Otres Beach

Ostatnie kilka (nawet nie wiem, ile dokładnie, bo straciłam rachubę czasu..) dni spędziłam na plaży niedaleko Sihanoukville. Samo miasteczko jest najokropniejszym z wszystkich nadmorskich, jakie widziałam. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy decydują się spędzić wczasy w takim miejscu jak np. Serendipity Beach polozona w jego centrum (czy też Palma de Mallorca..). Wybrałam plażę oddaloną o kilka km od centrum. 

Dotarcie tam nie jest łatwym zadaniem. Mozna sie tu dostac motorkiem z centrum miasta, i to tylko w dzien. 15 minut jazdy to po krotkich negocjacjach $2. Plus niezapomniane wrazenia. Kierowca zazwyczaj ma kask, bo jest to od niedawna obowiazek. O pasazerach w przepisach mowy nie ma, wiec dla mnie kasku brak. Czerwone swiatla sa jedynie ozdoba-nikt nie traktuje ich powaznie. Zatrzymanie sie na nich mogloby byc wrecz bardziej niebezpieczne. Hamulce sa, ale jakby ich nie bylo. Przed stroma gorka zatrzymujemy sie i musze podejsc pod nia pieszo. Moj plecak na szczescie jedzie razem z kierowca.

Tu mozna zamieszkac w takiej chatce na samej plazy- ale to nie na moj budzet ($15 za 1 lub 2 os.)

Otres podobno jeszcze rok temu byl bardzo spokojnym i relaksujacym miejscem z niewieloma backpackersami tu wypoczywajacymi. Jestem w stanie w to uwierzyc, bo wiekszosc bungalowow wlasnie sie buduje. W szalenczym tempie- oby tylko zdazyc przed Sylwkiem. Mowia, ze to ostatnia chwila, zeby odwiedzic to miejsce, ale moim zdaniem ta chwila juz minela. Pojawiaja sie tu juz tzw. flashpackersi- czyli podrozujacy z walizeczkami na kolkach :/ Obok buduja sie wiezowce, jak i przyjemne chatki na plazy, wiertarki nie pozwalaja spac od wczesnych godzin porannych, a ludzi jest coraz wiecej, co niszczy to miejsce. Ceny tez sa szalone- najtansze, co znalazlam to miejsce w 12-osobowym dormie polozonym kawalek od plazy za $7! Rok temu mozna bylo ponoc przespac sie tu za $5 we wlasnym pokoiku nad samym morzem. Trzeba spieszyc sie ze zwiedzaniem swiata, bo masowa turystyka zabiera to, co na tym swiecie najladniejsze :(

zachody slonca tutaj sa z pewnoscia najpiekniejszymi, jakie widzialam

Plaza faktycznie ujdzie, choc nie umywa sie do tych na niektorych tajskich wyspach. Nie ma tez palm kokosowych. Wystarczy odejsc kawalek od tlumu turystow i znajdziemy jeszcze kawalek niezagospodarowanej plazy, choc muzyke z barow slychac i tam. Leci glownie Bob Marley i inne reggaepodobne kawalki, ale niektorzy katuja moje uszy rasowym techno.

Na Otres Beach jest wiecej hamakow niz ludzi. Hamak to jest cos wspanialego. Powiesze sobie jeden w domu jak juz wroce do Polski.

Wiekszosc ludzi czyta, lezac w cieniu, siedzi z laptopem, gadajac przez skype, plywa, biega i tak mijaja tu dni.

przez chwile mozna sie poczuc niczym Robinson Cruzoe

Na sniadanie coconut shake, to samo na obiad i kolacje. Od czasu do czasu Baileys shake (taaaak, maja tu nawet cos takiego :D). Do tego jakies krewetki czy homary (probuje przekonac sie do owocow morza, choc wciaz z marnym skutkiem). Sniadania serwowane sa caly dzien. W jednym z barow maja sniadanie o nazwie „rock star”. Sklada sie z dwoch mocnych kaw, paczki fajek i whisky.

Jest tez „happy pizza” :))

Z grupka Anglikow zamawiamy „super happy pizze” z duza iloscia „weed on it”;) Slyszelismy historie o ludziach, ktorzy jeszcze nastepnego dnia czuli jej efekty, ale na nas niestety nie zadzialalo..

w menu sa tez jointy

W barze, w ktorym siedzimy, obsluga pali caly dzien, takze nawet nie kontaktuja za bardzo kiedy skladamy zamowienie. Choc, wbrew pozorom, to wcale nie jest w Kambodzy legalne.

Po plazy chodza kobiety sprzedajace owoce, owoce morza i bransoletki. Nosza to wszystko w koszach na glowie, nie podtrzymujac ich nawet reka. Niektore sa bardzo wkurzajace, bo wprawdzie nie krzycza, ale podchodza do Ciebie i wisza nad glowa, zaslaniajac slonce, albo wrecz dotykaja, dopoki nie zareagujesz. Trzeba wtedy oderwac sie od ksiazki na chwile. 2 minuty spokoju i kolejna taka idzie.

swieze homary z dostawa do lezaka

Mozna zafundowac sobie masaz, manikiur, pedikiur albo depilacje, nie wstajac nawet z miejsca. Facet lezacy obok mnie nitkuje (taka metoda depilacji, bardzo ciekawa swoja droga:)) sobie cala klate. Auc!

Duzo ludzi przyjechalo tu na dluzej- 3-4 tygodnie. Niektorym spodobalo sie tak, ze zostali na stale- wiekszosc knajpek na plazy prowadzona jest przez bialasow, dzięki czemu ceny są, jakie są..

