Co ja robię tu?!

Jak to się stało, że zamieszkałam w kraju, w którym wszystko jest odwrotnie? „Moja historia” – kolejny z projektów dla Klubu Polek na obczyźnie. Prosto z Indonezji!

Był rok 2010. Właśnie obroniłam magisterkę, znajomi rozjechali się po świecie (w końcu studiowałam turystykę!), a ci, którzy zostali, rzucili się w wir pracy, pnąc się po szczeblach kariery, i nie mieli już czasu na spotkania. To był bolesny przeskok z beztroskiego studenckiego życia w to poważne, dorosłe. Do tego doszło złamane serce. Nic mi się w życiu nie układało tak, jak chciałam. Od kilku miesięcy pracowałam w biurze podróży, co kiedyś było moją wymarzoną pierwszą pracą po studiach, jednak rzeczywistość była o wiele mniej ciekawa niż oczekiwania. Siedziałam za biurkiem przez 8 godzin dziennie, na przedmieściach Poznania, w biurze, do którego mało kto zaglądał, i wertowałam jeden katalog za drugim, oglądając te wszystkie egzotyczne kraje na zdjęciach. Tajlandia marzyła mi się od dawna, jednak wydawała się taka odległa, nieosiągalna, bo zarabiałam całe 1500 zł na rękę. Udawało mi się nawet odłożyć z tego co miesiąc trochę grosza, ale w takim tempie na wymarzoną podróż musiałabym zbierać kilka lat. Wcześniej mieszkałam przez rok w Niemczech i wyjeżdżałam na wakacje do pracy do Norwegii, wiedziałam więc, że życie wcale nie musi tak wyglądać.

W końcu zdecydowałam, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, bo nikt tego przecież za mnie nie zrobi. Wręczyłam szefowi wypowiedzenie. Ten nie był nawet zdziwiony, chyba i tak wytrzymałam tam zaskakująco długo. Za miesiąc byłam już w drodze do norweskiego Tromsø, do miejsca, do którego rok wcześniej obiecałam już sobie nie wracać. Miasteczko przepiękne, chodziło bardziej o pracę, która była mocno poniżej moich kwalifikacji. Chęć szybkiego odłożenia większej gotówki wygrała jednak nad ambicjami. Po dwóch miesiącach miałam już sporą sumkę na koncie, kupiony bilet do Tajlandii i pierwszy wpis na blogu.

W listopadzie 2011 r. podekscytowana, ale też lekko przerażona siedziałam w samolocie do Bangkoku. Z biletem w tylko jedną stronę. Nie miałam pojęcia, na ile mi się Azja spodoba i ile zechcę tam zostać, jednak dawałam sobie nie dłużej niż kilka miesięcy. Zresztą na tyle miało mi wystarczyć pieniędzy. W podróży szybko odżyłam. Codziennie poznawałam nowych, inspirujących ludzi, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest milion innych sposobów na życie niż przesiedzenie go za biurkiem w pracy. Byli tacy, co powtarzali mi „Taaa, jasne, będziesz podróżować całe życie. Emilka, ty niepoprawna marzycielko, zejdź na ziemię, wracaj do Polski i znajdź sobie pracę jak każdy normalny człowiek”. No właśnie, KAŻDY. Nigdy nie lubiłam podążać za tłumem. Nie przejmowałam się takimi tekstami i teraz współczuję ludziom, którzy tak gadali ;)

Po prawie dwóch latach włóczęgi po Azji (na jej temat rozpisywać się nie będę, bo o tym jest blog) przerwanej powrotem do Europy w celach zarobkowych zachciało mi się pomieszkać trochę dłużej w jednym miejscu, nie opuszczając jednak jeszcze Azji. Wypadło na Indonezję, bo po pierwsze, to była wielka biała plama na mapie moich azjatyckich podróży, po drugie – właśnie tam znalazłam ofertę praktyki w marketingu, która, jak się później okazało, była jedną wielką pomyłką (firmy Internship Indonesia nie polecam nikomu), ale zapewniała mi na początek wizę dłuższą niż tylko turystyczna i (wydawałoby się) łatwiejszy start w zamieszkaniu w tak pokręconym miejscu.

