezyjskich przewodników, które przywraca ich do porządku jeśli coś przeskrobią, jest też specjalna infolinia, na którą można zgłaszać np. przemoc seksualną – czego w Ketambe brak, tam jest zupełna samowolka i nieuczciwi przewodnicy (jak np. jeden, który dopuścił się też paru prób gwałtu na turystkach, nie w dżungli, bo w dżungli wbrew pozorom zawsze są inni ludzie dookoła, ale w swoim pustym guesthousie) wciąż bezkarnie wykonują swoją pracę. Nie mówię tu wcale, że podróżowanie po Sumatrze jest dla dziewczyn solo niebezpieczne, po prostu w niektórych miejscach, a w szczególności w takich na wskroś turystycznych miejscówkach, w których miejscowi często nie mają do białych dziewczyn zbyt wiele szacunku, trzeba być bardziej ostrożnym i pamiętać, że to jednak muzułmański kraj, a więc bikini czy szorty wcale nie są dla miejscowych normalne. Także w przeciwieństwie do tego co słyszałam, z mojego doświadczenia to w Ketambe jest dużo gorzej pod względem nachalności przewodników. W BL wprawdzie flirtowania sporo, większość z przewodników ma/miała zachodnie dziewczyny, jednak (ci których na swojej drodze spotkałam) respektowali pewne granice, w Ketambe była to z mojego punktu widzenia niekontrolowana dzicz – ale to tylko moje doświadczenie.
  • Dojazd z lotniska w Medan zajmuje tych parę godzin mniej

Praktyczne wskazówki

Jak dostać się do Bukit Lawang i ile to kosztuje?

Lądując w Medan, najtaniej wziąć autobus z lotniska do Binjai (mimo lasującej mózg lokalnej muzy disko na pokładzie, był wygodny, klimatyzowany i na miejsce dojechał o pół godziny szybciej (!!!) niż obiecywali, fenomen na skalę Azji! :O), ale już lokalny busik z Binjai do BL przypomniał mi czasy podróży po Kambodży czy Nepalu. Na nowo się dziwiłam ile bagaży upchnąć można na dachu i że pojemność busika wcale nie liczy się liczbą miejsc siedzących. Ja miałam szczęście, bo dostałam miejsce z przodu, wraz z kierowcą było nas czterech chłopa (no dobra, chłopów trzech, w tym chudy nastolatek, który siedział prawie na moich kolanach), ale tym z tyłu na budzie nie zazdrościłam, oj nie. Wydzierali się na kierowcę, kiedy kolejny raz zatrzymywał się na żądanie, a ludzie zamiast wysiadać, tylko się dosiadali, ale ten nic sobie z tego nie robił. W dodatku przez pootwierane okna oprócz parnego powietrza wdzierało się mnóstwo kurzu z drogi, która ponoć jest świeżo po remoncie. Większość ludzi na mijanych motorach jeździła w maseczkach.

Wracałam stamtąd już shared taxi. I pojechałam z powrotem do… Ketambe. W linii prostej obie miejscowości dzieli raptem 60 km, ale przeprawa między nimi (z przesiadką w Medan) zajęła mi calutki dzień.

Kto zgadnie, którą stroną drogi jeździ się w Indonezji? :D

Smutny widok, droga prowadzi przez olbrzymie połacie plantacji palm olejowych

Ceny przejazdów na wybranych odcinkach:

  • autobus Medan lotnisko-Binjai (lepiej omijać dworzec autobusowy w Medan, bo jest pełen naciągaczy): 40 k (cena podana jest na bilecie)
  • busik Binjai-BL: powinien kosztować ponoć 15 k, ja, ale i wszyscy inni, indonezyjscy pasażerowie musieliśmy zapłacić po 30 k (choć ode mnie chcieli najpierw więcej), bo był to Lebaran – indonezyjskie wakacje. Na przystanku (niedaleko galerii handlowej „Supermall”, naprzeciwko piekarni) czekali naganiacze, oferujący podwózkę na „właściwy przystanek”, ale spławiłam ich dość szybko. Busik nie zatrzymał się na przystanku, a przejechał dość szybko i biegłam za nim machając i krzycząc spory kawałek zanim kierowca mnie zauważył i się zatrzymał.
  • shared taxi BL-Medan 120 k do centrum miasta i do 200k na lotnisko
  • prywatne auto: 600-700 k

Cena trekkingu:
Trekking 1 dniowy – 45 EUR
2 dniowy – 80-90 EUR
3 dniowy 115 EUR

rafting w drodze powrotnej +10 EUR

Ceny w niemal wszystkich biurach w BL są podane w euro… Gdy zapytałam swojego przewodnika ile mam zapłacić w rupiach, bo euro nie dysponuję, zmieszał się i zaczął szukać w internecie kalkulatora walutowego i po tej stawce przeliczył…

Oczywiście zawsze da się coś utargować, najlepiej rezerwując trek na ostatnią chwilę, wieczorem przed wyruszeniem w dżunglę.

Guesthouse w BL:  40-900 k/pokój

Gdzie spać w Bukit Lawang?

Z tańszych, ale przyzwoitych miejscówek bardzo polecam Junia Guesthouse – położony blisko centrum, ale po spokojniejszej stronie rzeki, a zaraz za nim zaczyna się dżungla, z fajną obsługą i dobrym jedzeniem w knajpce.

