Za siedmioma górami i stu jaskiniami

Jedyne, z czym kojarzyłam Laos będąc jeszcze w Polsce to „sticky rice” (słodki ryż podawany w bambusowym pudełeczku, sklejony tak, że je się go palcami, odrywając z bryły) i „tubing” w Vang Vieng. Tubing zbytnio mnie nie zachęcał, choć nie powiem, z ciekawości chciałam zobaczyć, o co w tym chodzi, więc planowałam zatrzymać się tu na 2, góra 3 dni, żeby „zaliczyć” tę dla niektórych główną atrakcje kraju. Zostałam tydzień, bo jak wysiadłam z autobusu, szczena mi opadła na widok górskich krajobrazów.


Droga z poludnia kraju do Vang Vieng trwala 28 godzin zamiast obiecywanych 24. Po drodze okazalo sie, ze mamy planowany 3godzinny postoj w stolicy, o ktorym oczywiscie nam wczesniej nie powiedziano, ale to przeciez Azja.

on the road again

W Vang Vieng i wokol niego naprawde jest co robic, ale wiekszosc ludzi przyjezdza tu tylko i wylacznie w celach imprezowych. Wystarczy przedostac sie na druga strone rzeki jednym z bambusowych mostkow, ktore czynne sa tylko w porze suchej, zeby uciec od tabunow ledwo trzymajacych sie na nogach (i to w bialy dzien) nawalonych brytyjskich tudziez australijskich mlodziakow. A tam juz tylko gory i pastwiska, niezmącone niemal zadnymi halasami:

NO!!!

przeprawa przez rzeke

niektorzy radza sobie i bez mostkow

Wybieram sie razem z Agata (nie jezdzimy juz razem, ale znow udalo nam sie tu spotkac) na rowerku do Blue Lagoon, gdzie mozna poskakac do orzezwiajaco lodowatej wody o slicznym kolorze. Na linie, w stylu Tarzana…

..albo z drzewa

Kawalek dalej jest jaskinia. Wybralam sie tam ot tak, od niechcenia, skoro juz bylo tak blisko i….WOW! Schody do niej prowadzace nie wygladaja zbyt bezpiecznie, wiec pokonanie ich zajmuje nam z pol godziny. Agata mówi, ze w Europie wylaczyliby taka trase z uzytku turystow, a ja stwierdzam, ze wlasnie za to kocham Azje :) Tu nikt sie tym nie przejmuje.

W jaskini nie ma swiatel ani wyznaczonych sciezek. Cudownie. Kawalek od wejscia jest juz kompletnie ciemno, cicho i zimno. Niesamowite uczucie. Przy wejsciu spotykamy parke, ktora zgubila sie w srodku i troche spanikowali. Zajelo im dobre kilka godzin, zeby sie stamtad wydostac. Radza nam wiec, dokad isc, a gdzie sie lepiej nie zapuszczac. Na szczescie mamy latarke.

wychodzimy, ufff, w koncu widac swiatlo!

Jak ktos lubi jaskinie, tu jest ich po prostu mnostwo, sporo z nich jeszcze nawet nienazwanych.

A wracamy przez pola i wioski:

ale zeby TAKIE widoki w drodze ze szkoly? toz to niesprawiedliwe! :P

piona! :)

Agata jedzie dalej w swoja strone, a ja poznaje kolejnego Polaka – Lukasza, ktory na motorze (nie skuterze, a motorze z prawdziwego zdarzenia, ktorego zazdroszcza mu lokalsi) przemierza Azje i nawet chce mnie ze soba zabrac kawalek, ale niestety jedzie tam, gdzie ja juz bylam. Wybieramy sie za to razem na wycieczke do Water Cave. Kiedy smigamy (miejscami ponad 100km/h) po tych tragicznych laotanskich drogach pelnych dziur i z jedynie od czasu do czasu pojawiajacym sie asfaltem, mam smierc w oczach. To sie nazywa adrenalina! :D

Drogi w Laosie sa najgorsze z mozliwych.