Początki były kiepskie – w drodze z lotniska w Jakarcie na dworzec autobusowy zgubiłam telefon, a z autobusu do Yogyakarty (po 17 godzinach jazdy zadymionym autobusem-sauną, bez klimy ani otwieranych okien, w którym połowa pasażerów popalała fajkę za fajką) wysadzono mnie, zaspaną, na rogatkach miasta, podczas gdy Indonezyjczycy pojechali na terminal autobusowy – taki częsty azjatycki trik, mający na celu zdarcie z naiwnego białasa kasy za dojazd taksówką do miasta. Dosłownie wypchano mnie z autobusu. Myślałam, że mój plecak zostanie wyrzucony za mną, bo tak też często bywało, jednak ten został w środku, a kierowca ruszył dalej. W niezasznurowanych jeszcze butach zaczęłam za nim biec. Na szczęście na dwupasmówce był korek i ten daleko nie zajechał, a pomogli mi biegnąc ze mną i waląc w drzwi busa ci chwilę wcześniej przeklęci kierowcy taxi, którzy mieli mnie przecież zaraz oszukać. Po tej akcji już miałam dość. Na horyzoncie zobaczyłam jednak znajomy znaczek – wielkie żółte ‚M’ i pomyślałam, że to jak oaza w tej miejskiej dżungli. Po raz pierwszy w życiu stwierdziłam, że kocham tę sieć fast foodów i ich darmowy dostęp do internetu ;) Stamtąd udało mi się wysłać wiadomość do Prama, mojego hosta z couchsurfingu (kolejny raz, niech żyje CS!). Mimo, że była 5 rano, on już nie spał, bo o tej porze wstawał na poranną modlitwę i zaraz po niej podjechał mnie odebrać.

Pierwsze dni upłynęły mi pod znakiem zastanawiania się „CO JA, DO CHOLERY, TUTAJ ROBIĘ?!”. Szefowa firmy, w której miałam staż, przez kilka dni z rzędu zbywała mnie, każąc mi przyjść do pracy „jutro”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak długo może trwać indonezyjskie jutro :) Miałam więc dużo wolnego czasu, a natłok motorów i kobiet w chustach w tym wielkim mieście, które miało być najspokojniejszym z wszystkich na Jawie, mnie przytłaczał.

Dnia trzeciego wraz z moim hostem wybrałam się na cotygodniowe spotkanie couchsurferów, żeby nawiązać trochę kontaktów. Poznałam tam kilka sympatycznych, niewinnie wyglądających dziewczynek w dżilbabach na głowach i dwóch chłopaków, z którymi rozmawiało się „po europejsku”. Jeden z nich wspomniał, że jest katolikiem. Nie jestem zbyt religijna, ale nieswojo czułam się w tym muzułmańskim otoczeniu, więc od razu zaskarbił sobie tym moją sympatię. Pomyślałam „okej, jakaś przyjazna dusza w tym obcym mi świecie”. Następnego dnia wybraliśmy się na koncert, kolejnego na wystawę sztuki. Aldy wciągnął mnie w świat artystów i pokazał, ile w tym mieście się dzieje. Co kilka dni zapraszał na otwarcia kolejnych wystaw swoich znajomych.

