China Southern Airlines – tanie, ale czy dobre?

China Southern Airlines wyskakiwały mi jako zdecydowanie najtańsze na każdej możliwej trasie jaka przychodziła mi do głowy, aby dostać się z Indonezji do Polski na dwumiesięczne wakacje. Leciałam z nimi na trasie Kuala Lumpur-Rzym-Kuala Lumpur z dwoma przesiadkami w Chinach.

Mimo, że już od dawna obiecuję sobie, że czas zacząć latać jak człowiek, nie patrząc tak bardzo na ceny, przeważyło też to, że po prostu lubię testować coraz to kolejne linie lotnicze i mieć przesiadki w różnych dziwnych krajach – zawsze to jakaś tam okazja do poobserwowania lokalnego folkloru. A w Chinach go przecież nie brak!

Przesiadki miałam na super nowoczesnym lotnisku Guangzhou (Kanton) – głównym hubie linii China Southern – i pamiętającym chyba czasy Mao Zedonga oldschoolowym lotnisku w Wuhan. Za lot w obie strony na trasie Kuala Lumpur-Rzym-Kuala Lumpur zapłaciłam ok. 2000 zł, podczas gdy inne linie oferowały nieco krótsze połączenia za prawie 500 zł więcej – bilety na trasach Azja-Europa-Azja są droższe niż Europa-Azja-Europa.

Ciekawi czy można zaufać czemuś made in China?

WNĘTRZE SAMOLOTÓW, KOMFORT PODRÓŻY

Pierwszy, czterogodzinny lot odbywamy Airbusem 320, drugi, dwugodzinny, Boeingiem 737-800. Oba samoloty wyposażone były w ekrany co kilka rzędów, puszczali na zmianę Harry’ego Pottera i Tom&Jerry. Potem standardowy Airbus 332, taki sam jaki np. u Turkish Airlines.

Za to samolot, którym wracamy jest chyba najstarszym w jakim kiedykolwiek siedziałam na tak długiej trasie. Niby też A332, ale nie ma nawet ekranów w zagłówkach i na początku nawet zastanawiamy się, czy to wręcz jakaś supernowoczesna technologia i mają nam się one wysunąć z sufitu, pytamy o to stewarda, a on na to z uśmiechem „nie, ten samolot jest za stary, żeby mieć system rozrywki”. Bida straszna, na 12godzinnym locie nie mieć co obejrzeć choć przez chwilę.

Samolot China Southern Airlines na lotnisku-hubie w Guangzhou

Obok stał też Dreamliner

Na początku jestem mile zaskoczona poziomem kultury pasażerów. Wyobrażałam sobie, że będzie wiocha, a tu wszyscy cichutko, kulturalnie popili sobie winka (a niektórzy mleka!) i posnęli. Dopiero pod koniec lotu obudziło się jakieś dziecko, a wraz z nim i cały samolot.

Lokalny folklor zaobserwowałam tylko w postaci młodej Chinki siedzącej obok, która nałożyła sobie na twarz jakąś maseczkę – podczas lotu?!

No dobra, w drodze powrotnej w Rzymie już przed bramką ktoś wsuwa instant nudle. W samolocie wszyscy po kolei proszą o gorącą wodę, podstawiając stewardowi pod nos swoje termosy jeszcze przed startem! Hałas jak na (chińskim) bazarze – bo cała grupa znajomych wraca z wakacji w Europie i nagadać się (a raczej nakrzyczeć) nie mogą. Chyba jednak do Chin prędko się nie wybiorę.

JEDZENIE

Pierwszy, 4 godzinny lot mija szybko i jedzenie też serwują całkiem przyzwoite – jest do wyboru chicken rice albo fish rice, do tego owoce i sałatka na bazie ogórka i pomidora. Z napoi jest kilka rodzajów soków, mleko i wino.

Na trochę ponad godzinnym locie Guangzhou-Wuhan też dostajemy prowiant – dwie bułeczki (jedna z ziołowym nadzieniem), solone orzeszki (czy tylko ja myślałam, że potencjalnych alergenów się w powietrzu nie serwuje?), jogurt i banana. Pić też dają bez ograniczeń. Jak na tak krótką trasę rewelacja.

Na drogę powrotną zamawiam specjalny posiłek – na pierwszej, najdłuższej trasie, go nie dostaję. Bardzo miła stewardessa autentycznie zawstydzona przeprasza i kłania się po pas, bo nie dostali mojego zamówienia. No ok, dobrze, że mięso jem, bo do wyboru tylko kurczak albo wołowina. Ku wielkiemu zaskoczeniu na ostatnim, krótkim locie dostaję swój posiłek diabetyczny. Ku jeszcze większemu zaskoczeniu, okazuje się on najsmaczniejszy z wszystkich.

