Langkawi: kilka dni relaksu

I to nie tylko na plaży! Langkawi jest dość różnorodne: ma to, co kojarzy się z wakacjami w tropikach, czyli piękne plaże, a na nich bary, w których można drinka z palemką wypić – i to pod palmami, ale też górskie widoki, wodospady i przepyszne jedzenie.

Szczerze mówiąc, nie miałam dużych oczekiwań wobec Langkawi. Chciałam po prostu wypocząć gdzieś na trasie Kuala Lumpur-Bangkok i nie nastawiałam się tym razem na odkrywanie nowych lądów. A na Langkawi najłatwiej, najszybciej i najtaniej było mi się z KL dostać – choć wcale nie tak łatwo i szybko potem wydostać się stamtąd w stronę Tajlandii, ale o tym później. Bałam się trochę, że będzie to drugie Bali. A okazało się dużo spokojniejsze, tańsze, sporo mniejsze – dzięki temu spokojnie objechać je można całe! No i mniej zatłoczone – być może dlatego, że byłam tam w listopadzie, czyli pod koniec niskiego sezonu, turystów zzagranicy nie było wybitnie dużo, większość to miejscowi.

Północ Langkawi i plaża Tanjung Rhu

Zdecydowanie najpiękniejsza część wyspy – tu trafiłam na najładniejsza plażę, Tanjung Rhu. Wprawdzie woda na Langkawi nigdzie nie była krystalicznie czysta ani turkusowa jak w Tajlandii czy na Gili, ale widoki z plaży piękne no i turystów jak na lekarstwo.

Na tej dzikiej, dalekiej północy, ale bardziej na zachód, jest największe zagęszczenie luksusowych resortów w stylu Four Seasons czy dopiero co otwarty Ritz-Carlton – te w większości mają swoje prywatne plaże pilnie strzeżone przed gośćmi z zewnątrz. Niestety plaża Datai, na którą chciałam się udać, też jest już zamknięta dla publiki.

A to Secret Beach na mapie nazwy nie posiadająca – malutka i zupełnie pusta, byłam na niej sama. Odkrycie jej po wskazówkach znajomej zajęło mi trochę czasu, bo trzeba było odbić w małą, zarośniętą (i zagrodzoną) drogę przed polem golfowym.

Wodospad Temurun

Pantai Cenang

Dla kontrastu – na południu, najbardziej znana i oblegana plaża:

To jej najładniejsza część, na samym początku, przy resorcie Meritus Pelangi

Dalej jest już tylko gorzej – tzn. tłoczniej

Pantai Cenang to turystyczny koszmarek. Skutery wodne, banan i inne głośne sporty wodne. Takie malezyjskie Mielno. Żal patrzeć co się z nią stało, bo plaża sama w sobie jest (albo raczej kiedyś była) piękna. Przypominała mi trochę plażę Palolem w (a nie „na”!) indyjskim Goa – tam jednak był fajniejszy klimat, były też proste domki na samej plaży, tu królują hotele.

ale zachody słońca piękne!

Raz jeden, z, nie powiem, przyjemnością, drinka na tej plaży wypiłam ;) Jeden z fajniejszych plażowych barów to Thirstday

Można tu też zjeść kolację przy stolikach rozstawionych na piasku

Południowy-wschód Langkawi

Na południowym wschodzie jest wg mnie najmniej ciekawie – na pewno nie wybierałabym hotelu w Kuah, chyba że na jedną noc przed porannym promem (choć i tu dostać się można w pół godziny Uberem). Widoki wprawdzie nie są gorsze:

…, ale Kuah to spore, mało przyjemne miasto, i atmosfera w nim raczej mało wakacyjna. Choć ponoć mają tu całe mnóstwo dobrych knajp!