Dopiero kilka miesięcy później dowiedziałam się, że zagadał do mnie tylko na prośbę swojego nieśmiałego kolegi. A potem tak jakoś wyszło ;)

Praktyki miały potrwać trzy miesiące. Były świetną przygodą, ale wykonywana przeze mnie praca niewiele miała wspólnego z marketingiem. Do moich zadań miało należeć przygotowanie strategii reklamowej dla restauracji. Miałam na to mnóstwo pomysłów, ale niestety wciąż słyszałam, że są świetne, tyle że zaczniemy je realizować „jutro”, a dziś jeszcze postoję w drzwiach wejściowych z uśmiechem i każdego gościa przywitam wyuczoną formułką po indonezyjsku. Jak małpka na sznurku. Na dodatek polska firma pośrednicząca w tym wszystkim utrudniała mi przedłużenie wizy. Po dwóch miesiącach zrezygnowałam.

praktyki_Indonezja

wiecznie uśmiechnięta załoga knajpy

Jak na złość dokładnie dzień później zachorowałam na dengę. Nie do końca chyba świadoma, jak poważna choroba to jest, postanowiłam przeleżeć ją w łóżku, ignorując sugestię lekarza, że może lepiej byłoby położyć się do szpitala. Wtedy też jeszcze nie wiedziałam, że uprzejmi Indonezyjczycy często mają problem ze stanowczym przekazaniem informacji, gdy spotykają się z odmową, więc stwierdziłam, że skoro tylko tak lekko mi to sugeruje i nie naciska, to może wcale nie jest to konieczne. Następnego dnia Aldy, niepytany, wprowadził się do mnie, oznajmiając, że ktoś przecież musi się mną opiekować w czasie choroby. Tak po prostu przyjechał z ręcznikiem i szczoteczką do zębów, a ja w wielkim szoku, bo przecież dopiero dwa miesiące się znamy. Przez tydzień prawie nie spał, czuwając przy mnie, zmieniając zimne okłady na czole, wmuszając we mnie picie i pilnując, żebym brała paracetamol, jak tylko gorączka mi znów podskakiwała i zaczynało mną telepać. Po ponad miesiącu wyciętym z życia zdecydowałam się wrócić do Polski na kilka miesięcy, żeby odetchnąć nieco i wrócić do pełni zdrowia.

Potem była Nowa Zelandia, która marzyła mi się na długo przed Indonezją i, jako, że już wcześniej dostałam roczną wizę working holiday, grzechem byłoby jej nie wykorzystać. Dotarłam tam krótko przed początkiem zimy, od której przecież uciekam jak tylko mogę. Mieszkałam i pracowałam w najpiękniejszej z możliwych okolicy, po dwóch miesiącach skończył się jednak sezon turystyczny, coraz trudniej było o pracę, a mnie znów ciągnęło do Azji. Nie jestem chyba wystarczająco szalona, żeby zmienić w swoim życiu wszystko tylko i wyłącznie dla faceta. Ale… gdy uświadomiłam sobie, że Indonezja jest krajem rozwijającym się i jest tu wystarczająco miejsca dla każdego nowego biznesu, połączyło mi się to w całość. Przecież tego właśnie od dawna chciałam, być sobie szefem! Wróciłam na Jawę. Później okazało się, że prowadzić interesy z Azjatami nie jest wcale tak łatwo, jak się zapowiadało, ale skoro już powiedziałam ‚A’…

Bardzo tęsknię za cywilizacją i Europą w ogóle, ale w chwilach zwątpienia staram się doceniać, że kiedy tam pada śnieg, ja wygrzewam się na słońcu ;) Nie zamierzam tu osiadać na stałe (każdy tak chyba mówi swoją drogą :P), mimo to niedawno podpisałam kontrakt na wynajem domu na rok. DOMU, czaicie? Kiedy w Polsce stać by mnie było na to, żeby wynająć cały, wcale niemały dom i to z dwoma ogrodami? W salonie mam małą galerię sztuki, bo sprawca mojego zatrzymania się tu jest malarzem. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez sztuki, brakowało w nim tego! Zaczęłam nawet sama coś tworzyć. Nie mam psa ani kota, za to mam rybki ;) Uczę się języka. Goszczę ludzi z całego świata. Jakbyście wybierali się do Yogyakarty, zapraszam!

