Egzotyka Indonezyjczyka, czyli Polska oczami azjatyckiego turysty

Tym razem na wakacje w Polsce wybrałam się w towarzystwie Jawajczyka, który przez cztery lata naszej znajomości (i niemałą ilość butelek Żubrówki wypitej z licznymi polskimi gośćmi) liznął już wprawdzie trochę polskiej kultury, ale wciąż to ja robiłam mu za przewodnika i tłumaczyłam nieoczywiste dla obcokrajowca (a często i dla mnie!) polskie absurdziki. W kraju nad Wisłą spędziliśmy prawie dwa miesiące. Co mu się w naszym dziwnym kraju podobało, a co mniej?

Wszyscy pytali – dlaczego akurat marzec i kwiecień? Wymarzniecie przecież! Ano tak się składa, że i u nas na Jawie te miesiące to niski sezon turystyczny, a polskie lato to i w Indonezji szał w turystyce, łatwiej więc nam było zostawić nasze trzy biznesiki samopas na dwa miesiące właśnie wiosną – i mimo bycia non stop pod telefonem udało się to całkiem nieźle, hurra! :D Po drugie, mimo że ślubów bliskich mi osób omijam ostatnio zdecydowanie zbyt dużo, pewnego Wielkanocnego przepuścić nie chciałam.

Aby uniknąć zbyt wielkiego szoku (kulturowego i klimatycznego), na pierwszy przystanek w Europie wybraliśmy łatwiejsze do przetrawienia Włochy. Poza tym bilety do Rzymu były tanie (lecieliśmy China Southern Airlines), a Indonezyjczyk bardzo chciał odwiedzić w Europie tylko kilka, za to bardzo nietypowych miejsc. Nie w głowie mu (na moje szczęście!) zwiedzanie wież Eiffla, Koloseów czy innych katedr, za to wybrał sobie miejsca, o których pewnie niewielu Europejczyków słyszało (ja np. nie!). Jedno z tych miejsc, Tavullia, zlokalizowane jest nie tak daleko Rzymu.

Podczas tej dwumiesięcznej wizyty oprócz kawałka Włoch, Berlina i Amsterdamu odwiedziliśmy kilka polskich miast, podróżując, jak to ja mam w zwyczaju, powoli. Pomieszkaliśmy trochę w moim Koszalinie, poprowadziliśmy tam (razem, bo ja tłumaczyłam) lekcję o muzułmańskiej Indonezji w szkole katolickiej (szacun, że uczą dzieci o innych religiach!), wybawiliśmy się na (może nie do końca tradycyjnym, ale koniec końców polskim) weselu, spotkaliśmy z mnóstwem Polaków, których wcześniej gościliśmy u siebie w Indonezji, próbowaliśmy indonezyjskiego jedzenia na polską nutę…

Co dla Indonezyjczyka w Polsce było nowe?

SAMOCHODY

Po indonezyjskich ulicach jeździ przede wszystkim pełno Japończyków, w Europie pierwszy raz widział sporo aut innych marek, których tam się raczej nie spotka – np. Austin, Ferrari czy nasz swojski kaszlaczek.

MURALE DUŻEGO FORMATU

Oprócz aut, to murale i wystawy w kilkunastu galeriach sztuki, które odwiedziliśmy, były tematem przewodnim większości zdjęć, jakie na wakacjach w Polsce zrobił. W Yogyakarcie sztuki ulicznej jest mnóstwo, ale nie w takich gigantycznych rozmiarach!

w polskich miastach nie ma może tyle sztuki ulicznej co w naszej Jogji, ale za to jak już jest to z rozmachem!

POGODA

Była powodem do obaw zarówno jego, jak i moich (bo od dobrych kilku lat wakacje w domu planowałam raczej na miesiące wakacyjne). Naszego pierwszego i ostatniego dnia w Polsce padał śnieg. Zaraz po wylądowaniu w Gdańsku w jego oczach widziałam lekkie przerażenie, chociaż i radość jak wypuszczał parę z ust i nie mógł nacieszyć się tym widokiem – o tym opowiada teraz indonezyjskim kolegom :) Mimo, że na ogół pali okazyjnie, na początku wypalał jednego najmocniejszego indonezyjskiego papierosa za drugim, twierdząc, że nawet i to nie jest w stanie go rozgrzać. Zaopatrzony w super ciepłą, puchową kurtkę pytał się czy za każdym razem jak wchodzimy do sklepu czy autobusu ma ją ściągać – mam wrażenie, że wszyscy Jawajczycy są przewrażliwieni na punkcie wychłodzenia/przegrzania organizmu, mają bardzo małą tolerancję temperatur. Na początku nie bardzo umiał skoordynować ruchy mając na sobie coś tak grubego, nie mieścił się w drzwiach auta i zahaczał o przechodniów na ulicy, a ja miałam ubaw. Potem już nie było źle – mimo jego tropikalnych korzeni, z naszej dwójki to ja jestem zdecydowanie większym zmarzluchem! To nie pogoda była więc największym problemem, a…

