Laos wiejski

Na koniec pobytu w tym górzystym kraju wybieram się w rejony przeze mnie najbardziej wyczekiwane – na północ, w okolice wioski Muang Ngoy.

Do miejscowości można dostać się tylko płynąc ponad godzinę łódką z Nong Khiaw. Brzmi to tak, jakby była ona nie wiadomo jak odcięta od świata, tyle że takich łódek przypływa tu dziennie kilka i jest turystycznie na maksa. Niedokładnie o to mi chodziło…Mam wrażenie, ze turystyka za bardzo tu ingeruje w życie miejscowych.

przystan w Muang Ngoy

pozostalosci po amerykanskich bombach; malo kto wie, ze Laos takze bardzo ucierpial podczas wojny wietnamskiej; Muang Ngoy kiedys bylo centrum regionu, teraz ma zaledwie 800 mieszkancow

glowna ulica

dzieciaki nosza sie w chustach

Przez 2dni w wiosce dziele pokoj z Kanadyjka- ahh, ten akcent :)

Codziennie o 22.30 w calej wsi wylaczaja prad, nasz guesthouse jako jedyny ma swiatlo 24h, ale tylko teoretycznie- drugiego dnia mojego pobytu jest awaria i nie mamy pradu wcale. Swieczek w sklepiku tez nie maja, wiec wraz z sasiadami sami organizujemy sobie swiatlo- rozpalamy ognisko na malutkiej plazy nad Mekongiem. W ciemnosciach gory groznie rysuja sie na horyzoncie, z niewielkiej odleglosci obserwuja nas bawoly, a jeden z Francuzow gra na puzonie. Podrozuje z tym instrumentem po swiecie i zarabia, grajac na weselach i w knajpach. Kolejny, ktory opowiada mi mnostwo pozytywnych historii o Indiach.

O 4 rano (oprocz codziennego piania kogutow, ktore doprowadza do szalu) budzi nas procesja z bebnami i spiewami. To lokalsi swietuja przenosiny jakiejs figurki Buddy skadstam do swiatyni. Swiat staje na glowie ;)

mala swiatynka jest i tu, jest wiec gdzie pomedytowac

Kiedy usmiecham sie do jakiegos chlopczyka na ulicy i mowie „sabaidee”, ten robi skrzywiona mine i odgania mnie reka. Nie dziwota, ze dzieciaki turystow nie lubia, bo w wiosce liczacej jedynie 800 mieszkancow jest co najmniej kilkanascie guesthouse’ow. Przyjezdnych jest tylu, ze wszystkie one sa pelne, w naszym kilka osob spi nawet na tarasie, bo zabraklo pokoi. Wlascicielka jest przemila- pozwala im spac tam za darmo i przynosi im materace, a nawet posciel i moskitiery. Wiekszosc miejscowych mowi nawet po angielsku.

Wybieram sie na kilkugodzinny spacer zwany szumnie „trekkingiem” dalej w gory, do kolejnej wioski- Ban Na. Tam sa juz „tylko” dwa guesthousy, ale mimo to ludzie sa juz oswojeni z widokiem bialych. Mozna tam przenocowac za 2zl/2osobowy bungalow. Niesamowite, w jakich warunkach ludzie tam wciaz zyja.

trasa jest w miare dobrze oznakowana; wspominalam juz, jak bardzo lubie ten azjatycki angielski? ;)

pora na kapiel!

sklepik, jak widac, jest super zaopatrzony :)

jak biednie by nie bylo, TV SAT byc musi!

jest tez oczywiscie i skrzynka na pieniazki…:/

W kilku juz miejscach widzialam miejscowych bawiacych sie w zaklady podczas walk kogutow. Teraz to juz nie rozumiem, czy jest tu kult koguta (bo na to wskazywalaby ich obecnosc na honorowym miejscu w knajpach- na stolach), czy wrecz przeciwnie, bo te walki raczej o szacunku do nich nie swiadcza.

kogut gnebiony czy..

..kogut czczony?