A jak wygląda środek wyspy?

zielono!

widok z Gunug Raya, najwyższego wzniesienia Langkawi – da się tam wjechać, jest też ścieżka z ładnymi widokami, ale czas przejścia szacowany był na 2 godziny, a ja goniłam przed deszczem, przy ładniejszej pogodzie myślę, że warto. Na szczycie jest też taras widokowy – wstęp na niego jest płatny, ja postanowiłam, że widok ze Sky Bridge mi wystarczy

Najbardziej stroma kolejka linowa świata i Sky Bridge – most zawieszony nad dżunglą

Punkt obowiązkowy wizyty na Langkawi:

Zapomnijcie o fryzurze, na górze piździ jak… ;)

Mówią o długich kolejkach w jakich trzeba wystać, aby wjechać na górę. Bałam się tego, bo wybrałam się tam akurat w sobotę. Były, faktycznie, jak z góry zjeżdżałam, jednak kiedy się tam zjawiłam, było tuż po ulewnym deszczu i do kasy, jak i do wagonika dostałam się błyskawicznie. W dodatku, jako że byłam sama, a większość azjatyckich turystów jak zwykle stadami, za każdym razem przepychali mnie do przodu, bo brakowało im akurat jednej osoby do wagonika, a żaden azjatycki turysta nie chciał do niej wsiąść bez cioci/wujka/trzech kuzynów.

Mimo, że dzień był wyjątkowo pochmurny, widoki dopisały i zdjęcia się udały :) Z góry widać głównie porośnięte gęstym lasem wzgórza, ale w oddali są też tajskie wyspy.

Niedaleko Cable Car znajduje się wodospad „Telaga Tujuh” – wstęp jest darmowy. Całkiem ładny i na górze znajdują się baseniki, w których można się pomoczyć – nie zostałam tam jednak długo, bo…znów padało i zrobiło się chłodno.

Moja ulubiona część, czyli co by tu zjeść?

Jadałam głównie w knajpkach poleconych przez dwie znajome na Langkawi przez kilka miesięcy mieszkające. Celowałam w jedzenie malajskie i indyjskie, ale można tu też bez problemu znaleźć knajpki tajskie, a nawet irańską.

Moja ulubiona śniadaniowa opcja to Roti Canai Black Pepper, w której za 3zł można się taaak najeść:

Roti Milo z miodem plus przesłodka teh tarik – było przepyszne, ale stopień zacukrzenia mnie przerósł ;) Czynne codziennie z wyjątkiem niedziel do 11:00

Druga ulubiona knajpka, tym razem indyjska to czynna całodobowo Tomato – ponoć ostatnio mocno się pogorszyła i jak na indyjskie było smacznie, ale bez fajerwerków, mimo to wracałam tam kilka razy:

mmm… Gobi manchurian – niby tylko kalafior, ale jak przyrządzony!

Jednak moim najlepszym odkryciem były kokosowe szejki przy drodze obok lotniska (wzdłuż plaży) – za 3 ringgity. Babeczka specjalnie włączała generator prądu na czas działania blendera. Stragany otwierają się tam popołudniu.

Spodobał mi się też Nest rooftop, który chwali się najlepszym na Langkawi widokiem na plażę. Koncept knajpy jest ciekawy – nie sprzedają tu alkoholu, ale bez żadnej dopłaty można przynieść własny.

W listopadzie działał kod zniżkowy na Ubera Z i DO baru Nest, wystarczyło wpisać „NestRoofLGK7”, żeby dostać dwa razy po 7 MYR gratis – jeśli już nie działa, proszę dajcie znać :)

Ponoć stąd zachody słońca najpiękniejsze – jestem w stanie w to uwierzyć!

Langkawi słynie z tego, że alkohol mają tani, bo to strefa bezcłowa – działa to jednak tylko w sklepach, bo w barach plażowych drinki super tanie wcale nie są.

Przy plaży Cenang nadłużej czynne były spokojne, plażowe bary – ale to w listopadzie, może w sezonie dzieje się więcej. Fajny był „mobile bar”, w którym codziennie o 23:00 posłuchać można reggae na żywo i który składa się raptem z kilku stolików ustawionych na piasku. Grubsze imprezy są ponoć wzdłuż sąsiedniej Pantai Tengah.

Jak przemieszczać się po Langkawi?

Dla mnie odpowiedź jest jedna – wypożyczyć motor! Jeszcze nigdzie tak dobrze mi się nie jeździło. (choć można wypożyczyć tu też auto, z lub bez kierowcy)
W niektórych miejscach nie dostanie się motoru bez pokazania ważnego prawka międzynarodowego kat. A – w porównaniu do Indonezji czy Tajlandii są tu bardziej restrykcyjni. Policja jednak nie zastawia łapanek na turystów jak np. na Bali – raz przejechałam przez blokadę bez zatrzymania, uśmiechając się do policjantów. Ważne jest tylko, żeby mieć kask.

