Ketambe – dżungla i orangutany

Ketambe to senna wioska w regionie Aceh Tenggara, baza wypadowa do trekkingów do dżungli w poszukiwaniu orangutanów i innych cudów natury. Moim gwoździem programu nie były jednak orangutany, a gigantyczne prastare drzewa, gorące źródła, cisza, brak zasięgu… Okolica Ketambe skradła moje serce, utknęłam w niej na miesiąc i będę wracać nie raz, nie dwa! To idealna alternatywa dla przeładowanego turystami Bukit Lawang.

Większość turystów odwiedzających Sumatrę i chcących zobaczyć orangutany wybiera się do bliższego lotnisku w Medan Bukit Lawang. Na początek więc:

Dlaczego Ketambe, a nie Bukit Lawang?

1) Po pierwsze, jest mniej komercyjne i tańsze niż Bukit Lawang – odkąd przeczytałam porównanie tego drugiego do bangkockiej Khao San Road, z tą tylko różnicą, że nad rzeką i w lesie, wiedziałam, że zajrzę tam tylko na chwilę z ciekawości. W Ketambe tłumy w lesie są mniejsze, ścisk w obozowiskach też, a orangutany obserwuje się w naturalnym środowisku, dziko skaczące sobie po koronach drzew.

2) Po drugie, bardzo byłam ciekawa tego tak ponoć konserwatywnego Aceh. Panuje tu teoretycznie prawo szariatu, którego w praktyce się nie zauważa. Okazuje się, że taki to restrykcyjny islam, że tu świnka w klatce, tam biega pies (bo ponoć złodzieje w nocy grasują), kobiety na wsi chadzają z odsłoniętymi głowami, grupki przewodników popalają zioło rosnące w ogródku za guesthousem, podczas Ramadanu mało kto pości, a w rowie walają się butelki po Bintangach (lokalne piwo)! I na moje zdziwienie, że jak to tak, że przecież w mojej Jogji bardziej się nagimnastykować trzeba, żeby kupić alkohol, tłumaczyli, że no jak to, przecież jak są turyści to musi i być piwo. A do tego niewyobrażalnie tani jungle juice (lokalny bimber). Pobyt w Ketambe był dla mnie arcyciekawą obserwacją socjologiczną.

3) Po trzecie, najczęstszy argument jest taki, że Bukit Lawang jest bliżej lotniska w Medan. Tak, to prawda, ale droga do niego kiepska, a do Aceh prowadzi w większości piękna, gładka, choć miejscami kręta asfaltówka. Droga z Medan do BL to jakieś 4 godziny, do Ketambe 8. Czy ja wiem czy to taka wielka różnica biorąc pod uwagę, że na miejscu płaci się mniej, a i trekking ciekawszy?

Ketambe – podstawowe informacje

Gdy wreszcie dotarłam na miejsce po przeprawie z lotniska w Medan, zaskoczyły mnie znaki na kilku guesthousach „free wifi”. Wydawało mi się, że jadę w taką dzicz, gdzie nawet sygnału nie będzie i trochę byłam tym widokiem rozczarowana. Jednak nie powinnam zapominać, że jestem w Indonezji. Teoretycznie nie ma tu przerw w dostawie prądu w określonych godzinach. Teoretycznie też wcale te przerwy nie są regularne. W praktyce prądu nie było przez kilka pierwszych dni, które spędziłam w Ketambe. A nawet jak prąd wrócił, nie było oczywiście wifi, bo „maszyna do internetu się zgubiła” :D No i dobrze!

Ketambe położone jest przy głównej drodze prowadzącej przez Sumatrę, Transsumatra. W to też uwierzyć nie mogłam, bo ruch na niej znikomy. Piękna to droga. Po obu jej stronach gęsty las, czasem wynurza się rzeka. W koronach drzew już przy samej drodze gniazda orangutanów. Mnóstwo zakrętów takich 180*. Wioska rozciąga się na cały kilometr, nie ma więc problemu z poruszaniem się po niej pieszo.

W Ketambe mają parę małych sklepików i prowizorycznych aptek na zapleczu domów, nie ma za to bankomatu (najbliższy jest w większym mieście, Kutacane).