Oprocz tego rozrywka lokalsow jest petanque, czyli popularne francuskie boule

miejscowy „przysmak”- algi rzeczne

a tak wyglada to w formie suszonej

z dodatkiem pomidorow, cebuli i ziaren sezamu

za barem

reklama innej knajpki- WTF? :)

Mam niedosyt, chcialabym pojechac jeszcze dalej na polnoc i poznac ten prawdziwy, wiejski Laos, ale czas goni- wiza sie konczy i mimo, ze mozna ja bez problemu przedluzyc za $3/dzien, musze kierowac sie w strone Bangkoku, skad niedlugo mam samolot do… nie powiem na razie dokad ;)

Przy przystani promowej rodzinka je sobie sniadanie, jedna z dziewczynek widzac mnie od razu odbiega od stolu, zeby wyciagnac reke po „one dollar”. Przybijam jej zamiast tego piatke, ale mala probuje jeszcze raz. Eh.

chlopaki szukaja ponoc zlota na dnie Mekongu

na pokladzie lodki jest i kogut

Zakladam sobie 3dni na wydostanie sie z tych rejonow do Tajlandii, mimo ze to nie tak daleko, ale drogi sa w fatalnym stanie. Asfalt jest tylko miejscami i nie ma ich nawet na google maps :P Spotykam dwoch Francuzow, ktorzy sa zawzieci, zeby dojechac do Chiang Mai jak najszybciej i dolaczam sie do nich. Udaje nam sie tam dostac w 2dni, z noclegiem w obskurnym guesthousie przy dworcu w Luang Namtha.

lazienka w przydworcowym guesthousie w Luang Namtha

Najpierw jedziemy autobusem pelnym turystow, ktorego kierowca kilka razy probuje nam wcisnac bilety na autobus juz bezposrednio do miejscowosci, do ktorej chcemy jechac za cene 2x wyzsza, mowi, ze zrobi przysluge i nas tam zawiezie, bo inaczej juz sie dzis na pewno tam nie dostaniemy, ale oczywiscie jak przybywamy na stacje docelowa, okazuje sie, ze za godzine odjezdza lokalny autobus, ktory dowozi nas tam, gdzie chcemy. Cztery osoby, ktory na ten chwyt kierowcy sie zlapaly, jada z nami tym samym autobusem.

Transport w Laosie w ogole jest drogi. Drogi, tzn. w cenach praktycznie takich, jak w Polsce. Zastanawia mnie, jak miejscowi moga pozwolic sobie na przemieszczanie sie po kraju za taka kase. Mowia, ze rzad specjalnie ustala takie zaporowe dla wiekszosci z nich stawki, zeby uniemozliwic im ruszanie sie z domu.

Mloda Niemka zachowuje sie, jakby pierwszy raz wsiadla do autobusu w Azji- nie moze przezyc, ze nie ma klimatyzacji, a na dodatek twierdzi, ze niemozliwe, zeby w 20-osobowym busie bylo osob 30 i robi awanture, ze autobus juz jest pelny i jak jeszcze jedna osoba do niego wsiadzie, to ona wysiada i nie jedzie :) Podsmiewamy sie z niej, probujemy uswiadomic, ze to JEST mozliwe i zastanawiamy, o co lasce chodzi, bo przeciez ma swoje siedzenie. Zreszta, niech sobie wysiada.

Obowiazkowym punktem programu podczas kazdej jazdy autobusem jest wizyta na stacji benzynowej zaraz po wyruszeniu. Chocby stacja byla zaraz przy dworcu autobusowym, kierowca nigdy nie tankuje wczesniej, a dopiero z pasazerami na pokladzie. Logiki nie potrafie sie doszukac ;)

Kiedy wsiadam do busa, na jego koncu siedzi juz mnich- dla nich zawsze zarezerwowane sa tylne siedzenia. Ustepuje mi miejsca, a potem czestuje guma do zucia i pyta, skad jestem. Na tym jego znajomosc angielskiego sie konczy, ale bardzo mi milo, bo nieczesto sie zdarza, zeby mnich odezwal sie do kobiety.

po drodze

ku chwale komunizmu!

lokalne srodki transportu :)

Tereny graniczne Laosu, Tajlandii i Birmy, przez ktore przejezdzamy, to slynny Zloty Trojkat, gdzie uprawia sie opium na swiatowa skale. Napalamy sie na postoj tam, ale po krotkim wywiadzie okazuje sie, ze wlasciwie nie ma po co, bo i tak nie udaloby sie nam zbyt wiele zobaczyc.