Drini_beach

Co będzie dalej? Do tej pory bardzo nie lubiłam planować, teraz jednak mam zarys tego, jak chcę przeżyć kolejne kilka lat i wierzę, że uda mi się to konsekwentnie realizować. Lepiej jednak nie zapeszać, życie samo przecież pisze najciekawsze historie. W końcu przez lata zakochana byłam w Niemczech i swoją przyszłość widziałam w tym świetnie zorganizowanym kraju, a wylądowałam w najbardziej chaotycznym z możliwych…

Czytaliście już historie innych Polek rozproszonych po świecie? Niektóre z nich są naprawdę niesamowite!

Podobne wpisy:

92 komentarzy do posta Co ja robię tu?!

  1. Połącz Kropki napisał(a):

    Jaki motywujący wpis <3
    Zazdroszczę odwagi:)

  2. Głodny Świata napisał(a):

    Kurcze, szkoda, że nie widziałem, że tam rezydujesz! Miałem małe problemy żeby złapać dobry vibe ;).

  3. My mamy nadzieję też tam zamieszkać, ale na starość, jak już dzieci wyjdą z domu :) Ale teraz przynajmniej staramy się tam być jak najczęściej. W sierpniu znowu – tym razem Sumatra :)

  4. Zazwyczaj spotyka nas to czego zupełnie się nie spodziewamy i pięknie :)

  5. Łukasz Kędzierski napisał(a):

    Życzę kolejnych lat w równie pięknym miejscu

  6. Aleksandra Jagoda napisał(a):

    Życzę Tobie kolejnych 33 lat w tym pięknym miejscu (bo to taka ładna i kompletna liczba )

  7. Angelika napisał(a):

    Ale czad! i tak jak Ty zobaczę w życiu coś więcej niż inni ;D

  8. ag napisał(a):

    hey,
    czy mogę zapytać czym zajmowałaś się w Tromso?

  9. Aneta Hey ho! napisał(a):

    Łaał, po prostu szał ciał i uprzęży! Jestes niesamowita :D

  10. Piotrek napisał(a):

    Hmm… ciekawy wpis :)
    Mam jednak malutkie pytanie ;)
    W artykuke porównując pl do ind wspomnialas o dzieciach na ulicy itd.
    Język angielski jest w tym kraju standardem? Tzn kazdy mlody indonezyjczk sie nim normalnie posługuje?

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Nie, zdecydowanie nie! W dużych miastach wykształceni młodzi potrafią się dogadać, choć często są nieśmiali, a dzieci nazywają mnie „misterem”, więc sam widzisz jaka ta ich znajomość języka jest – powtarzają to, co usłyszały w amerykańskich filmach ;) Oczywiście w najbardziej turystycznych miejscach – na Bali i w strategicznych punktach Jawy zawsze się ktoś mówiący po angielsku znajdzie, ale przed podróżą po Indonezji warto nauczyć się podstawowych zwrotów w bahasa Indonesia.

  11. Survoje napisał(a):

    Po pobycie w Indonezji wiem, co czułaś na początku! Byłam tam niedługo, ale dało się poczuć ich ‚jutro’ i organizację w każdym zakresie (a raczej jej brak ;)). Tak czy inaczej, takie zachowania można odnieść do wielu więcej krajów Azji, jak np. Malezji gdzie obecnie mieszkam. Da się przywyknąć, prawda?

  12. vecchio cucs napisał(a):

    Pisz książkę dziewczyno , wdepnąłem tu przypadkowo szukając informacji nt dengi i siedzę już chyba 3 godziny łażąc po miejscach , w których przez chwilę byłem – czyta się świetnie , gratuluję pióra i szaleństwa

  13. Dorota napisał(a):

    witaj nie znalam Twojego bloga wczsniej, trafilam dzis przez przypadek! Swietna historia z Toba :) i z Twoja Azja! Ja tez zraz z M. pewnego dnia (ponad dwa lata temu) rzucilismy wszystko i ruszulismy w swiat (tutaj nasza historia: travelnauci.blogspot.com.au -serdecznie zreszta zapraszam! :)). Mocno, mocno pozdrawiam!

