Windy Welly, cieśnina Cooka i foki

Ostatni postój na północnej wyspie to nowozelandzka stolica. Potem przeprawiamy się do Picton i pędzimy w kierunku Mt. Cook, gdzie czeka na nas praca. Po drodze zachwycamy się krajobrazami, które faktycznie prawie od samego wyjazdu z promu są nieporównywalnie piękniejsze niż te na północy (ah, te Alpy Południowe!) i przypadkiem trafiamy na wylegujące się na słońcu foki!

Kolejny raz sprawdza się teoria, że nowozelandzkie miasta to nic szczególnego. Wellington jest ładnie położone, ale i tak nie przypadło mi do gustu i nie zasługuje na zbyt wiele miejsca na blogu. Wybieram się do muzeum narodowego Te Papa, wspinam się też na górę Victoria. Rozciąga się z niej przyjemny widok na miasto. Na szczycie stoi kilka autokarów, okazuje się, że można tam było łatwo wjechać… Jest kilka tabliczek informujących o tym, że tu kręcili Władcę Pierścieni (las Hobbitów), ale okolica jakoś nie urywa tyłka, zwykły las.

DSCN0402

DSCN0415

główny deptak- Cuba Street, którego największą atrakcją jest niezbyt piękna fontanna

Wieczorem zajadamy się gigantycznymi hamburgerami – to kolejny z symboli Nowej Zelandii. Do wyboru- z burakiem (ten w ogóle jest w NZ wszechobecny, można kupić coś takiego jak dżem z buraka!) albo z musem śliwkowym. Wybieramy jednak na początek wersję w miarę tradycyjną, na eksperymenty jeszcze będzie czas. Burger kosztuje 17$ i jest tak olbrzymi, że nie wiadomo, od czego zacząć. Zjedzenie całego zajmuje mi z pół godziny.

Przerażają nas ceny parkingów w tym mieście (4-5 $/h), ale udaje nam się znaleźć jakiś darmowy na obrzeżach centrum i dalej zwiedzamy pieszo. Noc spędzamy w aucie na tanim parkingu (jedyne $3 za całą noc) niedaleko terminalu portowego i rano mamy szykować się na odprawę, ale o 5 budzi nas sms – prom jest odwołany z powodu 7-metrowych fal na cieśninie. Na szczęście udaje się go przebukować na kolejny dzień, choć nikt nie może nam zagwarantować, że sztorm ustanie. Ludzie próbujący zmiany rezerwacji kilkanaście minut po nas dostali miejsca dopiero na 3 dni później.

DSCN0426

pod terminalem Bluebridge

Kolejną noc mam ochotę przespać w ciepłym łóżku- wysyłam kilka zapytań o kanapę na couchsurfingu, ale odzewu brak. Po raz pierwszy w Nowej Zelandii spędzam noc w tzw. hostelu backpackerskim. Hostel przypomina polski akademik – wysoki blok z długimi korytarzami i wielkimi oknami, przez które wdziera się zimny wiatr. Na szczęście wcześniej udało mi się znaleźć ciepłą bluzę za całe $10 (niech żyją lumpeksy Salvation Army!). Pokój dzielę z siedmioma chłopakami, z których co jeden to bardziej wylansowany. Na powitanie (w środku dnia) częstują mnie browarem, a potem próbują wyciągnąć na kolację do KFC… Wspólnego mianownika między nami nie widzę, zmykam więc na dół hostelu, gdzie jest kuchnia i TV i jakieś 100 osób naraz przygotowuje sobie jedzenie. To zdecydowanie największy hostel, w jakim mi przyszło kiedykolwiek spać („Lodge in the city”, najtańszy w mieście, ale polecam tylko desperatom).

Okazuje się, że mnóstwo ludzi mieszka tam na stałe, pracując na wizie working holiday. Zagaduję z Japończykiem i kilkoma Argentyńczykami. Wszyscy po prawie roku pobytu w NZ ledwo mówią po angielsku. Trochę mnie to podbudowuje, bo skoro tacy znajdują pracę, ja nie powinnam mieć z tym większego problemu ;)

Po powrocie do śmierdzącego przepoconymi skarpetami i zimnego pokoju żałuję, że jednak nie zdecydowałam się na kimanie w terminalu portowym, bo okazało się, że jednak nie zamykają go na całą noc, tak jak było gdzieś napisane, ale przynajmniej miałam okazję zobaczyć, jak wyglądają backpackerskie klimaty w NZ i upewnić się, że to nie mój świat.

Kiedy wczesnym rankiem znów przemierzam pieszo centrum, w drodze na prom, miasto wydaje się jakieś takie ładniejsze. Chyba dlatego, że wreszcie przestało padać! Nie na długo jednak, zanim wsiądziemy na prom, siąpi znów.

DSCN0435

ostatni rzut oka na Wellington

DSCN0434

Na promie znienacka łapie mnie choroba morska, której nigdy wcześniej w takim wydaniu nie doświadczyłam. Patrzę za okno (błąd!), a tam fale wysokie na kilka metrów. Od razu zaczyna mi się kręcić w głowie. Idę do łazienki, żeby ocucić twarz zimną wodą, a tam z każdej kabiny po kolei dobiegają odgłosy rzygania. Szukam jakiegoś wolnego fotela, żeby przespać resztę drogi. Dookoła wszyscy wyglądają blado i kimają, widać nie jestem wyjątkiem ;) Udaje mi się zdrzemnąć i budzą mnie dopiero okrzyki niemieckich emerytek (Niemców to tu chyba więcej niż w Niemczech!): „delfiny!”. Nie myśląc długo, zrywam się z siedzenia i pędzę na górny pokład. Delfiny są skubańce zbyt szybkie, żeby uchwycić je na zdjęciu, ale wrażenie robią niesamowite. No i pogoda zmieniła się na lepsze, kolory od razu żywsze – widoki pierwsza klasa, sami popatrzcie:

DSCN0438

DSCN0477

DSCN0488

prawie jak Raja Ampat! (indonezyjska prowincja niedaleko Papui)

DSCN0489

DSCN0453

nasza polska Stena, prosto z Gdyni! Została tu przez Kiwi ściągnięta po awarii ich własnego promu

Przeprawa przez Cieśninę Cooka to idealny wstęp do krajobrazów południowej wyspy!

Jeszcze mając w pamięci te skaczące delfiny, niespodziewanie zatrzymujemy się przy miejscu odpoczynku fok. Tyle atrakcji w jeden dzień! Urocze to stworzenia, wylegują się na słońcu, od czasu do czasu podnosząc swe cielska, a młode skaczą i smyrają się pyszczkami, można by na to patrzeć bez końca.

DSCN0498 DSCN0505

DSCN0509

Zatrzymujemy się też na chwilę w Kaikourze – stamtąd wyruszają wyprawy na oglądanie wielorybów, ale niestety z brzegu nie ma szansy ich wypatrzeć, a takie wycieczki są drogie.

DSCN0519

Kaikoura

DSCN0493

pewnie „jedna z” najpiękniejszych tras kolejowych świata!

DSCN0494

…a takie drogi w Kiwilandzie nazywają się autostradami..

2 komentarzy do posta Windy Welly, cieśnina Cooka i foki

  1. Horeca napisał(a):

    Świetnie to wszystko wygląda, a to jezioro między górkami … Nic tylko pływać :)

  2. milkahome napisał(a):

    Z wielką przyjemnością przeczytałam Twój post!
    Piękny Kraj ;-)

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)