Ketambe – jungle trekking

Główna droga krajowa przecinająca wioskę (i Sumatrę), a my gotowi do wyprawy w dżunglę

Bałam się tej dżungli, muszę przyznać. Oh, noc przed pierwszym trekkingiem oka nie zmrużyłam! Co ja, bojąca się tarantul i o kondycji fizycznej poniżej średniej krajowej w ogóle wyczyniam, czemu się tam pcham?! Na początek wybrałam więc krótki trekking, dwa dni i jedna noc w obozowisku i na tym moja przygoda z dżunglą miała się zakończyć na wieki wieków. Jako, że podróżowałam jednak sama, a na tak krótki trekking chętnych do grupy nie było, dołączyłam do Hiszpanów udających się na 3d2n wyprawę. No i przepadłam. Na 3dniowym trekkingu byłam już dwa razy i teraz przymierzam się do dłuższego, 6dniowego. Urzekł mnie po trosze ten spokój ducha spowodowany brakiem zasięgu, gdy na 3 dni można schować telefon głęboko na dno plecaka i nie trzeba co pół godziny sprawdzać czy nie przyszedł nowy mail, a po trosze brak odgłosów cywilizacji – żadnych motorów czy meczetów, a tylko natura. Z samego rana kąpiel w lodowatej rzece, a wieczorem relaks zmęczonych mięśni w gorących źródłach. Wszystko to razem wzięte lepsze niż medytacja! Za każdym razem widziałam inne, nowe rzeczy. Orangutanów podczas pierwszej trzydniowej wędrówki przez las widzieliśmy 6: 4 dorosłych i dwójkę dzieci. Wszystkie pierwszego dnia, niedaleko obozowiska przy rzece. Były jednak tak wysoko w koronach drzew, że nie sposób im się dokładnie przyjrzeć, a co dopiero zrobić zdjęcie. Za drugim razem było o wieeele lepiej, bo widziałam ich w przeciągu trzech dni aż 9! I to niektóre schodziły tak nisko, że udało mi się nawet uchwycić jednego ajfonowym aparatem. Była też cała masa małp Thomas-leaf (takie ze śmiesznym irokezem na głowie), makaków, egzotyczne ptaki, robaki, całe chmary kolorowych motyli, w tym takie z „nosem” no i…pijawki (na te jednak przewodnicy mają niezawodny sposób – ochraniacze na łydki :))!

Przydałby się aparat z dobrym zoomem czy lornetka!

Jak rozpoznać, że gdzieś tam w gąszczach jest orangutan albo inna małpa? Najpierw słychać trzask gałęzi, a chwilę potem widać osypujące się liście i owoce. Orangutany codziennie budują nowe gniazdo, przemieszczając się w poszukiwaniu nowych źródeł jedzenia. A jedzą głównie owoce, liście. 6-8 lat zajmuje im nauczenie sie potrzebnych na wolności umiejętności, więc co tyle czasu orangutania mama ma nowe młode.

Widzieliśmy też sporo imponujących rozmiarów drzew, baaardzo wysokich i te zrobiły na mnie zdecydowanie największe wrażenie. Niektóre z nich puste w środku, można się było po ich wnętrzu wspiąć dość wysoko niczym po drabinie. Większość z nich to fikusy. Inne, które zapadło mi w pamięć to drzewo seslun, które w zależności od pory roku zmienia kolor kory – ja widziałam je białe z rudawymi plamami, a w przyszłym miesiącu ma stać się całe rude. Było też sporo drzew meranti, które są bardzo cenione (i chronione) -ich nielegalna wycinka w dżungli to ogromny problem.

Mój przewodnik pyta: „no to ile orangutanów już widziałaś?”, a jesteśmy w tym samym miejscu już z 10 minut, obserwując. Ja widzę dwa. On wynajduje cztery kolejne, taki sokoli wzrok. Maczetą wycina nam drogę do lepszego punktu widokowego, tak, żeby każdy mógł dojrzeć zwierzaki w całej okazałości. A one nic nie robią sobie z naszej obecności, kołysząc się na gałęziach, obejmując swoje małe i pożerając kolejne owoce.