Chwile po przejechaniu samochodu z naprzeciwka nie widac zupelnie nic przez tumany kurzu, ktore wzbija. Poza tym marzec jest w Laosie nazywamy „dusty (=zakurzony) seasonem”, bo jest sucho i masowo pali sie pola ryzowe i lasy, od czego dym jest wszedzie. Nienajlepsza pora na podrozowanie po nim, ale co zrobic.

a po drodze…

Jedzie z nami tez Izraelczyk, ktory jest chyba najciekawsza postacia, jaka w swojej podrozy poznalam. Podrozuje bez przerwy od dwoch lat i bardzo duzo wie o swiecie. Zacheca mnie na maksa do wizyty w Indiach, pokazuje mnostwo zdjec i opowiada sporo historii. Pokazuje mi tez filmik nagrany w polnocym Laosie (gdzies przy granicy z Chinami), po ktorym beda mi sie snily koszmary. Ceremonia pogrzebowa i kilkadziesiat sepow rozszarpujacych zakrwawione zwloki. Ohyda, jestem w szoku, ze takie rzeczy sie na swiecie jeszcze dzieja, ale wlasnie takie rzeczy, a nie hotele i masy tyrystow chcialabym zobaczyc podrozujac. Asaf stwierdza, ze cala ta Azja Poludniowo-Wschodnia jest beznadziejna do prawdziwego podrozowania i dlatego juz niedlugo zmywa sie do Korei Poludniowej.

Izraelczykow w podrozy jest mnostwo, mimo, ze to przeciez tak maly kraj. Powiedzialabym wrecz, ze po Angolach (+innych anglojezycznych), Francuzach i Niemcach jest ich najwiecej. W olbrzymiej wiekszosci to mlodzi ludzie dopiero po wojsku, ktorzy dostaja od rzadu kase na podrozowanie przez kilka miesiecy, a zreszta naprawde tego potrzebuja po tym praniu mozgu, ktore im wojsko, a wczesniej szkola, funduje.

mlody biegnie do mnie z obiecujaco wygladajacymi owocami, ktore niestety okazaly sie niejadalne

Kolejna jaskinia, mimo ze myslalam, ze mi juz ich wystarczy. Ale ta jest po prostu nie-sa-mo-wi-ta! Jedno z najpiekniejszych miejsc, jakie w zyciu widzialam. Wypozyczamy detki do plywania i zapuszczamy sie wglab dlugiej na kilka km groty wypelnionej woda :D pod sklepieniem zamontowane sa sznurki, dzieki ktorym wiadomo, dokad plynac. Ludzi praktycznie nie ma, co jakies pol godziny kogos sie spotyka. Jest kompletnie, ale to kompletnie ciemno i cicho. Plyniemy dosc daleko wglab i wylaczamy latarki. Ta cisza i ciemnosc jest wrecz troche przerazajaca. Oczy nie przyzwyczajaja sie do ciemnosci nawet po kilku minutach, bo nie ma ani odrobiny swiatla. Jestem po prostu zachwycona tym miejscem, bo zawsze mi sie cos takiego marzylo. Ogladajac chocby „Niebianska plaze” w glowie mi sie nie miescilo, ze sama sie znajde kiedys w takich miejscach :)

tubing w jaskini

i po wyjsciu z niej, bo az zal oddawac detke

W drodze powrotnej zatrzymujemy sie na obiad w lokalnej knajpce, gdzie czestuja nas domowej roboty ‚lao-lao’, ale musze sama ratowac honor bialasow, bo chlopaki przeciez prowadza.

impreza trwa w najlepsze

Spieszymy sie, bo mam tego dnia wykupiony lot balonem na zachod slonca :D To jedno z moich marzen z dziecinstwa, a tu jego realizacja okazala sie wyjatkowo prosta i o wiele tansza niz w Europie – za 40minutowy lot zaplacilam $70. Bez szalu, szczegolnie, ze pogoda tego dnia byla nieciekawa – mgliscie i pochmurno, widocznosc slaba, potem w nocy lunal deszcz, ale ciesze sie, ze sprobowalam, w koncu przeciez „lepiej zalowac tego, co sie zrobilo, niz tego, czego sie nie zrobilo” :)

Balony byly trzy i dwa z nich dosc sporych rozmiarow, mieszczace po kilkunascie osob kazdy. Serce mi o malo nie wyskoczylo, jak zobaczylam, jak ciasny i malo stabilny jest kosz, do ktorego mamy wsiasc tylko we trojke, z dwoma Niemkami. Ale na szczescie moj lek wysokosci tym razem za bardzo sie nie ujawnil.