  14. Oliwka napisał(a):

    Hej Emi! Świetna notka. Czasem zastanawiam sie jak potoczyły sie losy naszej polskiej, kopenhaskiej społeczności. Sztuka i sklepik z kawa, swietnie sie ułożyło, trzymam kciuki! Ja trochę podróżuje ale już nie to samo co z duńska wypłata hehe. Pozdrawiam!

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Fajnie Cię tu widzieć, Oli! Z częścią ludzi stamtąd mam kontakt, ale o losach większości też nie mam pojęcia. Fakt, skandynawskie wypłaty to było coś… Tęskni mi się za nimi ;) Pozdro!

  15. Karolina napisał(a):

    Cudownie czyta się Twoje wpisy! Sama nie mogę się doczekać, aż kupimy bilet w jedną stronę. Mam nadzieję, że szybko nie wrócimy do domu ;-) Obowiązkowo będę tu wpadać, powodzenia!

    PS. A gdybyśmy się wybierali na Jawę, wynajmiemy u Ciebie pokój :-) Co za cena, ech… Pomarzyć o takich w Europie!

  16. Planners napisał(a):

    Gratuluję odwagi, na pewno jest tam zupełnie inne życie lecz myślę że interesujące i ciekawe. Ja tylko raz się odważyłem wyjechać daleko od domu, mianowicie na Alaskę w USA. Mieszkałem tam z tubylcami jakieś 4 miesiące. Było super.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Zawsze mi się Alaska marzyła! Skoro zrobiłeś już ten pierwszy, najtrudniejszy krok to teraz już z górki :)
      Oj racja, życie tu nie jest łatwe, ale nudę narzekać nie można :P

  17. A. napisał(a):

    I tego (tysięcy fanów) Ci życzę. :)

  18. A. napisał(a):

    Dzięki Emi za miłe godziny na Twoim blogu. Wróciłem właśnie z Azji. Byłem tam już drugi raz, Zgadnij kto mnie zaraził chęcią podróżowania po Azji Pd-Wsch. Szkoda,że nie udało mi się spotkać Cię w Kuala Lumpur. Tak nie wiele brakowało. Artur Malek.:)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Aż godziny! Wow :) Super wiedzieć, że mam takich wytrwałych czytelników :D Serio zaczynałeś od mojego bloga? Zaraz się chyba rozkleję! :P Szkoda, faktycznie, nie dałeś rady dojechać?

      • A. napisał(a):

        Za późno przeczytałem wiadomość. Tak, zaczynałem od Twojego bloga. Jako gość który jest z Zachodniopomorskiego a mieszka w Norwegii, chyba trudno się dziwić.:)

      • Emiwdrodze napisał(a):

        …i jeszcze podróżuje moimi śladami, ha! Żeby to tak wszyscy Pomorzanie mieszkający w Norwegii mnie czytali to miałabym kilka tysięcy fanów więcej ;)

  19. Adrianna Suwald via Facebook napisał(a):

    Cóż ja mogę powiedzieć, świetnie, świetnie i jeszcze raz świetnie!

  20. Adrianna Suwald napisał(a):

    Piękna historia i jaka długa! Takie lubię najbardziej! No i ci faceci… czego to my dla nich nie zrobimy? ;-) No i popieram postulat – pisz książkę! :D

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Się cieszę, że jest ktoś, kto wciąż lubi czytać, bo znajomi mi zarzucają, że obrazków za mało, a za dużo tekstu! Ja uparcie powtarzam – to nie dla faceta, a bardziej dla biznesu, co ja bym przecież po powrocie do Polski robiła?