Do centrum miasta wybieram sie tylko raz, przymusowo. Rozklada mnie chorobsko i musze kupic jakies leki. Poznany tu Szwajcar, ktory mieszka w Kambodzy od ponad 5lat, poleca mi tylko jedna apteke w miescie, ktorej mozna zaufac. Pozostale sprzedaja czesto podrobki lekow, ktorymi bardziej mozna sobie zaszkodzic niz pomoc. We wszystkich bez problemu mozna kupic antybiotyki i inne leki, ktore u nas sprzedawane sa tylko na recepte. Najlepiej wczesniej zorientowac sie, jaki skladnik (po lacinie) jest nam potrzebny i z taka wiedza pojsc do apteki. Mi „farmaceuta” na zawalone gardlo i nos poleca jakies tabletki made in Korea. Sklad wyglada obiecujaco, ale mimo wszystko troche sie boje tego lykac. Ale zadzialalo :) super jest tez cholernie mocny eukaliptusowo-mietowo-jakistam balsam w szklanym sloiczku, ktorego odrobina wsmarowana pod nosem przegonila katar na amen, przy okazji wypalajac mi skore.

Szwajcar opowiada mi niestworzone historie o Khmerach i zyciu w Kambodzy. Ma kambodzanska zone i trojke dzieci z nia. Na poczatku byl zachwycony tym krajem, teraz jest juz zniesmaczony cala ta korupcja, prostytucja (choc sam szczerze przyznaje, ze zone poznal w barze, gdzie tanczyla) i nicnierobstwem mieszkancow, ktorzy tylko na wszystkie mozliwe sposoby chca wyciagnac od bialych kase. I mowi, ze absolutnie nie zdecydowalby sie drugi raz na takie malzenstwo. Po tych rozmowach patrze na tych ludzi juz z jakby mniejsza sympatia.. :/

Na plazy poznalam Kanadyjke, ktora, jak sie okazalo, jest wolontariuszka w osrodku sierot w Siem Reap, w ktorym bylam! Bylysmy tam obie tego samego wieczoru, ale nie skojarzylysmy sie nawet z widzenia. Jaki ten swiat maly..

Spotkalam tez grupke ludzi, ktorzy mieszkaja od jakiegos czasu w Phnom Penh- Irlandke, ktora jest dziennikarka, Niemke- lekarke w lokalnym szpitalu, kilku Australijczykow, ktorzy pracuja w organizacji zajmujacej sie prawami czlowieka i Anglikow, ktorzy po prostu ucza tam angielskiego. I z nimi spedzilam Sylwka. Bez szalu, bo mialo byc spokojnie, a nie bylo- nowobogaccy ruscy totalnie zepsuli atmosfere.

O ile plaza byla w miare bezludna na kilka dni przez Sylwkiem, to 31 grudnia zmienila sie nie do poznania. Przyjechalo kilka autokarow z bogatymi Khmerami z Phnom Penh, jak i ruskimi rodzinami z mnostwem dzieci (wczesniej dzieci tu wlasciwie nie bylo) i zrobili taki syf, ze nie slychac bylo wlasnych mysli.

tutejsi kapia sie w ciuchach

Mimo, ze uparlam sie na spedzanie Sylwka na plazy to tego dnia zachcialo mi sie uciec w inne miejsce, bo przestalo mi sie podobac, ale w tym okresie ciezko o nocleg, a tu mialam juz zarezerwowany. Mnostwo ludzi spalo na plazy- na lezakach albo w hamakach, bo wszystkie miejsca noclegowe byly zajete.

Za to noc poprzedzajaca Sylwka byla sympatyczna- bylo calkowicie ciemno i mnostwo gwiazd na niebie oraz swiecacy plankton (!) w wodzie, cos niesamowitego! :)

Przez te tlumy zamiast zostawac tu do 2go stycznia, tak jak planowalam, zmylam sie czym predzej raniutko w Nowy Rok do Kampotu. Zlapalam taxi- minivana, ktory mial 12 miejsc. Jechalo nas, uwaga…21. Za kazdym razem, kiedy juz bylam pewna, ze nikt wiecej sie nie zmiesci, busik sie zatrzymywal i kolejna osoba wsiadala, najczesciej przez ktores z okien. Kierowca co chwile skrecal w boczne uliczki, trabiac. Z niektorych domow wytaczali sie wtedy powoli ludzie z pakunkami i czekalismy kilka-kilkanascie minut az sie zaladuja na poklad. Ma-sak-ra. Juz nigdy, ale to przenigdy nie bede narzekac na transport w Polsce, obiecuje!

P.S. Przy okazji konca roku wordpress przyslal mi w prezencie troche wiecej statystyk niz te, do ktorych mam dostep na co dzien. Najciekawsze z nich to frazy, po jakich ludzie trafiali na bloga z wyszukiwarek, takie jak „tania drewniana lodka na sprzedaz” czy „dokladnie nie wiem ale mowili ze za okolo 6 tygodni wiec juz musze zabierac sie do roboty” :))

Przyznaje, ze czesto nie chce mi sie juz tego bloga prowadzic, bo wymaga to sporych nakladow czasu i kasy (bywaja dni, ze na internet wydaje polowe tego, co na nocleg i bardzo zaluje, ze jednak nie wzielam ze soba netbooka, bo darmowe WIFI jest po prostu wszedzie, w kazdym guesthousie i restauracji, nawet na plazy..), a czasem super mobilizacji, jesli weny akurat brak, no ale skoro z mini bloga dla krewnych i znajomych krolika (i glownie dla siebie- w ramach pamiatki z podrozy) zrobilo sie wieksze przedsiewziecie, nie wypada sie teraz zamknac :P

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)