JEDZENIE

Już na kilka tygodni przed wylotem wypytywał naszych gości z różnych europejskich państw czy gdzieś tam kupi sambal (ostry sos chilli) lub chociaż specjalną odmianę papryczek, żeby sobie taki sos samemu robić. Bo przecież to europejskie jedzenie takie bez smaku, jałowe. Na wszelki wypadek przytachał ze sobą jego trzy słoiki i zawsze nosił ze sobą.
Odetchnęłam z ulgą kiedy kelner we Włoszech spytał czy salami może być ostre, a na jego odpowiedź „triple spicy” widać było między nimi nić porozumienia. Gorzej było w Polsce. Sosy chilli, które dostać można w polskich sklepach, ani nie są ostre, ani podobne w smaku do indonezyjskich, można u nas znaleźć sambal tajski albo meksykański czy nawet sambal oelek w teorii indonezyjski, ale wszystko to jest kwaśne, czyli nie takie, jak lubią Jawajczycy. To co u nas nazywa się „super spicy”, już nawet mi wydaje się łagodne. Cierpiał więc bardzo na brak swoich ulubionych smaków.

Ponoć od zawsze Europa kojarzyła mu się z wielkimi udźcami mięcha wiszącymi w sklepach :D W Indonezji mięso jest relatywnie drogie, je się go mało (choć często), na talerzu trzeba go pod lupą szukać, więc na perspektywę zjedzenia kilku kawałków pieczeni, jaka w indonezyjskich knajpach kosztowałaby fortunę, a jaką przecież moja mama piecze często i nie jest to u nas wcale jakieś super odświętne danie, aż mu się oczy świeciły. Przez pierwsze dni (aż do znudzenia) ze smakiem pożerał wszystko, co z wieprzowiny – bo to na muzułmańskiej Jawie rzadkość. Kiełbaski wieprzowe i kabanosy były więc już na śniadanie (a do tego ciastka, bo chleb przecież kwaśny!).

Ulubione polskie śniadanie

Z ciekawości wybraliśmy się do kilku indonezyjskich restauracji. Jedna z czterech odwiedzonych w Amsterdamie (największe w Europie skupisko Indonezyjczyków) była znośna, ta warszawska niestety okazała się zupełną porażką, za to raz sam usmażył nasi goreng i to był nasz najlepszy indonezyjski posiłek przez całe dwa miesiące. Ubolewam, że nie udało mi się go w polskiej kuchni rozkochać – a próbował chyba wszystkiego, od pierogów do sernika. Kwaśne to nasze jedzenie.

ALE, było coś jeszcze oprócz mięs, co Indonezyjczyka zachwyciło – polskie pączki i słodycze, głównie czekolady. Prawda, że nie mają sobie równych?

W mojej najulubieńszej czekoladarni – nie chcę im robić reklamy, ale kto się zna na rzeczy, wie, o jakiej sieciówce mówię :)

SUCHA SKÓRA

Indonezyjczycy używają kremów do twarzy i balsamów do ciała, ale chyba wyłącznie po to, żeby wybielić skórę (ciężko dostać tam coś bez opcji „whitening”). Nawilżać jej nie muszą, bo w powietrzu jest taka wilgoć, że nie ma takiej potrzeby. Pewnie dlatego tak późno pojawiają się u nich zmarszczki. Dziwił się strasznie czemu skóra mu pęka, pytał czy to normalne i co ma z tym zrobić. Tak jak krwawienie z nosa, którego się nabawił oddychając tym arktycznym powietrzem – pierwszy raz w życiu! Dzień po powrocie do Kuala Lumpur oba problemy zniknęły jak ręką odjął.

JĘZYK

Wiadomo, że polska język trudna język, szczególnie porównując do jednego z najprostszych języków świata, indonezyjskiego. Już przed przyjazdem tu znał podstawy, czyli: „dobranoc”, „kabanosy”, „Żubrówka”, „kret granulki”. Udało mu się jednak szybko podłapać całkiem sporo nowych przypadkowych słówek. Najszybciej wpadł mu w oko (ucho?) dźwięczny „kurczak”. Męska intuicja – bo nie wiedział jeszcze wtedy co to kurczak z rożna :) Spodobała mu się także „masakra” – ciężko mi było wytłumaczyć jej potoczne znaczenie. Do dziś słyszę to z jego ust kilka razy dziennie. Z zacięciem powtarzał też „sklep modelarski” – choć to raczej przez umiłowanie do asortymentu w nim sprzedawanego.