  21. Anka napisał(a):

    Emi powodzenia :) ciesze sie ze ci sie uklada. A moze cie kiedys odwiedze… ;)

  22. Paulina Pa via Facebook napisał(a):

    Wow! Powtarzam za wszystkimi – pisz książkę, będzie o niebo ciekawsza niż wszystkie te „Jedz, módl się i kochaj” ;) . Zazdroszczę i podziwiam. Nie kazdy ma tyle odwagi i samozaparcia ;)

  23. Nasze Ślady napisał(a):

    Jej, zazdroszczę. Ja na razie nie mam takiej odwagi, ale kto wie co będzie potem … Ale na razie nie wyobrażam sobie swojego życia po studiach … :D

  24. rosik93 napisał(a):

    Chciałbym tak wyjechać na jakiś czas i pożyć w innym miejscu :)

  25. Nika LV via Facebook napisał(a):

    Niesamowita opowieść i wiesz co? Tak sobie pomyślałam, ze chciałabym mieć taka przyjaciółkę jak ty, ale broń Boże nie córkę :))) Osiwialabym z niepokoju :)))

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Wiem, wiem, mamy moich przyjaciółek za mną chyba nie przepadają, bo się boją, że mam na ich córy zły wpływ :P A moja jest najwyraźniej wyjątkowo dzielna ;)

  26. piękna historia Emilia ..świetnie się czyta mam nadzieję, że zawitam do Was do Johgi przez airbnb za jakiś czas .. miałem tam być w tym roku ale tak się nie stało ..

  27. Piotr Goroh via Facebook napisał(a):

    Ja zadaję sobie to pytanie od 2009, i dalej siedze w Chinach bez odpowiedzi;) pzdr

  28. aguadecocopl napisał(a):

    Swietna historia! A co dokladnie robisz teraz w Indonezji, jesli mozna spytac? Bo jakas prace pewnie masz obok rozkrecania biznesu z kawa :) ? A ta „Twoja” Azja chodzi nam po glowie juz od jakiegos czasu, bedziemy w kontakcie :).

    Pozdrawiamy,
    Kasia i Marek

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Ja tu się produkuję o tym, jak rzucić pracę i do niej nie wracać, a wy mi z takim pytaniem? ;) Póki co jeden biznes mi wystarczy! Wpadajcie, Azja fajna jest, pozdrówki

  29. Ania napisał(a):

    Super, będę cię częściej podczytywać, bo Indonezja jest jednym z nielicznych krajów w Azji Płd.-Wsch., w którym nie byłam:) Pozdrawiam!

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Zapraszam! Póki co planuję przeskok z powrotem na Indie, żeby je w końcu nadrobić, ale będę je przełamywać co jakiś czas Indonezją. Na fejsbuku mnie więcej znajdziesz :)

  30. Co za historia, książkę pisz!

  31. Ania napisał(a):

    super wpis:)
    lubię tu zaglądać, szczególnie gdy w Polsce zimno i szaro.
    Czekamy na Ciebie z Lucjanem we Wrocławiu:D

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Lucjan! Bardzo urósł? ;) u mnie też szaro teraz i pada, więc łączę się w bólu ;) Wrocław… kto wie, może w przyszłym roku… Ściskam Was!

  32. Cześć Emi! Świetna historia, przeczytałam jednym tchem :)
    Przy okazji dodam, że dodałam Twoje airbnb do swojej listy na przyszły rok, kiedy to wybieram się na podróż dookoła świata :) Kto wie, może zawitam, narazie jeszcze nie podjęliśmy decyzji czy jedziemy do Indonezji czy nie.
    Pozdrawiam,
    Marta vel Ninja ;)

  33. Magda napisał(a):

    Historia bardzo inspirująca.

  34. Juz sie nie moge doczekac jak przeczytam! Przy okazji oznajmie Ci Emi, ze „Ciebie” sie w ogole super czyta i jak moge cos doradzic, to pisz ksiazke!