Mój hit wyprawy – nie orangutany, a imponujących rozmiarów drzewa:

Gdzie jest Wally? :P

Pierwsze obozowisko nad rzeką

Tzw. „aquarium tent” – niestety plastiku w dżungli wciąż cała masa, ale są już nieliczni przewodnicy, którzy starają się to zmienić.

Moje ulubione miejsce – gorące źródła. Zaskakująco przyjemnie jest w gorący dzień wejść do gorącej wody, mogłabym siedzieć w niej godzinami!

jungle tattoo – odciśnięty z paproci

Dłuższe, 6- czy 7-dniowe trekkingi docierają w jeszcze dziksze rejony dżungli, gdzie przy odrobinie szczęścia nad jeziorem można zobaczyć słonie. Na specjalne życzenie przewodnicy są w stanie też zorganizować trekking nocny (wtedy zobaczyć można jeszcze więcej zwierząt, ożywają wszelkie węże, pająki, …), ambitną wspinaczkę na górę Kemiri czy rafting po rzece Alas.

Wioska Ketambe i okolice

Niewątpliwie najciekawsze co ma do zaoferowania okolica to natura – po to się tu przyjeżdża:

widoki z głównej drogi przecinającej Aceh, w drodze do Blankejeren

rzeka Alas

czy może być coś piękniejszego niż pola ryżowe w połączeniu z palmami i górkami? <3

Niemal każdy w przydomowym ogródku hoduje tu kawę i kakao – a kawa Gayo Aceh jest jedną z lepszych na świecie, warto poprosić przewodnika o zapas świeżej arabiki, jest tu śmiesznie tania.

owoce kakaowca

Są też liczne mosty-mostki i prowizoryczne kładki, moja miłość:

Jak myślicie, dał radę przejechać? :P

Po lewej – trochę kiczowaty „rainbow bridge” w sąsiedniej wiosce

No i lokalne rozrywki:

Po lewej: ta pani uczyła mnie zawijać liście betelu – w końcu po tylu latach w Azji go spróbowałam! Od niego te piękne czerwone uśmiechy ;) Po pół godzinie znajomości i wspólnym przeżuciu liścia (w smaku coś okropnego!) zaoferowała mi prosto z mostu, żebym wyszła za jej syna. Sam zainteresowany o zgodę spytany nie został, choć do końca nie wiem o którego chodziło, bo synów ma kobita sześciu i żaden jeszcze nieżonaty. Na zachętę miła pani obdarowała mnie własnoręcznie wyhaftowaną rattanową saszetką. Takie o różnice kulturowe. Po prawej: do niedawna centrum spotkań miejscowych było lokalne „game centre” z oldschoolowymi maszynami do hazardu, krótko po moim wyjeździe zostało jednak przez sołtysa zamknięte jako sprowadzające młodzież na złą drogę. Wszelkiego rodzaju zakłady to na Sumatrze powszechny nałóg.

Poranny targ w sąsiedniej wiosce – stragany rozkładają się na drodze, przejechać więc wtedy przez wioskę autem to wyzwanie.

Będąc w Ketambe koniecznie zapytajcie też przewodników czy nie odegraliby dla was tańca „saman”, zwanego też „tańcem tysiąca rąk”. Coś niesamowitego! Tancerze (tylko mężczyzni) w klęczkach najpierw powoli, a potem coraz szybciej jakby w transie wykonują ruchy rękami, których jest ponoć 130 rodzajów! Miałam okazję obejrzeć to widowisko przy ognisku w dżungli i chłonęłam jak zahipnotyzowana. Taniec ten odgrywany jest też na miejscowych weselach i innych wydarzeniach, opowiadając wtedy historię np. całego życia panny młodej aż do momentu zamążpójścia. Został on nawet odtworzony na dużą skalę na otwarciu ubiegłomiesięcznych Asian Games.

Pytania i odpowiedzi:

Jak dostać się do Ketambe i ile to kosztuje?

Dwa najczęstsze punkty startowe to Medan i Banda Aceh – najłatwiej dostać się z nich do Ketambe drogą lądową: autobusem, shared taxi lub, podróżując w grupie, prywatnym autem. Po szczegóły odsyłam na stronę polecanego przewodnika, Safara.

