Moja Dżogdża

Odkąd pierwszy raz postawiłam stopę na azjatyckiej ziemi, myślałam o tym, jakby to zrobić, żeby tu choć chwilę pomieszkać, a nie tylko być turystką. W końcu się udało. W miejscu dość przypadkowym. Proszę państwa, oto mój sen na Jawie, tej indonezyjskiej :) To już pół roku!

Jak zakotwiczyć się w Azji na dłużej? Kiedy przeglądałam oferty staży, wolontariatów i innych (na ogół płatnych, niestety) opcji, wszystko mi było w sumie jedno, w jakim kraju się zatrzymam. Wypadło akurat na Indonezję, bo natknęłam się na „Internship Indonesia”, firmę reklamowaną na wielu polskich blogach i zarejestrowaną nigdzie indziej niż w… Ciechocinku! Wydawało się to mieć ręce i nogi- poznam od podszewki Indonezję, o której słyszałam wcześniej tyle pozytywnych opinii, ktoś (za odpowiednią opłatą) zajmie się wszystkimi formalnościami, moja głowa odpocznie od ciągłego planowania noclegów, transportu, nie trzeba będzie codziennie pakować plecaka, a przy okazji wzbogaci się moje CV. Zapowiadało się pięknie, ale nigdy nie sądziłam, że powiedzenie ‚Polak Polakowi wilkiem’ sprawdzi mi się tak daleko od domu. Oferta „praktyki” niewiele miała wspólnego z tym, co czekało na mnie na miejscu, a organizacja mojego przyjazdu pozostawiała duuużo do życzenia, pożegnałam się więc z polską firmą szybko, ale moje serce zostało już w Jogji…

merapi z okna

od maja 2013 (z przerwą) cieszę się takim widokiem z okna o poranku! To górujący nad miastem (bardzo) aktywny wulkan Merapi, a za nim Merbabu

(Dżogdża, Jogja, Yogya, Djogdja, Jogjakarta, Djogdjakarta to różne wariacje nazwy jednego miasta- Yogyakarty)

No więc jaka jest ta MOJA Dżogdża?

DŻOGDŻA ARTYSTYCZNA – przede wszystkim!

Jogję nazywa się kolebką kultury jawajskiej. To tu – a nie w okropnej Dżakarcie – znajduje się serce Jawy. Obejrzymy tu jawajskie przedstawienie – teatr cieni. Pełno tu studentów przyjezdnych z każdej z indonezyjskich wysp, dzięki czemu jest tak różnorodnie i tyle się dzieje. Do Jogji młodzi ludzie przyjeżdżają uczyć się gry na instrumentach i innych sztuk nawet z Bali.

batik taniec

L: pokaz tańca jawajskiego w Kratonie (Pałacu Sułtana); P: batikiem Jogja stoi! Batik to technika zdobienia tkanin przy pomocy wosku; zachwycają się nim turyści. W każdy piątek na ulicach mamy szansę zobaczyć więcej ludzi ubranych w batikowe koszule niż zwykle – w szkołach i urzędach jest wtedy obowiązek ich noszenia. Przyozdobił się w niego nawet McD.

Artystyczny światek – to zawsze brzmiało pociągająco ;) W Jogji (znów dzięki couchsurfingowi!) wpadłam w towarzystwo artystów. Moi znajomi to lokalni malarze, graficy, artyści graffiti, designerzy. Tym sposobem nie omija mnie żadna ważna wystawa sztuki (także od kulis), koncert czy inne wydarzenie towarzyskie. Tu zaczęłam doceniać sztukę uliczną – w Jogji jest co podziwiać!

via via jogja

przygotowanie do otwarcia wystawy w Via Via, popularnej knajpce dla turystów (Jl. Prawirotaman)

mural gejayan2

prace nad nowym muralem

jogja street art

mural gejayan

jogja art

sztuka nie musi być nudna – w Jogji pojawia się pod różnymi postaciami

spiderminion

spiderminion

Moja Dżogdża to też muzyka i tańce na skrzyżowaniach, umilające czekanie na zielone światło. Uliczni grajkowie są tu wszędzie – w autobusach, w knajpach…

DŻOGDŻA KULINARNA

W Dżogdży jest tyle miejsc, gdzie można zjeść, że nawet gdyby codziennie odwiedzać inne, życia by nie starczyło! A jakie to wszystko pyszne i tanie… :) Ale indonezyjska kuchnia to temat na osobny post.