pajlot made in China

przygotowania do lotu

i ciekawscy gapiowie :)

34,4^C na gorze!

gdyby nie ta mgla…

glowna ulica i niezle zakurzone dachy domow wzdluz niej

jeden z balonow laduje na imprezie weselnej

Jakby atrakcji bylo malo, kolejnego dnia wybieram sie na krotki kurs wspinaczki gorskiej. Jakies 50zl za pol dnia. Nie na zadnej sztucznej sciance, tylko od razu w gorach. Nigdy nie mialam okazji sprobowac, a to tez mi sie od dawna marzylo, a czy mozna sobie wyobrazic lepsze miejsce do wspinaczki niz Laos? Taka okazja sie drugi raz nie powtorzy.

Ups, to byl skok na gleboka wode, bo sciana, na ktora nas zabieraja na pierwsze wejscie jest pionowa i wysoka na kilkadziesiat metrow, ale nie ma juz odwrotu!

no to zaczynamy!

Zabawa jest swietna, tylko wszyscy z naszej poczatkujacej grupy robimy ten sam blad – uzywamy ramion zamiast nog, nie mialam pojecia, ze powinno sie bazowac glownie na nogach. W ciagu kilku godzin wspinamy sie na 4-5 scian, ale na jedna z nich nie udaje mi sie wejsc do konca, tuz przed szczytem nie wiedziec czemu zaczynam panikowac i czuje, ze musze natychmiast znalezc sie na ziemi. Kolana trzesa mi sie tak, ze nawet instruktor z dolu to widzi ;)

Nie bylam jedyna, dwoch chlopakow, ktorzy wygladali na twardzieli, zrezygnowalo po dwoch nieudanych probach, jeden z nich wygladal, jakby mial sie zaraz poplakac. Ale chętnie spróbowałabym znów!

przezyli tubing w Vang Vieng, ale nie dali rady na wspinaczce; te koszulki nosi tu wiekszosc ludzi

No a spadanie to moja ulubiona czesc :)

Takim oto sposobem w ciagu zaledwie 30 godzin spelnily sie moje trzy marzenia :D

I na koniec krotki offtopic:

nalewka z karamboli; kobitka to przygotowujaca mowi: „to nie alkohol. To tylko owoce i cukier i kilka dni na sloncu” :)

LUAndry :P

z wszystkiego mozna zrobic sztuke

8 komentarzy do posta Za siedmioma górami i stu jaskiniami

  1. Podróże bez ości napisał(a):

    Od Twojego pobytu Vang Vieng trochę się zmieniło, ale uważam, że nadal warto tam przyjechać. Byłem tak trzy dni, które bardzo szybko minęły i żal było wyjeżdżać :)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Chętnie bym tam znów kiedyś wpadła! Słyszałam już, że bary pozamykali, potem je znów pootwierali, ale w mocno okrojonej postaci – wygląda mi to na zmiany na lepsze, bo Vang Vieng uwielbiałabym najbardziej bez tych wszystkich imprezowiczów…

  2. Moni Monifactura napisał(a):

    Gili Trawangan odwiedziłam 10 lat temu i wtedy nie nazwałbym wyjątkowo imprezowym … za to miło wspominam znajomość z takim jednym rudym kotem, słoną wodę z prysznica oraz niewyobrażalnie gwiaździste niebo i drogę mleczną. baw się dobrze!

    • Emi w drodze napisał(a):

      Fajnie musiało wtedy tu być! Słona woda w prysznicu nadal jest, ale gwiazd jakoś wybitnie dużo niet. Dzięki, spróbuję, chociaż ciągle przeraża mnie myśl, że mam tu zostać jeszcze do wtorku…

  3. Paweł Osmólski napisał(a):

    Od 2012 roku kiedy byłaś w Vang Vieng sporo sie zmieniło. Faktycznie, jak napisała o moim doświadczeniu Kamila to jest jedno z najspokojniejszych miejsc na świecie, w jakich byłem :)
    Nuda i nic się nie dzieje. Ale okolice i przyroda przepiękne!
    http://www.osmol.pl/2015/12/vang-vieng-od-imprezowni-laosu-do-spokojnego-miasteczka/

  4. Kamila Kowalewska napisał(a):

    Emi, Paweł pisał ostatnio, że Vang Vieng już nie takie imprezowe!

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)