Z Banda Aceh można też dolecieć do Kutacane mini awionetką – obecnie dwa razy w tygodniu lata tam Susi Air, można też wrócić tak DO Medan (ale w drugą stronę już nie!).

Ceny przejazdów na wybranych odcinkach:

lokalny autobus Medan lotnisko-Kabanjahe 40 k
autobus Kabanjahe-Kutacane 60 k
lokalny bus Kutacane-Ketambe 15-20 k (ostatni odjeżdża ok. 17:30)

shared taxi lotnisko w Medan-Ketambe: 350 k
shared taxi Medan miasto-Ketambe: 300 k

prywatne auto lotnisko Medan-Ketambe: od 700 k za auto

autobus Kutacane-Berastagi: 60 k

Cena trekkingu: 350-400-600 k/dzień – zależnie od wielkości grupy i długości trekkingu
Guesthouse w Ketambe: 50-100 k/pokój

Kawałek drogi krajowej na odcinku Ketambe-Blankejeren, ogromna jej część to jednak piękny, nowy asfalt

Gdzie spać w Ketambe?

Na chwilę obecną w wiosce jest całe siedem guesthouse’ów, ale buduje się kilka kolejnych. Ja będę już niedługo polecać te nowe, bo to projekty najbardziej we mnie budzących tam zaufanie ludzi. Póki co jednak najlepszą opcją jest Thousand Hills Guesthouse z pięknym ogrodem.

Tu guesthouse Sadar Wisata – nie polecam, bo właściciele są niemili dla gości wybierających przewodników innych niż pracujących dla nich, ale z zewnątrz tradycyjne domki urocze

Jak wybrać dobrego przewodnika?

Czytając opinie w internecie i próbując dokonać dobrego wyboru można zgłupieć, a co dopiero przyjeżdżając na miejsce i poznając tych wszystkich chłopaków. Jest ich grubo ponad 20 i w większości to jeszcze dzieciaki, wygadane, ale mało kompetentne. A ma to być przecież ktoś, kto będzie nam towarzyszył przez bite 3 czy ile tam dni, i od którego może zależeć nasze życie – w końcu to dżungla i ukąszenia przez węża czy inne wypadki zdarzają się bardzo, ale to bardzo rzadko, ale trzeba brać takie ryzyko pod uwagę. Konkurencja w wiosce jest silna i walczą o klienta jak lwy, niekoniecznie fair. Na początku byłam mocno zdezorientowana kto tam ściemnia, a komu można wierzyć. Bardzo przejechałam się na przewodniku z drugiego miejsca na tripadvisorze, który ściemniał przeokropnie, żebym tylko go wybrała i dopiero po fakcie zorietowałam się, że ukradł mnie innemu. Kłamał nawet w dżungli, próbując wykręcić się z odwiedzin gorących źródeł, a potem wodospadu. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – gadając z tym i tamtym i obserwując te wioskowe zawiłości oraz ich pracę w dżungli, moje zaufanie zdobył Safar, skromny, uczciwy chłopak lubiący dzieci, co czyni go idealnym przewodnikiem dla rodzin. Może trochę dzięki swojej dziewczynie Australijce, to jeden z nielicznych przewodników we wsi, który rozumie i krok po kroku wprowadza w życie kwestie ochrony środowiska i ekoturystyki i trzyma bezpieczny dystans od turystek płci żeńskiej. Dziewczynom podróżującym w pojedynkę radzę w Ketambe mocno zwiększoną ostrożność ;)

Potrzebujesz więcej info o Ketambe? Chcesz zorganizować trekking po dżungli, transport z lotniska w Medan czy jakiegokolwiek innego miejsca na Sumatrze? Uderzaj prosto do Safara lub odezwij się do mnie na priv. Jeśli on akurat nie jest dyspozycyjny, daj znać, zarzucę innymi sprawdzonymi kontaktami.

Safara znajdziecie także na facebooku i instagramie.

Kiedy najlepiej wybrać się do dżungli, żeby uniknąć deszczu?