DŻOGDŻA TURYSTYCZNA

Po Bali to druga w kolejności najczęściej odwiedzana przez obcokrajowców destynacja Indonezji, ale tych turystów (w porównaniu do np. Tajlandii) tu i tak wciąż jak na lekarstwo. Dzięki ich obecności przynajmniej są miejsca, w które mogę uciec, gdy mam dość próśb o wspólne zdjęcie, wytykania palcami i wołania za mną ‚hello mister!’ albo ‚bule, bule!’ (‚bule’ = ‚biały’; Indonezyjczycy mają fioła na punkcie ‚białych’ i często czuję się jak gwiazda, na którą polują tłumy paparazzi – niezbyt miłe uczucie…)

bule hunting

podobnych zdjęć mam z Indonezji na pęczki; to jedno z pierwszych, kiedy pozowanie do nich jeszcze sprawiało mi frajdę

Dżogdża turystyczna to pałac wodny (Taman Sari) ze spokojnymi, wąskimi uliczkami dookoła.

taman sari jogja

taman sari

tamansari birdeye

Taman Sari z lotu ptaka

To też Malioboro, czyli ulica handlowa, na której każdego wieczoru grają na bambusowych instrumentach indonezyjskich (angklung). Pełno tam ladyboysów (widuję ich tu więcej niż w słynącym z nich Bangkoku!), a ceny jedzenia są szalone w porównaniu do innych rejonów miasta. Malioboro unikam jak ognia, choć na zakupy to miejsce idealne! Zobaczyć trzeba.

To Alun-Alun, czyli plac z dwoma wielkimi drzewami banyan po środku. Ponoć przejście między nimi z zawiązanymi oczami oznacza, że mamy czyste serce, ale wbrew pozorom nie jest to łatwe zadanie! Ja próbowałam kilka razy i za każdym razem wydawało mi się, że idę tak prosto, że bardziej się nie da, a po otwarciu oczu okazywało się, że skręciłam mocno w prawo lub lewo.

Na tym samym placu popularną rozrywką są śmieszne pojazdy święcące wszystkimi kolorami tęczy i grające najnowsze przeboje – takie autka w kształcie np. kurczaka czy hello kitty okrążają plac bez przerwy, a w środku siedzi grupka przeszczęśliwych Indonezyjczyków, niekoniecznie wcale dzieci. Mało kto pije tu alkohol, więc takie rozrywki muszą im wystarczać :P

transport jogja

L: piesi nie mają tu łatwo – chodniki są, ale wyłączone z użytku, chodzi się ulicą; pieszo przemieszczają się tu prawie wyłącznie turyści, Jawajczycy jeżdżą motorem nawet do sklepu za rogiem; P: angry autko na Alun2

DŻOGDŻA (niestety) ZATŁOCZONA, GŁOŚNA I DESZCZOWA

Niby Jogja jest najspokojniejszym z indonezyjskich wielkich miast (nie potrafię więc wyobrazić sobie życia w innych!), ale to w końcu kolejna azjatycka metropolia – motorów jest więcej niż ludzi.

Przemieszczanie się bez motoru nie jest tu proste. Autobusy mają zawiłe trasy i brak rozkładów jazdy (wyjątkiem jest TransJogja, którą w parę miejsc da się dojechać). Przez pierwsze tygodnie do pracy dojeżdżałam autobusem, który często zatrzymywał się w przydrożnej knajpce, kierowca znikał w niej na kilka(naście) minut, potem już najedzony za kierownicą popalał fajkę, do niego dołączali inni i w takiej śmierdzącej saunie jechaliśmy sobie dalej.

jalan parangtritis jogja

droższą alternatywą są „beczaki”, których kierowcy przez większość dnia śpią

becak prawirotaman

Żeby nie było zbyt pięknie, jest kilka rzeczy, które utrudniają tu życie. Jedną z nich są muzułmańskie nawoływania do modlitwy. W środku nocy, około 3.30, rozlega się pierwszy krzyk muezina, który właśnie ma na celu obudzić wszystkich i wygonić z łóżek do meczetów. Meczetów jest mnóstwo i każdy ma swój super stereo system nagłośnienia, a do tego na każdym rogu znajdują się głośniki wątpliwej jakości – od tego nie da się uciec. Nawoływania powtarzane są jeszcze pięć razy dziennie (cztery na modlitwę i raz o wschodzie słońca), już o bardziej ludzkich godzinach – około 6, 7, 12, 15, 18 i 19.

mushola

po każdym takim wezwaniu do modlitwy Muzułmanie mają 2 godziny na jej odbycie – sale modlitewne, tzw. ‚mushole’ są w restauracjach, centrach handlowych, nawet na stacjach benzynowych

Większość kobiet nosi hidżab (dżilbab), ale ponoć do tego trzeba „dojrzeć”- jedna z moich muzułmańskich koleżanek twierdzi, że jeszcze nie stała się godna noszenia chusty, bo za dużo grzeszy (zapytana, co to za grzechy, odpowiedziała, że czasem złości się na dwuletniego synka…). Potem jednak dodaje, że gdyby czuła, że już zasługuje na hidżab, i tak by go nie nosiła, bo za gorąco :) Niektóre dziewczyny noszą go wyłącznie ze względu na modę.