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Dzięx Mery kochana :) książki na razie nie planuję, bo jak przygotowanie jednego posta mi kilka godzin zajmuje to nawet nie wyobrażam sobie, ile pracy byłoby z czymś dłuższym…

  35. Kurcze – Emi, szkoda, ze mam tak malo czasu na Indonezje, omijamy niestety Yogyakarte… Pozdrawiam cieplutko z RPA, fajna ta Twoja historia ;-) Tak sie zebrac i wyjechac, nie kazdy to potrafi…

  36. Zu napisał(a):

    Świetna historia! Trzymam kciuki za nowy biznes! I mam nadzieję że do zobaczenia na Jawie :)

  37. Ewa Janisz via Facebook napisał(a):

    co za historia! pięknie :)

  38. agra77pl napisał(a):

    Cudna historia. Mam nadzieję, że gdziekolwiek nie wylądujesz w przeszłości będzie to równie fascynujące miejsce. I nawet wybaczam plagiat ;) prawie tytułu wpisu haha. Pozdr ze Szwecji.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Wiem, przepraszam :( Zobaczyłam Twojego posta już po opublikowaniu swojego. Pzdr!

      • agra77pl napisał(a):

        No Emi droga, zartowalam przeeeeeciez. Fajnie,ze sie nam to samo skojarzylo, choc Szwecja jednak mniej egzotyczna i odlegla niz Twoje okolice…

      • Emiwdrodze napisał(a):

        Pewnie każdy na emigracji prędzej czy później sobie takie pytanie zadaje ;) Tylko w niektórych krajach chyba częściej :P

  39. wloskielove napisał(a):

    Wspaniała historia, gratuluję charakteru, upartości, odwagi i pomysłów na siebie :}

  40. Slawatycka napisał(a):

    Odwazna z Ciebie dziewczyna Emilko, pozdrawiam goraco , bedziemy dalej sledzic twoje osiagniecia ….buziolki

  41. wiola.starczewska napisał(a):

    A ja powiem ci, że wzięłam udział w tym konkursie za bilety KLM i na pytanie „co chciałbyś zobaczyć w Azji” napisałam, że moją przyjaciółkę. Więc uważaj! Jakby co, zgarnę tez Natalię:)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Łezka mi się aż zakręciła! :D Wiola czekam tu na was! ♡
      P.S. Z małym tylko wyjątkiem – nie hajtnę się na Bali, nie myśl sobie :P

  42. Hi Bye napisał(a):

    Uwielbiam takie historie! Sama zresztą mam podobną ;) Zawsze mnie gdzieś ciągnęło i przez ostatni rok mieszkałam w RPA i Rumunii. Pozdrawiam ciepło i powodzenia życzę!

    Kasia

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Ładny rozstrzał! Ciekawa jestem, dokąd trafisz w następnej kolejności :D
      Odsyłam pozdro, zawsze piszę, że zza równika, ale w końcu ktoś z tej samej półkuli ;)

  43. Karolina Pierzchała via Facebook napisał(a):

    Świetnie się czyta! :)

  44. Julia Raczko napisał(a):

    Cudownie Emi :) Od razu czuję, że lepiej się znamy :) A byłaś na tej Jawie już, jak ja tam byłam, dwa lata temu?

  45. Kasia Partyka napisał(a):

    Emi! mega się cieszę, że mogę napisać, że znam Cię osobiście! Jesteś odważna i zajebista! Bywam tu regularnie i nadziwić się nie mogę! Jak tylko będziesz w Trójmieście- nawet za 10 lat- daj znać! Z wielką przyjemnością ugoszczę tak fantastycznego człowieka :*

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Kasia, to ja się bardzo cieszę, że zebrałaś się w końcu na odwagę i coś tu napisałaś, bo tak to skąd ja miałam wiedzieć, że mnie czytasz?! ;) Z wielką chęcią zawitam znów do 3miasta jak tylko będę w okolicy, bo każde nasze spotkanie wspominam świetnie, a Wietnam to już w ogóle na zawsze w moim ♡ ;) FANTASTYCZNA KOBITO!

  46. Mama Globtroterka napisał(a):

    Gratuluję odwagi! Powodzenia.

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)