Cóż, jak to mówią przewodnicy, „no rain, no forest, it’s a rainforest” i trudno nie przyznać im racji. W ciągu miesiąca, jaki w Ketambe spędziłam (końcówka maja-początek lipca) padało prawie codziennie, ale wieczorami, jak już siedzieliśmy w namiotach. Raz tylko, mojego pierwszego dnia w dżungli (nie ma to jak mieć szczęście :D) lunęło w samo południe i już nie przestało. I tak w tym deszczu brnęliśmy aż do jednego, a potem drugiego obozowiska, bo skoro po minucie i tak wszystko już było mokre to nie było czym się dalej przejmować oprócz tego, że bywało ślisko.

Temperatury w wiosce i w lesie są raczej przyjemne, ok. 25-30 stopni w ciągu dnia i chłodniej w nocy, do spania nie potrzeba wiatraka, a raczej gruby koc. W dżungli przewodnicy zapewniają ciepłe śpiwory, choć i tak warto mieć ze sobą ciepłą bluzę.

Najsuchsze miesiące to luty, czerwiec i lipiec. Najwięcej pada w marcu, kwietniu, wrześniu, październiku i listopadzie, ale głównie nocami.

Co i gdzie w Ketambe jeść?

W przyguesthouse’owych knajpach znajdzie się i lokalne mie Aceh, i spaghetti i naleśniki – te na śniadanie przyrządzają zresztą nawet w dżungli! :O
Najlepsze co jednak w Ketambe jadłam to domowej roboty sambal Aceh, składający się z tempe, bakłażana i małych rybek teri, który pewnie każdy wam tam na zamówienie zrobi. Pyszota. Aż szkoda, że w żadnej knajpie niedostępny w menu :(

W dżungli posiłki były zaskakująco wyszukane – warzywne curry, smażony makaron, kurczak, ryby… Większość spośród przewodników/porterów gotuje naprawdę dobrze.

Po prawej: po raz pierwszy na własne oczy widziałam kurczaka zabijanego w sposób halal :/ Wykrwawiał się dobre 10 minut. Na kolację owego kurczaka mi zaserwowano i nie miałam innej opcji niż go zjeść, był przepyszny, ale od tego czasu jadam jeszcze mniej mięsa… Każdemu polecam taką terapię szokową.

Co zabrać ze sobą do dżungli?

– przede wszystkim dobre buty! To mit, że przewodnicy chodzą w japonkach, nawet oni w większości mają świetne buty trekkingowe, choć niektórzy po dżungli śmigają w korkach
– japonki do noszenia wokół obozu
– czołówkę – na wieczorne wyjścia do „toalety”
– plastry w razie ugryzienia przez pijawkę – to nie boli, ale dość mocno krwawi
– strój kąpielowy i ręcznik – ja pływałam wręcz w Tshircie i szortach, bo mimo, że przewodnicy niby od zawsze pracują z turystami i powinni być z zachodnią kulturą oswojeni, nie ma co ukrywać – gapią się i komentują nawet się z tym nie kryjąc.
– nie ma co się specjalnie przejmować ciuchami – ja wystartowałam w legginsach z bawełny, bojąc się trochę, że przegryzą je insekty, ale i tak do kolan przewodnicy zapakowali nas w specjalne ochraniacze przeciwpijawkowe. Ostatniego dnia wracałam już w spodniach od piżamy, bo wszystkie inne ciuchy miałam przemoczone. W nocy nic schnąć nie chciało, nawet przy ognisku. Niektóre dziewczyny miały zwykłe bluzki na ramiączkach czy nawet krótkie spodenki, ja wolałam jednak być zapakowana po kostki i nadgarstki tak, żeby mnie nic nie gryzło
– poduszkę! Zawsze i wszędzie wożę ze sobą malutkiego jaśka i w dżungli zazdrościli mi go wszyscy ;) Śpi się na cienkich karimatach na twardej ziemi
– duża butla wody – porterzy gotują później wodę z rzeki, którą można dopełnić butelki, ale ma ona raczej paskudny smak

Ale przede wszystkim pamiętajcie, że to wszystko niesiemy sami na plecach! Porter nosi namioty, prowiant i całą resztę, ale nie nasze plecaki :P

Po lewej: niezawodne ochranicze przeciwpijawkowe, przez całe 6 dni w lesie użarła mnie tylko jedna, i to już po powrocie do guesthouse’u. Po prawej: chłodny poranek, szykuję się więc na kąpiel w gorących źródłach

Czy będą robale i komary?

