Włajaży po Polsce cd.

Samolot z Palmy de Mallorca przybył na lotnisko w Balicach przed czasem. Irlandzki Ryanair chwali się, że ma największa procentowo punktualność spośród wszystkich europejskich linii lotniczych. Dziwię się, że latając z nimi już tyle razy dopiero odkryłam, na czym ten kruczek polega.

Otóż czas przelotu podają o pół godziny dłuższy, niż on naprawdę jest. Samolot wylatuje z reguły opóźniony, a potem jakimś ‚cudem’ docieramy do celu punktualnie lub nawet trochę wcześniej. Tym razem przeszli samych siebie przy wpuszczaniu ludzi na pokład. Nie sprawdzali żadnych dokumentów poza kartą pokładową, więc teoretycznie każdy mógłby się podszyć po swojego kolegę bez wysokiej opłaty za zmianę nazwiska na bilecie, za to co do centymetra pilnowali wymiarów bagaży wnoszonych na pokład. Mnie tak rygorystyczna kontrola spotkała po raz pierwszy i najadłam się strachu stojąc w kolejce, bo moja waliza przekraczała trochę dopuszczalne wymiary. Na krótkie wyjazdy zawsze biorę tylko bagaż podręczny, żeby nie płacić za rejestrowany, więc musiałam zmieścić tam wszystko, co potrzebne na trochę ponad tydzień. Przed kontrola otworzyłam więc walizę i założyłam na siebie to, co zajmowało w niej najwięcej miejsca- sweter, żakiet, a do kieszeni władowałam aparat fotograficzny. W ten sposób skompresowany bagaż zmieścił się w pudełku kontrolnym, ale jeden starszy pan, który miał walizkę mniejsza od mojej, ale najwidoczniej bardziej wypchana, usłyszał, że musi ja odprawić i dopłacić 50 euro. Nie znał ani słowa po angielsku i wykłócał się z obsługa, krzycząc do nich „niech się pani nauczy po polsku” :]

Zdecydowałam się wracać do Krakowa wyłącznie dlatego, że było to o wiele tańsze niż loty do innych polskich miast, ale skoro już tam byłam, zostałam w moim ulubionym polskim mieście parę dni. Hoteli w Krakowie nie brak, ale na szczęście mam koleżankę w samiutkim centrum, skąd piechotą jest blisko i na Rynek, i na dworzec główny.

riksze są też w Polsce!

Zwiedzanie Krakowa już mam, że tak brzydko powiem, ‚odbębnione’, ale udało mi się wybrać gdzieś, gdzie wcześniej nie byłam- nad Zalew Zakrzówek. Położony bardzo blisko centrum jest najbliższym miejscem, na ucieczkę od zgiełku miasta. Kiedyś był to kamieniołom, w którym pracował sam Karol Wojtyła, kilkanaście lat temu został zalany i teraz prezentuje się prawie jak norweskie fiordy!

Jako, że skarpa się niebezpiecznie urywa i kilka osób już z niej spadło, teren jest ogrodzony i wiszą tabliczki ‚zakaz wstępu’, ale oczywiście tuż obok w płocie jest dziura, przez którą spokojnie można się przedostać nad urwisko

Któregoś wieczoru wybrałyśmy się do pubu o nazwie ‚święta krowa’ (przy ul. Floriańskiej), który reklamuje się indyjska atmosfera, jednak wątpię, czy jego właściciele kiedykolwiek w Indiach byli. Ani muzyka, ani wystrój wnętrz (oprócz pojedynczego symbolu ‚om’ na ścianie) nie maja nic wspólnego z tym krajem.. Nazwy drinków owszem- np. „krówka w mroku” (składniki: malibu, kahlua, bailey’s, czekolada, mleko i bita śmietana, rewelacja! :D).

Z grodu Kraka udałam się do ‚dobrego miasta’ (takie jest hasło reklamowe Częstochowy), w którym, według kolegi tam mieszkającego, na jednego mieszkańca przypada jeden kościół ;) Z rzeczy, które zobaczyłam podczas kilku już wizyt tam, najbardziej utkwiła mi w pamięci taka bzdurka:

;)

Jako, że w Częstochowie, oprócz kościołów, faktycznie niewiele jest do oglądania, wybraliśmy się do pobliskiego Złotego Potoku, w którym akurat trwało Jurajskie Lato Filmowe, a tam takie atrakcje:

budowla wodna?

Najszybsze połączenie z Częstochowy do Koszalina to takie przez, uwaga, Warszawę i Poznań. Opcjonalnie przez Gdańsk. Pokonanie tej trasy zajęło mi cały dzień. Pierwszy etap przejechałam ‚Polskim Busem’-  pierwszy raz z nimi jechałam i muszę przyznać, że maja naprawdę wysoki poziom. Przewaga nad PKP jest darmowe WiFi na pokładzie (choć w niektórych kolejach regionalnych już też jest), cena o połowę niższa niż za pociąg i uprzejmi kierowcy (a może miałam do nich szczęście?). Wielki minus to polskie drogi, które, jak wiadomo, nie są przystosowane do jazdy po nich (choć chyba kiedyś z Kambodży pisałam, że już nigdy nie będę narzekać na transport w Polsce? :p).

W Warszawie kilka godzin przerwy na kawę w mojej ulubionej znajomej kawiarni na Saskiej Kępie (Ganders, ul. Francuska). A tam TAKI naleśnior:

W pociągu nad morze (teraz jeżdżę tylko i wyłącznie TLK, bo tylko tam mam zniżki) większość czasu spędzam w WARSie, zachwycona. Pierwszy raz od wieeeelu lat pozwalam sobie na burżujstwo jedzenia w nim- coś ostatnio mało ekonomicznie podróżuję… Maja super sałatki (wcinam grecka) i duży wybór innych dań. Tanio nie jest, ale czas tam szybciej leci. Przez okno aż się miło patrzy- naprawdę sporo dworców się remontuje! Na coraz to kolejnych z nich stawiają biletomaty, gdzie bez kolejki (a przy kasach tłumy…) można kupić bilet w ciągu minuty.

A potem już była Kopenhaga…

Komentarz do posta Włajaży po Polsce cd.

  1. marta napisał(a):

    Jenychu jaki naleśnior. Pyszotaaa.Aż szkoda go jeść żeby nie zepsuć widoku :)
    A tych pociągów zazdroszcze bo uwielbiam jeździć pociągami

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)