„Lady, buy something!”

Niestety to zdanie najbardziej będzie mi się kojarzyć z kompleksem świątyń Angkor (Angkor Wat to tylko jedna ze świątyń, największa-ponoć nawet na świecie- i najważniejsza, całość jest olbrzymim IX/XII-wiecznym miastem i nazywa się Angkor; zresztą samo slowo „wat” to i po tajsku, i po khmersku po prostu świątynia, a „angkor” znaczy stolica, bo to milionowe kiedyś miasto -swego czasu największe miasto świata- było stolicą Imperium Khmerskiego).

wejscie do Angkor Wat

Zawodzace okropnie i niesamowicie nachalne kobiety na kazdym kroku probuja mi cos wcisnac, od jedzenia i zimnych napoi przez kolorowe szale po malowidla i arrasy (fuj!) przedstawiajace najbardziej rozpoznawalne swiatynie. Musza byc bardzo zdesperowane, bo biegaja za nami, szarpiac nas nawet za rece, zeby tylko zjesc wlasnie w ich knajpce. Rozumiem, ze tu jest okropna bieda i ludzie zyja w skrajnym ubostwie, liczac na kazdego dolara z rak bialych (w ich mniemaniu nie wiadomo jak bogatych) turystow, ale takie cos tylko zniecheca. Zreszta, ceny tu maja jakies trzy razy wyzsze niz w miescie obok, wiec nie sadze, zeby akurat ludzie tu pracujacy klepali jakas straszna biede.

Po dlugiej drodze z Bangkoku do Siem Reap planuje jak najszybciej polozyc sie spac, ide do kafejki internetowej „tylko na chwilke” i tam poznaje dwie Szwedki, ktore zaraz wybieraja sie tuk-tukiem do Angkoru na zachod slonca. Mialam zamiar jechac tam nastepnego dnia rowerem (to jakies 6 km od miasta), ale czemu nie zmienic planow?

Kompleks jest naprawde wielki – swiatynie porozrzucane sa po dzungli w odleglosci kilku km jedna od drugiej. Dobrze, ze zrezygnowalam z roweru, bo nie udaloby mi sie zobaczyc wtedy zbyt duzo w jeden dzien. Ludzie spotkani po drodze, jak i przewodnik ksiazkowy, mowia, zeby nawet nie myslec o zwiedzeniu Angkoru w mniej niz trzy dni, ale ja i Szwedki jestesmy jednomyslne – mamy dosc swiatyn, jakkolwiek piekne by nie byly. Decydujemy sie tylko na jeden dzien, za to od wschodu do zachodu slonca. Bilet jednodniowy to 20$, dwu- albo trzydniowy- 40$, z czego 17% idzie do kasy koncernu naftowego, ktory prowadzi ich sprzedaz, a tylko mala czesc na renowacje swiatyn, wiec tym bardziej ciesze sie, ze nie dalam im zarobic wiecej. Cena jest wysoka, ale nie zmienila sie od co najmniej 10 lat. Bilet (jest na nim zdjecie i sprawdzaja go kilka razy w ciagu dnia, ciezko tam wjechac na gape) wazny jest juz od zachodu slonca dnia poprzedniego, wiec wykorzystujemy czas na maksa, jadac tam od razu.

Zaraz po zachodzie zapuszczamy sie jeszcze kawalek wglab, niby najbardziej uczeszczana sciezka, ale robi sie tak ciemno, ze z trudem odnajdujemy droge z powrotem. Na terenie swiatyn ani dookola nie ma ANI JEDNEGO swiatla, co daje niesamowity klimat.

W powietrzu unosi się też słodki zapach zioła! Zastanawiamy sie, czy to mnisi tak ulatwiaja sobie medytacje? :)

Angkor Wat o zachodzie…

Nastepnego dnia wyruszamy o 5 rano (jest zimno! warto zabrac bluze) i do 17 szwendamy sie po swiatyniach. I w zupelnosci to wystarcza, jesli ktos nie jest studentem archeologii ;)

…i wschodzie slonca

i tlumy go ogladajace

jw

rzezbione sciany Angkor Wat

216 wielkich twarz w swiatyni Bayon- tu tez krecili troche scen do „Tomb Raidera”

i znow Big Brother patrzy

Ciekawa jest swiatynia Ta Keo – a na dodatek calkiem pusta, malo kto tu dociera. Bardziej niz swiatynie podobaja mi sie jednak finezyjne korzenie drzew, ktore wlaza do swiatyn, oplataja ich mury i spodobaly sie komus innemu na tyle, ze wystapily w niejednym filmie. Oto slynne drzewko, wkolo ktorego biegala Angelina J. we wlasnej osobie:

To drzewo nawet nazywa sie „Tomb Raider Tree” i jest okrazone Japoncami z dlugimi obiektywami aparatow, mimo ze inne drzewa obok sa ciekawsze. Jest to na terenie swiatyni Ta Prohm

Duzo miejsc jest remontowanych, przy wiekszosci z tych robot stoja tabliczki z francuska/niemiecka flaga.

mamy pecha- nie mozna akurat wejsc do najciekawiej sie zapowiadajacej swiatyni

zakwasy gwarantowane. Tak wyglada wejscie do wiekszosci swiatyn. Strome schody maja symbolizowac, ze do krolestwa bogow trudno sie dostac

…ale krzepcy emeryci, ktorzy stanowia tu wiekszosc, daja rade :)

Zazdroszcze Szwedkom, ze angielski jest dla nich jak drugi jezyk ojczysty (jak dla wiekszosci Skandynawow zreszta) – tak dopasowuja sie do mojej obecnosci, ze gadaja po angielsku caly dzien, nawet miedzy soba, kiedy jestem zbyt daleko, zeby uslyszec.

Dziewczyny wydaja sie inteligentne, dlatego zadziwiaja mnie, kiedy wyskakuja na wycieczkę do świątyń w krotkich spodenkach… Na szczescie straznicy sa tu mniej restrykcyjni niz w innych takich miejscach i nie wpuszczaja ich tylko do jednej z nich. Szwedki zaskakuja mnie tez znienacka dziwnymi pytaniami w stylu „jaką pozycje przyjmujesz do sikania, kiedy deska jest zbyt brudna, zeby na niej usiasc?”. Tlumacze im, co w Polsce nazywamy pozycją „na Malysza”, co im sie bardzo podoba ;)

Pod koniec dnia wszystkie stwierdzamy z zalem, ze jednak sie nie opalilysmy – to tylko brud :( Kurzu bylo tu tyle, ze pod prysznicem przez kilka minut leci ze mnie brazowa (a raczej ruda- od koloru ziemi) woda.

uwaga na drodze!

Przychodzi do placenia tuk-tukarzowi za calodniowe jezdzenie z nami. Umawialismy sie dzien wczesniej (wprawdzie nie bezposrednio z nim, a pewnie jego szefem) na 5$ od osoby, ale polubilysmy chlopaczka na tyle (opowiadal nam troche o swiatyniach i pokazal kilka malych i fajnych, a co najwazniejsze pustych, o ktorych nie bylo mowy w przewodniku), ze chcemy zostawic mu dodatkowo napiwek. Dajemy mu wiec 18$, a on smutnym glosikiem mowi „ok”, ale ma lzy w oczach! Nie wiemy, co zrobic, bo wyglada, jakby naprawde mial sie zaraz poplakac. Jestem przyzwyczajona do bezczelnych i pewnych siebie tajskich tuk-tukarzy, wiec ten mnie zaskakuje. Pytamy, ile w takim razie by chcial, a on na to lamiacym sie glosem, ze nie wie. Jest okropnie rozczarowany i wrecz roztrzesiony, widac inni turysci ich zbyt rozpuszczaja :/ przecietna placa prostego czlowieka tutaj to 1-2$ dziennie, wiec nawet odliczajac koszty benzyny moim zdaniem zarobil bardzo duzo. Nie wiemy, czy dobrze robimy, ale w końcu zostawiamy mu jeszcze kilka dodatkowych dolarow i jest przeszczesliwy. Dla niego te kilka dolcow ma o wiele wieksze znaczenie niz dla nas.

Tuk-tuki maja tu spore ograniczenia- w jednym moga jechac tylko 3osoby (normalnie jest to do 6-7 osob)- i policja podobno bardzo restrykcyjnie to kontroluje.

Przy samiutkim Angkor jest lotnisko, na ktore tlumy przylatuja do Kambodzy pewnie tylko po to, zeby zaliczyc swiatynie i szybko wracac tam, skad przyfruneli.

..skoro juz o lataniu mowa;)

Aha, i juz wiem, dlaczego balam sie Kambodzy- w ktoryms z tajskich hotelikow zgarnelam przewodnik Lonely Planet (hostele czesto maja regaly pelne ksiazek, ktore mozna brac na wymiane ze swoimi juz niepotrzebnymi albo kupic, poza tym wszedzie jest pelno komisow z ksiazkami w roznych jezykach – najczesciej jest to ang, niemiecki, francuski i rosyjski, ale po polsku pare tez widzialam), w ktorym wyczytalam, ze w Kambodzy wciaz nie ma bankomatow, a najblizszy szpital jest w Bangkoku. Dopiero pozniej zobaczylam, ze przewodnik jest z 2001 r. Przez te 10lat jednak bardzo duzo sie zmienilo, bo z bankomatami nie ma najmniejszego problemu, a „kliniki” sa nawet na wsiach.

Podobne wpisy:

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)