Chcącym naprawdę odciąć się od cywilizacji spodobać się może Kupu-Kupu Guesthouse, leżący już wyżej biegu rzeki, z dala od wszystkiego. Nie można tam dojechać, bo prowadzi tam tylko wąska ścieżka, ale obsługa odbiera gości z centrum wioski i nosi ich bagaże.

Jak wybrać dobrego przewodnika?

Generalnie i w Bukit Lawang, i w Ketambe, niemile widziane jest wybieranie przewodnika spoza guesthouse’u, w którym się śpi, bo na prowizjach od trekkingów zarabiają one więcej niż na noclegach. Doświadczyłam tego na własnej skórze, gdy mili przez pierwsze dwa dni właściciele hoteliku, w którym się zatrzymałam, przestali mnie zauważać, gdy do dżungli poszłam z kimś innym. Wybrałam przypadkowego, młodego przewodnika, z którym przyjemnie mi się gadało i oprócz tego krzyczenia przez telefon przy orangutanach nie mam mu nic do zarzucenia, ale nie poleciłabym go jako wybitnie uzdolnionego. Same dobre rzeczy słyszałam za to (już po fakcie) o trekkingach z wyżej wspomnianego Junia Guesthouse, spędziłam też kilka wieczorów w tamtejszej knajpce i faktycznie i kelnerzy, i przewodnicy tam zgromadzeni wydawali się szanować turystów i, co dla mnie szczególnie ważne, żaden z nich nie miał lepkich rączek ;)

Proszę, koniecznie opisujcie gdzie tylko się da (forum Lonely Planet, tripadvisor, …) oraz zgłaszajcie starszyźnie we wsi przewodników, którzy oszukują/zbytnio spoufalają się ze swoimi klientkami. Możecie też dać znać mi, przygotowuję listę takich gagatków w całej Indonezji i będę ją publikować w różnych miejscach. To ważne, bo jeśli każdy sprawę przemilczy, nic się nie zmieni. Jest to, i w Bukit Lawang, i w Ketambe, i w innych miejscach jak Indonezja długa i szeroka, ogromny problem i bardzo psuje wizerunek tego pełnego dobrych i uczciwych ludzi kraju, a nie wszyscy nowoprzybyli do Indonezji turyści (z naciskiem na płeć piękną) zdają sobie z tego sprawę i potem wyjeżdżają stąd z niesmakiem. Promujmy uczciwość i walczmy z takimi cwaniakami!

Kiedy najlepiej wybrać się do dżungli?

Powtórzę tak jak przy wpisie o Ketambe – „no rain, no forest, it’s a rainforest” ;) Padać może zawsze. Najbardziej deszczowe miesiące to teoretycznie listopad i grudzień, ale coś ostatnio klimat nam się zmienia i nie ma co się tym zbytnio sugerować, bo często wcale nie pada kiedy powinno. A i nie ma tego złego, bo sezon deszczowy to również sezon owocowania wielu drzew – a to zachęca orangutany do schodzenia na niższe partie drzew :)

5 komentarzy do posta Bukit Lawang – najłatwiej dostępny kawałek dżungli

  1. Agnieszka Jagielska pisze:

    Mam pytanie, czy w BL trzeba pójść na treckking, żeby zobaczyć orangutany w ich naturalnym środowisku? Rozumiem, że nie dokarmia się już tych zwierząt na specjalnych platformach. Gdzie można zobaczyć orangutany w okolicach Singkil?

    • Emiwdrodze pisze:

      W BL platform nie ma już od kilku lat. W lesie są strażnicy, którzy pilnują, żeby nikt bez przewodnika się tam nie pojawił, biznes musi się kręcić ;) W Ketambe z kolei orangutany podchodziły blisko głównej drogi czy guesthouse’ów położonych po stronie dżungli, spotkałam też podczas trekkingu paru turystów bez przewodnika. Dużo orangutanów jest w Rawa Singkil Wildlife Reserve, problem w tym, że nie jest ono wciąż przygotowane na zagranicznych turystów, więc ciężko może być o przewodnika z dobrym angielskim.

  2. Foodiesworld pisze:

    Coś przepięknego! Pod tym względem Azja ma pod sobą większość krajów Europy na przykład, gdzie dżungli nie uświadczysz. PS: Co to znaczy niekontrolowana dzicz? :D Prawdę mówiąc, podziwiam kobiety podróżujące samotnie, bo żadne z nas same nie wybrało by się bez współmałżonka. Jednak fakt, że jesteśmy we dwoje dużo ułatwia, nie tylko pod kątem bezpieczeństwa, ale też po prostu rozrywki. Trudno nam wyobrazić sobie, że nie mamy z kim przegadać doświadczeń z podróży w trakcie jej trwana :)

    • Emiwdrodze pisze:

      Niekontrolowana dzicz to kiedy podczas trekkingu w nocy przewodnik zaczyna się do Ciebie dobierać, a podczas pływania w hot springs (gdzie i tak w przeciwieństwie do innych, roznegliżowanych turystek byłam w tshircie i szortach) pod wodą łapie cię za tyłek. To przykłady z własnego doświadczenia, ale ze słyszenia znam o wiele gorsze historie. I nikt z tym nic nie robi, bo niestety Indonezja to jeden z krajów, w których to kobietę oskarża się o to, że została zgwałcona – bo np. sama do tego zachęcała, odsłaniając na ulicy włosy (!!!). Oczywiście są tu regiony pod tym względem mniej i bardziej postępowe, akurat Sumatra należy do tych pierwszych.

      #truestory

  3. marianomariano pisze:

    fajna miejscówka, też byłem ;)

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.