Ruch na drogach jest znikomy, jeździ się świetnie, jest duża kultura jazdy jak na Azję. Nikt nie trąbi, ustępują pierwszeństwa, a drogi są dość dobre, ale niektóre po zmroku kompletnie nieoświetlone (jak np. główna droga prowadząca wzdłuż lotniska).

Najlepsze jest to, że na całej wyspie parkuje się za darmo! Raz tylko zapłaciłam za parking całą złotówkę. Po Jawie, na której płaci się dosłownie wszędzie za przystanięcie przy sklepie na minutę, to dla mnie szok, pozytywny oczywiście.

Te puste drogi! Ups… Dalej nie pojadę :(

Na Langkawi nie ma transportu publicznego, nie ma też niestety moto-taxi, działa Uber i Grab, ale tylko samochodowy.

Dopiero rejestrujesz się w Uberze? Wpisz kod EMILIAS280UE , aby dostać zniżkę 20.000 rupii na pierwsze dwa przejazdy! Dzięki temu ja też dostaję kredyt na przejazdy :)

Można też oczywiście wybrać się na jedną z wycieczek, które oferują liczne (szczególnie przy plaży Cenang) agencje. Przykładowo najkrótszy island hopping, jedyna wycieczka, na którą się tam skusiłam, kosztował w zależności od miejsca 30 lub 35 MYR, a po dosłownie chwili stargowałam cenę do 25 MYR.

Pierwszy przystanek był na wyspie z jeziorem, za wstęp na którą kasowali kolejne 6 MYR. Na miejscu zastała nas azjatycka cepelia. Plus znak, żeby lepiej nie kąpać się w jeziorze, bo tam pasożyty i bakterie i zachorować można, a zarząd obiektu nie bierze za to odpowiedzialności :) Na szlaku nad jezioro małpa wyrwała jakiejś Chince portfel z torby i na szczycie drzewa otworzyła, wyciągając jedna po drugiej karty kredytowe i zrzucając do wody. Chinka biega i płacze, bo w portfelu ma też paszport, kolesie z obsługi z procami próbują jej pomóc, celując we wredną małpę, ale ta ucieka. Złośliwość w najczystszej postaci!

Inną atrakcją wycieczki było karmienie orłów, których tu pełno. Można też popływać kajakiem po Geoparku wśród skał. Ja tam wolałam zjeździć wyspę motorem :)

Są też tu i „atrakcje” typu farma krokodyli – ale ja nie toleruję zwierząt nigdzie indziej niż na wolności – oraz ładnie położone pole golfowe.

Jak się tam dogadać?

Większość Malezyjczyków z dużych miast i regionów, w których są turyści, płynnie mówi po angielsku, ale na prowincji różnie z tym bywa. Mi na zapadłych wioskach udawało się z ludźmi dogadać tylko po indonezyjsku – nie dość, że rozumieją wszystko (choć ja ich trochę mniej) to jeszcze się cieszą jak powie się choć kilka słów w ich języku – starszy kierowca Ubera średnio po angielsku mówiący nagrał naszą rozmowę, bo stwierdził, że od 20 lat wozi turystów i pierwszy raz mu się taki przypadek zdarzył. Warto więc jadąc do Malezji nauczyć się choćby mówić „terima kasih”, czyli „dziękuję”.

Gdzie spać na Langkawi?

Zdziwiło mnie, że mimo jakiejś tam liczby turystów, Langkawi ma bardzo ubogą tanią bazę noclegową. Spałam tam w kilku różnych miejscach, tych trochę droższych z klimą i basenem i tych najtańszych, w dormach, ale koniec końców z czystym sumieniem polecam Wam tylko dwie miejscówki:

  • Jeśli tylko nie ograniczałby mnie budżet, wybrałabym Meritus Pelangi – drogi hotel położony przy zdecydowanie najładniejszej części Pantai Cenang, lub któryś z resortów na pięknym i odludnym północno-zachodnim skraju wyspy

Zejdźmy jednak na ziemię, bo mało kogo stać na nocleg za ponad tysiąc złotych:

  • Soluna Guesthouse – prowadzony przez Włoszkę, wiejskie klimaty, cicho i zielono, choć spacerem blisko do plaży. Super lokalizacja z założeniem, że i tak wypożyczacie motor i jedziecie zwiedzać – zresztą jak wszędzie indziej ;) Hamaki, mnóstwo kotów plus bardzo miła dziewczyna, Nadia, na wieczornej zmianie – opowiadała mi, że miała lecieć na wakacje na Jawę, ale kiedy już miała bilety, rząd malezyjski wprowadził nowe prawo – spłacający kredyty studenckie nie mogą wyjechać z kraju dopóki nie oddadzą całości.

Soluna GH

Jak dostać się na Langkawi?

Najłatwiej przylecieć z Kuala Lumpur – loty są super tanie (za swój zapłaciłam 49 zł) i kilka różnych linii lata na tej trasie wielokrotnie w ciągu dnia. Dolecieć można tu też łatwo z Singapuru czy… Chin! Langkawi ma bezpośrednie połączenia z conajmniej dwoma chińskimi miastami, ale z sąsiednią Tajlandią – żadnego! Wydostanie się na ląd w kierunku północnym to więc nie lada przeprawa. Trzeba udać się do portu w Kuah i stamtąd łapać prom do Satun – kursują tylko dwa razy dziennie, o 10:30 i 17:15. Stamtąd są jeszcze dwie godziny na lotnisko w Hat Yai lub kilkugodzinna przeprawa do Suratthani czy Krabi. Pływają też stąd promy na tajskie Koh Lipe oraz do dwóch malezyjskich miast na jej lądowej części i na wyspę Penang. Pod tym linkiem znajdziecie rozkład i ceny promów odpływających z Langkawi – ale sprawdźcie ich aktualność na miejscu, bo w listopadzie strona nie była zaktualizowana po wrześniowej zmianie rozkładu, na co się nacięłam.

To warto czy nie?

Całkiem spodobało mi się to Langkawi, chociaż jeśli miałabym tam jeszcze wrócić to raczej tylko na kilka dni nicnierobienia na Pulau Tuba, której tym razem nie udało mi się odwiedzić. Ale sama Malezja jest jednym z moich ulubionych wakacyjnych kierunków i na pewno będę do niej wracać!

W kilka dni udało mi się zjechać większość zakamarków wyspy i jeszcze trochę poplażować. Jak dla mnie 3-4 dni na Langkawi to max jeśli ktoś nie lubi leżeć w miejscu.

Garść informacji praktycznych:

  • cena przejazdu kolejką linową: 55 MYR
  • cena wstępu na Sky Bridge: 5 MYR – niedrogo, jednak widok z mostku nie jest dużo lepszy niż z górnej stacji kolejki
  • wypożyczenie skutera: 0d 17 MYR (ale tylko w godz. 9-21, co jest dobrą opcją jeśli mieszkamy obok i na noc motor nam niepotrzebny) do 35-40 MYR za 24h – ceny wahają się w zależności od rocznika i modelu
  • kurs Uberem z lotniska (na którym jest darmowe WiFi) do hotelu w okolicy Pantai Cenang – ok. 15 MYR
  • kurs Uberem z Cenang do przystani promowej w Kuah – ok. 30 MYR
  • Na całej wyspie w wodach pojawiają się meduzy – i ponoć są takie, co boleśnie parzą, więc uważać trzeba.

17 komentarzy do posta Langkawi: kilka dni relaksu

  1. Szymon Król napisał(a):

    i tak jest ładna – ale faktycznie, jakbym miał ocenić, porównując do innych zdjęć (Malezja jeszcze przede mną), to chyba nie załapałaby się na bycie naj :)

  2. Byłam choc nie na tym moście:)

  3. Łukasz Kędzierski napisał(a):

    Nam się Langkawi podobało – zwłaszcza prosta knajpka w której pysznie jedliśmy kilka razy dziennie :)

  4. Jacek Kiwilsza napisał(a):

    byłem i też mnie nie zachwyciła …

  5. Marta Natalia Tøpa napisał(a):

    „Są też tu i „atrakcje” typu farma krokodyli – ale ja nie toleruję zwierząt nigdzie indziej niż na wolności” ❤️❤️❤️

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.