hijabs

w drodze do meczetu

na ulicach łatwo  spotkać duchy ;) na początku natknięcie się na takie panie znienacka mnie przerażało.. (takie wdzianka przywdziewają na czas modlitwy)

w drodze do szkoły jogja

w drodze do szkoły

ALE, w Jogji jest bardzo dużo katolików i osób o chińskim pochodzeniu, co sprawia, że islam nie dominuje tu aż tak bardzo, jak w innych częściach Jawy i nawet w Ramadanie nie jest ciężko o jedzenie w ciągu dnia.

Pora deszczowa – w teorii trwa ok. 6 miesięcy, a reszta roku to pora sucha, nazywana przez miejscowych „latem” (z europejskiego punktu widzenia lato trwa tu 365 dni w roku). W zeszłym roku jednak deszcz padał przez bite 9 miesięcy. I dlatego Jogja nieodłącznie kojarzy mi się z ludźmi na motorach ubranymi w peleryny ;) Leje niemal codziennie przez kilka godzin, ale na ogół tylko popołudniu/wieczorem, więc rano wciąż można cieszyć się słońcem.

jawa pora deszczowa

A kilka km od centrum TAKIE widoki, na szczęście jest dokąd uciec od tego tłoku i spalin:

pole ryżowe jawa

dom nitiprayan

Jogję kocham, choć czasem nie znoszę. Czasem ziemia się zatrzęsie, czasem wulkan chmurę dymu wypuści, ale te pola ryżowe, palmy i bananowce rekompensują wszystko!

*Jak się jest turystą, fotografuje się o wiele więcej niż jak już się gdzieś mieszka. Zawsze mówiłam sobie „będę tu jeszcze milion razy, zdążę zrobić zdjęcie”, a potem już dane miejsce stawało się tak oklepane, że przestawałam widzieć w nim coś ciekawego. Najciekawsze kadry wypatrywałam w drodze do pracy czy podczas jazdy motorem, a że aparatu przy sobie nie miałam, część z fot została zrobiona komórką.

Zobacz też, gdzie spać w Yogyakarcie.

17 komentarzy do posta Moja Dżogdża

  1. nasta napisał(a):

    o której i w jakie dni można zobaczyć pokaz tańca w kratonie? Jak to wygląda cenowo?

  2. grzegorz napisał(a):

    witam
    będziemy w jogji od 20.02 do 23.02 możesz nam polecić jakieś miejca w mieście i okolicy
    jedzenie , must see itd
    spanie mamy ogarnięte nasze must see : borobudur i paramban dalej pustka
    będą to nasze trzy ostatnie dni w azji przed powrotem do domu

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Moje dwa must-see w mieście to Taman Sari – podziemny meczet i tunele oraz Alun Alun Kidul po zmroku. Poza tym dużo dobrego i taniego jedzenia tu do spróbowania mamy, można eksperymentować :) Jak lubicie kawę to jeszcze kopi joss – kawa z kawałkiem rozżarzonego węgla. Poza miastem też jest mnóstwo ciekawych rzeczy – jaskinie, piękne plaże, wodospady… No i zakupy w Mirota Batik na Malioboro :)

      • grzegorz napisał(a):

        Dziękuję za odpowiedż
        jeżeli masz jakieś życzenia z Polski i chciałabyś się spotkać
        to proszę bardzo jeszcze jesteśmy w Polsce (do 04.02.)
        pozdrawiam

      • Emiwdrodze napisał(a):

        W sumie przyda mi się kilka rzeczy :) Odezwę się na maila!

  3. %name napisał(a):

    Ojej, to sie czyta dżogdża… No w sumie sie czyta dżakarta nie jakarta…

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Małe sprostowanie – po polsku wręcz nawet pisze się „Dżakarta”. „Dżogdża” to mój twór, niektórzy Indonezyjczycy wymawiają nazwę tak, niektórzy „Jogja”, a jeszcze inni „Dźogdźa”. A pełną nazwę (bo Jogja czy Yogya to skrót) pisać można „Yogyakarta” albo „Jogjakarta”, a kiedyś też „Djogdjakarta” – tyle nazw, ile twarzy ma to miasto ;)

  4. Alex Gasieniec via Facebook napisał(a):

    No wlasnie! Myslalem, ze kantowanie konczy sie na Anglii i innych popularnych kierunkach zarobkowych. Widac mamy niezlych artystow-naciagaczy, nie gorszych, niz w Kambodzy i Wietnamie :) Swoja droga bylem ciekaw co wyskoczy w wyszukiwarce po wpisaniu „poland scam” i okazuje sie, ze u nas sa takie same przekrety, jak w Azji, jesli nie gorsze :P