ostatnia okazja na zakup najslynniejszego laotanskiego trunku- Beerlao;  te duze puszki maja az 660ml objetosci

Docieramy do miasteczka przygranicznego i przeprawiamy sie przez Mekong do Tajlandii. A tam przezywam szok. Kraj, ktory kilka miesiecy temu wydawal mi sie taki egzotyczny, teraz sprawia, ze czuje sie troche, jakbym wrocila do Europy. Oddycham troche z ulga, za cywilizacja sie jednak czasem teskni ;) Asfaltowe drogi, ktorych Polska moze jej tylko pozazdroscic, na dodatek oswietlone w nocy, znaki drogowe po angielsku, TESCO, 7eleven, w ktorym wybor produktow przyprawia o zawrot glowy… Wcale sie nie dziwie, ze ten kraj jest taki popularny- jedzenie lepsze jest tylko w Wietnamie, ceny nizsze tylko w Kambodzy- fajna jednak ta północ Tajlandii!:)

Podobne wpisy:

6 komentarzy do posta Laos wiejski

  1. Kuba napisał(a):

    Tak, mysle, ze tym razem jednak Tajlandia polnocna i kilka dni w Kambodzy (wiadomo: Siem Reap, Phnom Penh). W sumie po pierwsze bede sam – wiec wole, zeby bylo latwo, przyjemnie, bezproblemowo. Po drugie tym razem tylko na 15 dni :( – za malo czasu, zeby kombinowac z niepewnym Laosem.
    Mysle, ze samej Tajlandii – jak dla mnie – wystarczy na conajmniej rok podrozowania po kraju, zebym mial satysfakcje, ze widzialem kazde miejsce warte zwiedzenia.

    W temacie motoru, to znajoma, ktora tam mieszkala, mowila mi, ze sama wtopila kupe kasy na lekkim uszkodzeniu skutera i trzeba w Tajlandii bardzo uwazac na umowe, ktora podpisujesz przy wypozyczeniu, bo moze sie okazac, ze za zrobienie malej ryski zabulisz wiecej, niz kosztuje nowy skuter. Zreszta nawet na Necie czytalem sporo na ten temat. A wiec trzeba brac pod uwage ryzyko zaplacenia wiekszej kwoty, jesli masz pecha (o ktory podobno nietrudno).

    Co do kultury i usmiechania sie: to wlasnie o to chodzi. I tego europejskie tluki nie sa w stanie zrozumiec (o przecietnych Polakach nawet nie chce mi sie myslec – sorry), ze jak sa problemy, albo jak sie zle powodzi, to narzekanie, czy awantury tylko pogorsza sytuacje.
    A w jakichkolwiek okolicznosciach wzajemna zyczliwosc i usmiechanie sie bardzo pomagaja. Dlatego wlasnie w Tajlandii juz w ciagu pierwszego dnia przezylem szok kuturowy, w takim stopniu, ze polubilem Tajow, praktycznie ich nie znajac. Wiem, ze nie maja lekkiego zycia, poziom biedy jest bardzo wysoki. We wszystkich glownych branzach handlowo-uslugowych jest niesamowita konkurencja, wrecz sie zastanawiam z czego wiekszosc tych ludzi zyje, skoro podaz jest wielokrotnie wieksza od popytu… Ale, nie spotkalem sie ani razu z kims, kto by ewidentnie pokazywal niezadowolenie z jakichs swoich problemow. A jedyne awantury, jakich bylem swiadkiem (kilkakrotnie) byly zawsze zwiazane z fatalnie zachowujacymi sie obcokrajowcami (w tych przypadkach akurat tylko Brytyjczycy i Niemcy). Nawiasem mowiac raz nawet uspokajalem jedna Tajke, ktora sie strasznie darla na pare wyjatkowo bezczelnych mlodych Niemcow. Skonczylo sie tak, ze chamy sie zrobily grzeczne, a Tajka byla cala „w skowronkach”, ze bialy sie ujal za miejscowymi przeciwko innym bialym i z wdziecznosci chciala mi wcisnac jakis swoj – nie wiem co to bylo, jakby amulet – za cholere nie wiedzialem, czy lepiej przyjac, czy nie :) W kazdym razie, z tego, co czytalem o miejscowych, to dla nich publiczne ochrzanianie kogos jest niemal nie do pomyslenia.