Chicken rice

Przekąska na jednym z krótszych lotów

Wołowina z ziemniakami, najsłabsze z dań

Posiłek specjalny – diabetyczny. Wbrew pozorom najsmaczniejszy ze wszystkich

OBSŁUGA

Jeszcze przed lotem miałam styczność z ich infolinią, bo rezerwując loty u niemieckiego pośrednika (ebookers.de), na maila dostałam potwierdzenie tylko pięciu z sześciu odcinków lotów, chiński system internetowy pokazywał to samo, chciałam się więc upewnić u źródła. Babka na infolinii była rzeczowa i mówiła baaardzo szybko, raz dwa ogarnęła sprawę i zapewniła, że w swoim systemie widzi całość mojego lotu. Cała rozmowa trwała najwyżej minutę i rozwiała wszystkie moje wątpliwości. Szacun dla pracujących w takim tempie Chińczyków.

Stewardessy i stewardowie uśmiechali się od ucha do ucha, mówili zrozumiałym angielskim i, co przykuło moją uwagę, wszyscy bez wyjątku byli jak na Chińczyków wyjątkowo wysocy, stewardessy piękne, a stewardzi całkiem przystojni. Do załogi nie mam absolutnie żadnych wątów.

Tuż przed wejściem do samolotu, już w rękawie, przecierali nam bagaże chusteczkami nawilżonymi czymś o mocnym alkoholowym zapachu – to ma być dezynfekcja?

PRZESIADKI W CHINACH

Najsłabszym ogniwem są te przesiadki. Już w KL na lotnisku są problemy – nie mogą nas odprawić. Nie umieją nam wytłumaczyć dlaczego. Ponoć dlatego, że mamy w Chinach dwie przesiadki, a nie tylko jedną (i nie wiedzą jak to rozwiązać!). Dzwonią do Chin, potem czekają na odpowiedź dobre 10 min, mój towarzysz podróży już mi wypomina „a nie mówiłem, że wszystko co chińskie to dziadostwo? Zachciało Ci się tanich biletów!”. Ale po chwili z uśmiechem wręczają nam karty pokładowe na wszystkie 3 loty i zapewniają, że bagaż odprawiony aż do Rzymu.

Pierwsza przesiadka w Guanzhou (CAN-Baiyun Intl.) przebiega bezproblemowo. Podwożą nas pod bramkę elektrycznym samochodzikiem, czuję się jak w Disneylandzie jakimś. Lotnisko super nowoczesne, pełno knajp i sklepików, ci co mówią po angielsku mają przyczepiony na klacie znaczek ‚I speak English”. Jest ich niewielu, więc są przez turystów oblegani. Tranzyt zorganizowany jest całkiem dobrze, ci, co mają dłuższe przesiadki, od razu dostają voucher na darmowy hotel i przejazd do niego, nas kierują do okienka z wizami – dostajemy po pieczątce pozwalającej na max 72 h pobyt w Chinach. Wystarczyło wypełnić jeden druczek, to czysta formalność i nie płaci się nic.

Gorzej z lotniskiem w Wuhan (WUH-Tianhe Intl.). To już namiastka prawdziwych Chin. Zgiełk i harmider. Jakiś dziadek wydziera się na wszystkich i przepycha z ochroniarzem – z tego co wnioskujemy poszło o jakiś metalowy termos, którego nie pozwolili mu zabrać na pokład, a dziadek się zbuntował, bo tu przecież wszyscy z termosami i jak on ma sobie teraz zaparzyć swoje nudle? Po jego stronie stoi paczka znajomych (albo i nie), ochrona więc w końcu ustępuje i wpuszczają go do samolotu z tym metalowym termosem. Kolejka do maszyny z gorącą wodą (zimnej nie mają) jest niepojęta, próbuję się nawet w niej ustawić, żeby napełnić sobie butelkę wodą, ale poddaję się szybko, bo nie chcę być stratowana.

Czeka nas tu niespodzianka – obsługa lotniska wyłapuje nas z tłumu, mówiąc, że musimy odebrać swój bagaż z taśmy i jeszcze raz przejść check-in :/ Walizka skanowana i oglądana jest dość dokładnie, na szczęście nie doczepili się do niczego. Włoszce stojącej przed nami przetrzepali cały bagaż i zakonfiskowali… szminkę w metalowym pudełeczku.

Zaraz po wylądowaniu czujemy powiew arktycznego powietrza, jest 11 stopni i nie podstawiają rękawa, a trzeba przejść do autobusu i dalej z terminalu krajowego na międzynarodowy. Całkiem spory kawałek w tym ziąbie. I to jeszcze z tą odprawioną już niby do Rzymu walizą! Jest niby darmowy shuttle bus, ale nie przyjeżdża przez kilka minut, nikt na niego nie czeka i na przystanku nie ma żadnych informacji o jego kursowaniu, postanawiamy więc przejść pieszo. W budynkach lotniska wcale nie jest cieplej – nie ma ogrzewania, cała obsługa nosi puchowe kurtki.

Lot powrotny – w Rzymie pan w okienku zapewnia, że w Wuhan mamy międzylądowanie, ale nie musimy wychodzić z samolotu. Oczywiście okazuje się jednak, że nas z niego wywalają.