  5. Alex, jak się setny raz widzi podobne miejsce to już nawet przepiękna plaża z równiutkim rzędem palm kokosowych nie robi wrażenia.. Liczę na widoki nowego typu w NZ w takim razie!
    A ta firma… kto by przypuszczał, że Polacy kantują nawet na drugim końcu świata, co? ;)

  6. wiola.starczewska napisał(a):

    No, patrz, ja też prawie chciałam jechać z Internship Indonesia. Moim zdaniem ludzie powinni bojkotować takie rzeczy jak praktyki i wolontariaty, za które się płaci. Po moich przygodach z AIESEC stwierdzam, że to dziwna metoda zdobywania doświadczenia. To nie fair, że młodzi ludzie płacą za to, żeby dodać do swojego życiorysu doświadczenie zawodowe.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      widzisz, ja ten jeden jedyny raz byłam skłonna zapłacić za organizację wszystkiego od A do Z, ale jak się okazało w praktyce, i tak wszystko musiałam załatwiać sama. W Indonezji jest ten problem, że zwykły turysta może dostać wizę tylko 2 miesięczną (a w zasadzie to 1 miesięczną, którą na drugi miesiąc trzeba przedłużyć), potem musi wyjechać z kraju, żeby dostać nową, a ta opcja mi dawała dłuższy start- to był główny powód, dla którego zdecydowałam się na te „praktyki” (teraz już wiem jak sprawy wizowe obejść ;)).. No i dostawałam jakąś tam wypłatę w tej „pracy”, z której jednak nawet opłata początkowa mi się nie zwróciła.

  7. Alex Gasieniec via Facebook napisał(a):

    „potem już dane miejsce stawało się tak oklepane, że przestawałam widzieć w nim coś ciekawego” – to nasza rzeczywistość od dawna :P tekst zajefajny, najbardziej mnie ubawiła wzmianka o rodzimej firmie :)

  8. ola napisał(a):

    Czekam z niecierpliwością na Nową Zelandię, bo to prawie Australia, a Antypody to moja <3

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Australia też na bloga zawita, bo już za tydzień odwiedzę Sydney- wprawdzie tylko na 3 dni, ale już ja się postaram, żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej ;) A kursując między NZ i Indonezją pewnie prędzej czy później uda mi się zatrzymać się tam na dłużej!
      @Ola, byłaś już na Antypodach?

  9. Ewe napisał(a):

    A napisałabyś coś więcej o tej polskiej firmy i o tym co robisz i gdzie pracujesz? :)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      już nie pracuję, zakończyłam współpracę z nimi po dwóch miesiącach.
      Miałam zajmować się marketingiem w znanej indonezyjskiej restauracji, ale przez dwa miesiące nie udało mi się przebrnąć przez „dzisiaj jeszcze postoisz w drzwiach i pouśmiechasz się do klientów, a o marketingu porozmawiamy jutro”. Szefowa, mimo, że po angielsku mówiła biegle, o moich obowiązkach chciała ze mną rozmawiać tylko za pośrednictwem Polki, która pracuje tu dla „Internship Indonesia” (chyba najbardziej antypatyczna osoba w okolicy, absolutnie nie pomocna) i to po indonezyjsku, tak, że nie rozumiałam, o czym mówią- dość nieładnie.

      Za przedłużanie wizy chcieli dodatkowe pieniądze, a jak poinformowałam ich, że dziękuję, poradzę z tym sobie sama, utrudniali mi to- straszyli, że to nie wiadomo jak trudne i grozi mi nawet deportacja (dramatyczny ton ich maili zawsze mnie bawił), a na dodatek namieszali mojej szefowej w głowie tak, że bała się dać mi list polecający, który do wizy był mi potrzebny, zmuszając mnie, żebym jako sponsora wybrała agencję turystyczną, oczywiście płacąc za to. W efekcie szukałam sponsora wizy na własną rękę i od razu się z nimi rozstałam.

      Obiecywali też tanie zakwaterowanie, a znaleźli mi hotel z basenem i klimatyzacją (luksusy zupełnie mi niepotrzebne) za kwotę wyższą niż w umowie- po miesiącu też sama musiałam sobie radzić z szukaniem nowego, tańszego lokum.

      Znam trzy inne osoby z różnych krajów, które miały z nimi podobne przeboje. Ale to wszystko w Jogji i wszystko w związku z ich koordynatorką, która już dla nich ponoć nie pracuje, kto wie, być może w innych miastach działa to sprawniej..

      @Ewe, rozważałaś ich ofertę?

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)