    Poznalem kilka dni temu mloda dziewczyne, ktora pracowala w Tajlandii przez rok, jako English native speaker. I jest zachwycona ludzmi, ktorych poznala mnostwo, w roznych miejscach (sporo podrozowala po kraju). Ale dziewczyna jest bardzo mila z natury osoba i potwierdza to, co zauwazylem: Tajowie maja za pierwszym podejsciem do bialego turysty duzo rezerwy, ale jak sie jest dla nich bardzo sympatycznym, to oni zwykle od razu tez sie robia bardzo mili ;)
    Warto tez sie nauczyc podstawowych zwrotow w miejscowych jezykach, to bardzo pomaga przy integracji.

    Dziekuje za zyczenia udanych wakacji. Pozostaje zyczyc: wzajemnie! ;) Nie moge juz sie doczekac do wylotu w najblizszy poniedzialek, normalnie uzaleznienie od pierwszego razu :)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Historii o płaceniu kupy kasy za choćby rysę na motorze też się nasłuchałam… Za żadne skarby nie zostawiaj w wypożyczalni paszportu, tylko jego kopię albo jakiś mniej ważny dokument – np. dowód osobisty. Jeśli trafisz na oszusta to ciężko się z tego wywinąć, potrafią nawet zaaranżować „wypadek”, żeby tylko wysępić od białasa pieniądze. Tak jest i w Tajlandii, i w Wietnamie, i na Bali i wielu innych turystycznych miejscach.

      Wiesz, mi nawet po kilku latach w Azji ciężko jest tu ludzi zrozumieć ;) Oczywiście wiem, że uśmiech i nienarażanie ich na utratę twarzy to podstawa, ale czasem ciężko wyczuć, co wypada powiedzieć, a co nie.. Wydaje ci się, że zachowujesz się w porządku, a i tak narazisz ich na wstyd.

      Ja na wakacje się niestety na razie nie wybieram, ale w klimacie wakacyjnym jestem w końcu cały rok, pozdr ;)

  2. Kuba napisał(a):

    Hej. Sorry za komentarz po 3 latach od publikacji artykulu, ale dopiero trafilem na twoj blog. Miesiac temu po raz pierwszy pojechalem do Azji, konretnie byla to Tajlandia. Tydzien temu wrocilem do Europy, podleczylem skatowane stopy i postanowilem wziac kolejny urlop i lece za tydzien znowu do BKK. Dalej zastanawiam sie nad dwoma opcjami: Laos albo polnocna Tajlandia. Generalnie nie wiem nic o tych rejonach – moze poza paroma informacjami o Chiang Mai – i bede jechal „na pale”, ale mysle, ze jak zwykle i tak trafie dobrze, bo w sumie dla mnie kazde miejsce w tym regionie jest ciekawe przez swoja egzotyke, poczawszy od niesamowitej przyrody, po najgorsze slumsy ;)
    Za pierwszym razem bylem w poludniowej czesci Tajlandii, czas pozwolil mi na odwiedzenie zaledwie kilku miejsc, za to bardzo intensywnie – praktycznie od rana do nocy caly czas na nogach ;)
    Niesamowicie ekscytujacy kraj i bardzo mili miejscowi ludzie – przynajmniej ci, ktorych spotkalem i poznalem – mowie tu nie tylko o tych, co do ktorych moznaby bylo „po polacku” przypuszczac, ze sila sie na uprzejmosc, bo maja w tym biznes. Jak dla mnie dziala tu znakomicie zasada: jestem dla ciebie mily, jak ty jestes mily dla mnie. Nawet naganiacze i scamerzy, ktorzy potrafia byc nieco nachalni, wystarczy, ze z nimi pogawedzisz (jesli troche mowia po angielsku), czy sie zaczniesz smiac, od razu sami sie smieja, zartuja i na tym konczy sie nachalnosc. Mieszkam na codzien w Europie Polnocnej, tu ludzie potrafia byc czasem mili, ale – niestety – zwykle jest to bardzo nieszczere, albo po sporych ilosciach alkoholu czy dragach.
    W kazdym razie jestem – poki co – zauroczony Tajlandia i jej mieszkancami.
    Poprzednim razem wszystko odebralem bardzo pozytywnie, poza turystami z Europy. Przykro stwierdzic, ale wielu z nich zachowywalo sie skandalicznie. Nie rozumiem, po co wydawac kupe kasy na przelot, po to tylko, zeby sie caly dzien wylegiwac na plazy, pic przez niemal cala dobe ogromne ilosci alkoholu i robic awantury. Nie lepiej na Ibize poleciec? Niestety, takie prymitywy sa bardzo halasliwe i widoczne i swoim fatalnym zachowaniem robia turystom zla opinie. W sumie nie dziwie sie, jak Tajowie sa nieufni w stosunku do bialych, zanim ich poznaja.
    Wracajac do tematu: tym razem chcialbym zwiedzic takie rejony, gdzie jest mozliwie male prawdopodobienstwo natkniecia sie na bialych, ewentualnie – jako wyjatki – scierpialbym tylko prawdziwych turystow. Mam nadzieje, ze nie cala Tajlandia i nie cale Laos sa skazone przez masowa, komercyjna turystyke?