No jak miałoby ich w dżungli nie być?! Choć przyznam szczerze, podczas pierwszego trekkingu nie zauważyłam żadnych. Nic nie wlazło nam w nocy do namiotu (śpi się przy rzece, gdzie ich dużo mniej), nic nie wpadło na twarz podczas łażenia po lesie. A ja pająków się boję. Komarów w wiosce było mnóstwo, ale w samej dżungli przez sześć dni nie spotkałam żadnego. W Ketambe nie ma zagrożenia dengą ani malarią.

Stonóżka. Przewodnicy ostrzegali nas przed tymi swędzącymi i tymi dla skóry ludzkiej neutralnymi

Pewnego poranka jedna z turystek wybrała się jednak (na boso!) do pobliskiej „toalety” i z krzykiem wyleciała z krzaków, gdzie o mało co nie nadepnęła na to cudeńko po lewej:

Po lewej: największy skorpion, jakiego w życiu widziałam. Ponoć im mniejszy, tym bardziej jadowity, ale przewodnicy radzili trzymać się od tego z daleka. Po prawej: taki tam, wielkości dłoni. Jedyny, jakiego w dżungli spotkałam!

Na co uważać?

– na rzekę – są w niej niebezpieczne prądy, znajomej córeczka o mało tam nie utonęła, uratował ją przewodnik, rzucając się za nią do wody, ale było groźnie.

– na sprzęty – po wyjściu z lasu mi i innej dziewczynie przestały działać telefony, a żaden z nich nie zmókł ani nie upadł… W wiosce wciąż miałam problemy z laptopem. Wilgoć robi swoje, o ile więc warto mieć ze sobą świetny aparat to może inne sprzęty zostawcie w bezpiecznym miejscu/szczelnym opakowaniu?

– na drogę do toalety – patrz wyżej

– no i last, but not least: dziewczyny, uważajcie na bule hunterów (chłopców „polujących” na turystki), bo to w Ketambe prawdziwa plaga!

Czy w ogóle myśleć o odwiedzinach Aceh podczas Ramadanu?

Ta część Aceh wcale nie jest tak konserwatywna jakby się wydawało. Nikt nie patrzył się dziwnie jak w środku nocy jako jedyna kobieta wpadam do lokalnej knajpy (pojechaliśmy w tym celu do sąsiedniej wioski, bo tylko tam mieli telewizor) oglądać mecz Polska-Kolumbia, ba, na pożegnanie starszy pan właściciel powiedział ze słodkim uśmiechem „sweet dreams”.

Młody, ale zdolny szef kuchni Ahmed biedny wybudzany był ze snu jak tylko turyści chcieli coś zjeść, a to przecież Ramadan i sam pościł.

Jedynie dostanie się do Ketambe po raz pierwszy to był dla mnie koszmar dlatego, że mnóstwo ludzi przemieszczało się do swoich domów, żeby tam spędzić cały ramadanowy miesiąc – to dla mnie nowość, bo na Jawie ten okres jest raczej martwy, a dopiero pod jego koniec zaczyna się komunikacyjny koszmar.
Chłopaki, którzy pracują jako przewodnicy po dżungli, poszczą połowicznie – będąc w bazie w miarę się tego trzymają, jednak podczas trekkingu jest to fizycznie niemożliwe, ciało nie wytrzymałoby takiego obciążenia bez wody czy jedzenia, a zarabiać muszą, więc podczas tego miesiąca normalnie organizują trekkingi.

Poza tym, spora część Aceh to też katolicy i chrześcijanie – mieszka tu dużo Bataków i innych niemuzułman.

Komentarz do posta Ketambe – dżungla i orangutany

  1. fajnepodroze napisał(a):

    Wspaniała wyprawa :)

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.