Lotnisko w Guangzhou też nie jest już dla nas tak łaskawe, mają wielkie zamieszenie, bo pogoda kiepska i samoloty mają opóźnienia. Nasz też, przesuwają go kilkukrotnie aż dochodzi do 5 godzin poślizgu. Dostajemy marny prowiant na przetrwanie – krakersy, miniaturową buteleczkę wody i jakąś fasolową papkę na słodko. Oczywiście tak się tylko domyślam, bo na opakowaniu wszystko opisane krzaczkami.

Ciekawostka – na pokład samolotu w Chinach w bagażu podręcznym nie wolno wnosić zapalniczek ani zapałek – przed bramkami kontrolnymi stoją wielkie skrzynki zapełnione tylko skonfiskowanymi zapalniczkami, a nie jak u nas butelkami wody czy innych płynów.

Podsumowując, pewnie poleciałabym z China Southern Airlines raz jeszcze, gdyby tylko cena znów była tak atrakcyjna. Kupując tanie bilety nigdy nie nastawiam się na luksusy, chińskie linie więc mnie nie rozczarowały, a wręcz przeciwnie, mile zaskoczyły poziomem obsługi. Na pewno jednak następnym razem wezmę ze sobą ciepłą kurtkę :)

18 komentarzy do posta China Southern Airlines – tanie, ale czy dobre?

  1. Paweł Osmólski napisał(a):

    Odkąd ludzkość wynalazla RyanaAir’a wszytko Ci najgorsze jest już zarezerwowane.
    Reszta jeśli o komfort chodzi, jest tylko lepsza :D

    • Emi w drodze napisał(a):

      Ponoć amerykańskie linie biją nawet Ryanaira – choć jeszcze nie miałam wątpliwej przyjemności się o tym przekonać na własnej skórze

  2. Evi Mielczarek napisał(a):

    Właśnie się zastanawiałam, bo widziałam tyle tanich połączeń i zastanawiałam się, czy warto z nimi lecieć. Zaraz sprawdzę! Dzięki :)

  3. Monika Mizinska napisał(a):

    Haha ja tak samo, zawsze.sobie mówię że zacznę.latać normalnie .. i kończę w.Ryanairze

  4. Karina napisał(a):

    No to też coś dorzucę nt. tych linii – łącznie odbyłam z nimi 4 loty. Lot AMS-CAN: obsługa stara się, jest miła, ale ni w ząb nie kuma angielskiego „europejskiego”, przeciętny europejczyk nie rozumie ich… Brakuje poduszeczek, kocyków i alko na pokładzie. Lot CAN-MNL: zerowa możliwość dogadania się z obsługą (zamawiam kawę – dostaję herbatę, zamawiam czerwone wino-dostaję białe i dowiaduję się że czerwony wymawia się „riiiiid”). Ale to krótki lot, więc da się przeżyć. Lot MNL-CAN: nie pamiętam, spałam :-) Lot CAN-AMS: cały lot ratuje europejski steward dobrze mówiący po angielsku. Najpierw mówi po angielsku Chinka a potem on – wszystko jasne i przejrzyste :-) Gorzej jak przychodzi podawanie posiłków i go nie ma – znów dostaję nie to co zamawiałam :-)
    Samoloty czyste, w miarę nowe, dużo miejsca na nogi nawet w klasie ekonomicznej. Jedzenie – ani złe ani wybitnie dobre. Totalnie przeciętne. Jedyny minus to….Chińczycy. Charkający, pierdzący, malaskający, siorbiący…. Głośni…. Masakra. Mnie już CCC (cena czyni cuda) nie skusi na lot „chińczykiem”

    • Emiwdrodze napisał(a):

      To chyba miałam szczęście z tą załogą świetnie mówiącą po angielsku (no i w jedną stronę z kulturalnymi Chińczykami na pokładzie też) :) Poduszki i kocyki akurat też były, nawet na krótkich, dwugodzinnych lotach można było o koc bez problemu poprosić. Moje jedyne olbrzymie zastrzeżenie to te przesiadki – póki co szukam innych linii na kolejny lot do Polski :)

  5. Halina napisał(a):

    Ja do tej pory nie lubię podróżować samolotami. Zawsze uszy zatkane i nie czuję się dobrze.

  6. Marysia Burek napisał(a):

    Akurat maseczkę nawilżająca na twarz do samolotu to ja rozumiem!

  7. Łukasz Przybyłek napisał(a):

    Z konkretnymi samolotami to jak zwykle loteria – ja na trasie Pekin – Amsterdam leciałem nowiutkim A330. Zgadzam się, że obsługa miła i jedzenie bardzo przyzwoite. Ciekawe co mi się trafi w drodze powrotnej na Borneo już za tydzień.. pozdrowienia z Alaski :)

  8. robert napisał(a):

    Lubie czytac to co pisze Emi

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)