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Ależ lepiej późno niż wcale! :D Ja w Tajlandii byłam już trzy razy i wciąż mam ochotę wrócić, na mojej liście jest tam jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia… Wbrew temu, co o Tajlandii mówią („komercha, za dużo turystów”), jest to wciąż mój najulubieńszy kraj! Myślę, że nie zmienia się tam już tak dużo, bo turyści masowo przyjeżdżają tam już od lat i ludzie są do widoku białej skóry przyzwyczajeni i tak na nasz widok nie świrują, nie odbija im nagle żądza pieniądza. Nie wiem jednak, jak jest w Laosie, byłam tam już dość dawno temu, a koleżanka, która wybrała się na wakacje rok później, mówiła, że ceny już wtedy mocno podskoczyły w górę, a ludzie są coraz bardziej łapczywi na pieniądze, boom turystyczny daje się we znaki :/ Jestem jednak pewna, że jak chcesz i poszukasz, to wciąż znajdziesz tam świetne, puste miejsca, najłatwiej pewnie, jeśli jeździsz na skuterze. Dla mnie np. najfajniejszym miejscem w Laosie było wbrew pozorom Vang Vieng – miasteczko opanowane przez backpackersów spragnionych imprez. Wystarczyło jednak zatrzymać się w hoteliku po drugiej strony rzeki i już atmosfera była zupeeełnie inna, była cisza, spokój, piękny widok na góry i niższe ceny. Azja wciąga!

      • Kuba napisał(a):

        Dzieki za garsc informacji, ktore na pewno wezme pod uwage. Szczegolnie mnie interesuje problem podejscia miejscowej ludnosci do turystow. Mam znajoma, ktora mieszkala troche czasu w Wietnamie i Tajlandii i twierdzi, ze ludzie tam sa bardzo lapczywi na pieniadze. Jesli w Laos jest jeszcze gorzej, no coz, to – jak dla mnie – duzy minus, bo nie mam ogromnego budzetu.
        Ale probuje to skonfrontowac z wlasnymi obserwacjami. I tak: z jednej strony musze przyznac, ze w miejscach typowo turystycznych kroja turystow na kase, jak sie tylko da (ale zakladam, ze w takich miejscach kreca sie ci najbardziej cwani lokalsi, tym bardziej, ze wiekszosc bialych tutaj jest latwa do orzniecia), z drugiej strony troche poobserwowalem ludzi w miejscach z dala od turystow (nawet w Bangkoku nie trudno na takie trafic) i intuicyjnie wydawalo mi sie, ze typowi Tajowie sa dosc skromni a jednoczesnie nie wygladaja na zbytnio nieszczesliwych swoim zyciem – najczesciej ubogim w sensie materialnym. Ale, niewykluczone, ze sie myle, chociaz akurat osobiscie w czasie swojej podrozy mialem kontakt z wieloma Azjatami (Tajowie, Malezyjczycy, Singapurczycy) i nie trafilem na ani jedna niesympatyczna osobe ;)
        Moze to jednak zalezy w duzym stopniu od podejscia turysty do miejscowych? W Bangkoku i na poludniu Tajlandii bylem czesto swiadkiem bardzo „burackiego” zachowania bialych wobec Tajow.

