Love Parade na wodzie

Tak niektórzy nazywają to, co dzieje się w Vang Vieng. To druga strona medalu pobytu w tym malowniczo położonym miejscu, zwanym imprezową stolicą Azji (na równi z tajskim Koh Phangan i jej słynnymi „full moon party”). Tu laotańskie prawo najwyraźniej nie obowiązuje, bo, inaczej niż w całym kraju, bary pootwierane są do świtu.

Już od rana ludzie paradują po ulicach w kostiumach kąpielowych z niedomytymi po poprzednim dniu śladami malunków na całym ciele. Większość knajpek  ma telewizory i całe dnie wyświetla „Przyjaciół”, „Family guy’a” albo inne kreskówki. Ja za „Przyjaciółmi” nie przepadam, więc najczęściej jadam w tej, gdzie leci „Southpark”. Trochę odmóżdżenia się czasem przydaje ;) Na jednym ze stołów stoi kogut i co chwile pieje.

tu akurat lecą „Friendsi”

kobitka zachęca do wizyty w jednej z knajpek; chłopaki przytaszczyli jedną taką z ulicy do naszego guesthouse’a, więc nawet jadła z nami śniadania ;)

Część z nich ma też tarasy z widokiem na góry:

przepyszne szejki za 2 zł :D papaja, kokos, arbuz i co tam jeszcze akurat mają pod ręką

można się też zaopatrzyć w świeże francuskie bagiety

albo szejka w wersji ulicznej

Guesthouse, do ktorego tam trafilam – „Spicy Lao”- skladal sie z drewnianych pryczy w ogrodzie, przykrytych jedynie dachem i z bambusowymi scianami dookola, tylko materac i moskietiera. No i ogrod z hamaczkami i super widokiem na gory :) A to wszystko za w sumie 4 zl na dobe, jesliby odliczyc darmowe sniadanie i wode.

Skoro ogrod, to i jego mieszkancy – ktoregos ranka chlopaki pokazuja mi olbrzymiego  zolto-czarnego pajaka, na szczescie jest daleko i musze przyznac, ze juz sie troche z takimi zjawiskami oswoilam, a zreszta wcale nie ma tu tego duzo :)

kibelek

Troche sie w guesthouse’owym towarzystwie odnalezc nie moge, bo wszyscy juz od sniadania gadaja tylko o ziele, grzybkach i dragach, a Amerykanki licytuja sie, ktora wczoraj wiecej wypila, ugh… Az zal na nie patrzec. Codziennie wieczorem obowiazkowy wymarsz wiekszosci tego zataczajacego sie po calym dniu imprezowania „happy towarzystwa” na happy pizze i happy szejka, wiec mam troche spokoju ;) Za to wlasciciel dorma jest bardzo sympatyczny i zaprasza mnie kilka razy do wspolnej kolacji z reszta jego rodzinki.

fajnie zobaczyc taki napis wracajac do „domu”:)

Poznaje goscia z RPA, ktory byl dawno temu w Polsce i jedna rzecz, ktora z tej wizyty pamieta to pomnik Malego Powstanca na warszawskiej nowej „Starowce” (sam przyznal, ze ta „Starowka” wyglada na nowa), dlatego, ze… ma za duzy helm. Nie potrafi zrozumiec, dlaczego dzieci w czasie wojny nie mialy helmow robionych na swoja miare. Rozwalilo mnie to ;)

Jest tez sympatyczny Anglik – Nick, ktory jednak przez wiekszosc dnia jest pijany, a na dodatek zasuwa takim slangiem, ze nie rozumiem polowy z tego, co do mnie mowi, a mowi duzo i czesto, jak na zlosc :P Dziwi sie, ze ja nie chce z nimi wciaz imprezowac, bo „przeciez Polacy to dopiero pija” – Nick w Anglii „robi” na budowie z Polakami.

Na szczescie po paru dniach zjawia sie Lukasz i Asaf – Izraelczyk, o ktorych juz wspominalam ostatnio, wiec wreszcie mam z kim normalnie porozmawiac :)

Co drugi dzien w guesthousie jest darmowa sauna ziolowa, rewelacja! Na dworze trzydziesci pare stopni, wlazi sie do sauny, jest kilkadziesiat stopni wiecej i pozniej te trzydziesci pare na zewnatrz odczuwa sie jako ziiiiiiiiimno. I ten zapach ziolek! Saune w domu kiedys tez bede miec, o tak!

Kilka km od miasta nad rzeka po obu jej stronach jest kilkanascie barow, gdzie zabawa trwa jedynie w dzien. Przy wejsciu do niemal kazdego z nich dostaje sie free shota. Mozna pokonywac droge od baru do baru w dętce (nazywa sie to „tubingiem”), a pracownicy barow rzucaja ludziom butelki „na przynete” i przyciagaja ich do brzegu. Sa tez tacy, ktorzy przemieszczaja sie kajakami, ale to raczej rzadkosc. Ludzie maluja sie farbami, graja w drinking games, tancza na platformach na wodzie, glosna do granic mozliwosci muzyka az otumania. Na trzezwo nie bylam w stanie tego przetrawic.

oto i „Love Parade na wodzie”

jedna z drinking games – kto nie trafi pileczka do kubka, musi pic

Jest mnostwo „zabawek”, takich jak hustawki, trapezy, z ktorych skacze sie do wody „na Tarzana”, wielka dmuchana poducha, na ktorej koncu siedzi jedna osoba, a druga skacze na jej srodek, tak ze ta pierwsza wyskakuje w powietrze niczym z katapulty i fruuu do wody :) no, to akurat jest fajne :)

lokalsi tez bawia sie w najlepsze

Popoludniami masy polnagich pijanych imprezowiczow wytaczaja sie z tuk-tukow w centrum miasta. Wiekszosc z nich wymalowana jest farbami albo mazakami i na nadgarstkach ma mnostwo kolorowych sznureczkow – rozdaja je przy wejsciach do barow. Kazdy taki sznureczek uprawnia do darmowego shota.

Wieczorem akcja przenosi sie na wyspe posrodku rzeki, gdzie sa wlasciwie tylko bary. Przy stolach gra sie w rozne drinking games, sa tez pokazy ognia i inne z nim zabawy.

Jakims cudem tylko raz widzialam jak ktoś poparzyl sie przechodzac pod palaca sie poprzeczka

Mozna sie tu spokojnie upic za darmo – w niektorych barach podczas wieczornych happy hour rozdaja „free buckety” – wiadra pelne lokalnej obrzydliwej whisky, lokalnego redbulla i coli. Mieszanka naprawde wybuchowa, o czym przekonalam sie dobitnie – urwal mi sie film po wypiciu polowy takiego wiadra i czulam sie fatalnie przez kilka nastepnych dni. Nigdy wiecej whisky, ktorej butelka w sklepie kosztuje mniej niz 4zl! :P

koles po lewej ma w uchu karabinek do wspinaczki

niektorzy biora to sobie za bardzo do serca ;)

Nastepnej nocy mam goraczke, przerazliwe dreszcze i bol glowy nie do wytrzymania. Plus sztywny kark. Kolejnego dnia poprawa, po dwoch dniach powtorka z rozrywki. Symptomy podobne do malarii, wiec w koncu wybieram sie do lokalnego szpitala (znowu…:/) na badanie krwi w tym kierunku. Przed komarami w sumie latwo sie uchronic uzywajac sprayow, ktore tu sa bardzo skuteczne, ale zawsze jakis tam jeden zablakany ugryzie w najmniej oczekiwanym momencie, a mi zdarzylo sie jeszcze w Wietnamie zasnac na plazy w srodku nocy i szlag trafil wszystkie wczesniejsze srodki ostroznosci. To jednak nie malaria, denga tez nie. Niestety, bo juz by mi ulzylo, gdybym wiedziala, co mi jest, a malaria wcale nie jest tak grozna jak sie uwaza. Przynajmniej w tej czesci swiata. Lekarz stawia diagnoze „grypa”… i przepisuje mi paracetamol i witamine C…W takiej postaci:

Schizuje sie strasznie, bo wiem, ze gdyby okazalo sie, ze to cos groznego, tu nie ma co liczyć na pomoc medyczna. Pozniej jednak na ulicy spotykam znajomego Kanadyjczyka, ktory mial to samo i przeszlo mu po szesciu dniach, czekam wiec ;) Amerykanka z mojego guesthouse’u tez ma te same objawy, widocznie wiec jakis wirus… A moze to ten tani whiskacz? ;)

Niemal codziennie ktos wraca do guesthouse’a z placzem, ze zostal okradziony. Ostrzegali mnie, ze jest tu niebezpiecznie, ale nie dziwi mnie wcale, ze takie rzeczy sie tu dzieja, bo ludzie naprawde doprowadzaja sie do stanu nieprzytomnosci. Ponoc rocznie ginie tu w wodzie kilkadziesiat osob.

Przez 2 dni caly guesthouse jest poruszony historia Malezyjki, ktora wybrala sie nad rzeke z cala swoja gotowka, kartami kredytowymi, aparatem, a nawet biletem na autobus, ktory mial ja nastepnego dnia dowiezc na lotnisko, bo wracala juz do domu, i, jak nietrudno sie domyslic, ukradli jej to wszystko, kiedy pijana zasnela nad rzeka. Jako, ze miala ze soba wtedy tez paszport, nie mogla nawet odebrac transferu pienieznego, zreszta nie pamietala tez numeru tel. do rodzicow, ktory byl zapisany w komorce, zeby zadzwonic i poprosic ich o ten przelew. Zgubila tez kluczyk do skrytki, ale z tym nie ma problemu – zaloga recepcji pewnie juz nieraz to przerabiala i w ciagu dwoch minut klodka jest przepilowana. Kto madry bierze wszystkie swoje rzeczy na taką imprezę?

Jakby malo bylo halasow z imprezowej wyspy, ktora wszyscy w dormie przeklinaja, bo wiekszosc wczesnie kladzie sie spac – po powrocie z tubingu sa w takim stanie, ze daja rady juz nawet kontynuowac imprezowania – przez kilka dni trwa jakies lokalne party, a po wodzie muzyka niesie sie swietnie. Oprocz azjatyckiego karaoke – wszystkie piosenki z tym samym podkladem – od wczesnego rana do poznego wieczoru mnich w swiatyni zaraz obok naszego guesthouse’a nawija przez mikrofon bez niemal chwili przerwy na oddech. Idziemy tam z Lukaszem obczaic, co sie dzieje. A tam jarmark – przed wejsciem do swiatyni mozna kupic piwo i…papier toaletowy. Lukasz oglada jakies wisiorki i inne ozdoby, pyta sie „co to jest?” pokazujac jeden przedmiot mnichowi, a ten przez mikrofon odpowiada „twenty five thousand kips” :D Zdezorientowani lokalsi patrza sie na nas ze zdziwieniem, bo chyba wlasnie przerwal jakas modlitwe, zeby to powiedziec.

na imprezie w swiatyni mozna tez pograc w warcaby

a ten widok przypomina mi, ze jestem w Azji, a nie na Ibizie ;)

gosciu zatrzymal sie, zeby zrobic mi zdjecie, wiec i ja zrobilam jemu ;)

Na szczęście jest gdzie się tu zatrzymać z daleka od całego tego zamieszania – oto lepsza, a na pewno piękniejsza strona Vang Vieng.

Podobne wpisy:

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)