        Co do jazdy na skuterze: zastanowie sie. Kumpela tez mi to rekomendowala, ale w sumie troche sie boje, bo nigdy nie jezdzilem na tym, a ruch drogowy w Indochinach to zwykle wariactwo. Chociaz z drugiej strony autem jezdze dobrze, wiec moze da sie szybko przyzwyczaic? Ale nie wiem, jak z ubezpieczeniem podroznym, na wypadek jakichs problemow w czasie jazdy na skuterze, bo chyba standardowo nie ma w nim OC drogowego :P

        Hmm, troche sie teraz waham nad tym Laosem. Generalnie myslalem, ze jest to bardziej naturalny kraj, nie skazony jeszcze zbytnio bialymi przyjezdnymi, ze wzgledu chocby na to, ze nie ma tu takich super ekstra atrakcyjnych dla typowych bialych pseudoturystow miejsc, jak np. tajskie Phuket czy Pattaya. Moze jednak lepszym pomyslem bedzie Tajlandia polnocna? Masakra, ile jest mozliwosci wyboru ;) A kilkanascie dni urlopu, to tak malo czasu… Pewnie znowu po przenocowaniu w Bangkoku pojade gdzies pociagiem w ciemno. Poprzednim razem chcialem do Chiang Mai a trafilem do Khao Sok i Krabi i w sumie nie zalowalem. Moze skoczyc na 3-4 dni do Kambodzy? Od dziecka chcialem Angkor Wat zobaczyc ;)

        No coz, zostal tydzien do wylotu, bede dalej po kilka godzin dziennie przekopywal Internet w poszukiwaniu informacji. Jakkolwiek w pelni musze sie zgodzic, ze Azja w ciaga, bo mnie wciagnela juz od pierwszego razu i az mi bylo przykro wracac do zimnego i ponurego kraju. A w ogole po przylocie do BKK, pierwsze chwile to byl dla mnie prawdziwy szok. Chociaz mysle, ze prawie kazdy tak ma, kto nigdy wczesniej nie byl w Azji.

        W kazdym razie juz dzisiaj wiem, ze jak tylko bede w stanie zalatwic wolne, kolejny wyjazd tuz po monsunie :) Pozdrawiam serdecznie!

      • Emiwdrodze napisał(a):

        Zdecydowałeś już coś? :) Ja z Laosu na szczęście raczej nie mam złych doświadczeń, ludzie tam byli (te 3 lata temu) przyjaźni i uśmiechnięci od ucha do ucha, kiepsko wspominam jedynie wioskę Muang Ngoy na północy, polecaną mi wtedy jako jeszcze nieskażoną turystyką, a w której turyści włazili z butami w życie miejscowych. Stamtąd pamiętam dzieci patrzące się na mnie z nienawiścią, kiedy się do nich uśmiechałam, stamtąd miałam ochotę szybko uciec, bo miałam wciąż wrażenie, że przeszkadzam mieszkańcom.

        Co do Wietnamu się zgodzę – ten kraj pamiętam jako ciągła walkę o pieniądze, o wydawaną resztę, o bilety autobusowe dla białych turystów dwa albo trzy razy droższe niż dla miejscowych. Oczywiście oszuści to ci, którzy z turystami mają już do czynienia, jak wypożyczysz motor (znów ten motor, niestety :P) i zjedziesz z głównych dróg to w każdym z tych krajów spotkasz tak samo ciepłych, pomocnych ludzi! A to, że Azjaci wyglądają na szczęśliwych to już taka kultura – nawet, jak im się nie powodzi to się uśmiechają. Choć też o wiele mniej im do szczęścia potrzeba!

        Jeśli chodzi o motor to w wielkich miastach w życiu bym się nie odważyła, ale po wiejskich drogach Laosu czemu nie? Tak samo północ Tajlandii, nie ma tam zbyt dużego ruchu.

        Udanych wakacji!

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)