Bez mojej pomocy nie ogarnąłby sam chyba żadnego przejazdu pociągiem czy podmiejskim autobusem. Ba, ja sama ledwo się łapię w tych pokręconych rozkładach PKSów. Przystosowanie naszych dworców kolejowych i autobusowych dla niemówiących po polsku turystów od lat się nie zmieniło, niestety. Mowa oczywiście o miejscowościach mniejszych niż Kraków czy Warszawa. Z młodszym pokoleniem w dużych miastach dogadywał się po angielsku bez problemu, bardzo pozytywnie zaskoczona też byłam w jak wielu knajpkach, których nie podejrzewałabym o obecność w nich jakiegokolwiek obcokrajowca, mieli anglojęzyczne menu – mówię o miasteczkach pokroju mojego Koszalina.

OGRÓDKI DZIAŁKOWE

Fenomen, który z zadziwieniem obserwował z okien pociągu („Em, czy to są slumsy? Ludzie tam mieszkają?” :D).

POLSKA TAKI TOLERANCYJNY KRAJ

Muszę przyznać, że jeszcze bardziej niż o pogodę, zabierając go do naszej tak strasznie „tolerancyjnej” Polski, martwiłam się o jego bezpieczeństwo. We Włoszech afrykańskich imigrantów na ulicach było mnóstwo, a na ich tle jego skóra jest niemal biała. W Amsterdamie też spokojnie mógł wtopić się w tłum i udawać, że się tam urodził, ale już w Polsce nigdzie nie mógł przejść niezauważony. Bardzo mile rozczarował mnie mój mały Koszalin. Wielkie jest prawdopodobieństwo, że był pierwszym Indonezyjczykiem kiedykolwiek go odwiedzającym, jednak obyło się tu bez żadnych nieprzyjemnych sytuacji. Patrzyli się na niego w większości starsi ludzie, ale raczej z zaciekawieniem niż z niechęcią, a jedna przemiła Pani na koszalińskim Rynku pomachała mu, mówiąc „hello to Poland”. O wiele gorzej było w Warszawie, gdzie obcokrajowców jest przecież najwięcej. Nieraz patrzyli na niego z ukosa (od samego początku ostrzegałam – nie nawiązuj kontaktu wzrokowego z nikim z naszytą na kurtce polską flagą czy patriotycznymi napisami), a któregoś dnia musiał zostać sam na jednej warszawskiej ulic i od razu podszedł do niego jakiś skinhead szturchając i coś mamrocząc. Całe szczęście, że nie rozumiał co. Mimo tych kilku pojedynczych incydentów było o wiele lepiej niż się spodziewałam po opowieściach koleżanek, które miewały chłopaków z różnych zakątków świata. Nikt ani razu nie wyzwał go od czarnucha ani ciapatego.

Polska gościnność nas oboje (bo wracając do Polski sama nigdy jeszcze nie spotkałam się z tak ciepłym przyjęciem :P) przerosła – nie wykorzystaliśmy wszystkich zaproszeń na piwo czy nocleg, bo zwyczajnie nie starczyłoby nam czasu. Nie było szans, żebyśmy przejedli wszystko, co dla nas nagotowali. Co najciekawsze, najbardziej otwarci okazywali się wcale nie ci, którzy dużo podróżują (a szkoda, bo z taką nadzieją zabrałam go na spotkanie blogerów podróżniczych), a ci, których o znajomość angielskiego nawet nie podejrzewałam – stawali na głowie, żeby udowodnić, że jako ciemnoskóry turysta jest u nas mile widziany. Serce mi rosło!

„ANTIQUE TRAINS”

Tak podsumował polskie, ale i włoskie pociągi. Do tej pory za granicą był tylko w Singapurze i Malezji – oba to super nowoczesne kraje i takiego poziomu spodziewał się po Europie, w Polsce więc nadziwić się nie mógł jak oldskulowe koleje mamy. Kiedyś zostałam ostro zjechana po tym jak na blogowym fb porównałam koleje indonezyjskie do polskich, pisząc, że te pierwsze są o niebo lepsze. Posypały się komentarze o tym, że chyba dawno nie byłam już w Polsce itepe itede. Może Pendolino czy niektóre z kolei regionalnych mamy super, ale te najtańsze osobówki czy nawet TLK nie zmieniły się od moich studenckich czasów ani trochę – przepełnione, przed świętami z większą ilością pasażerów niż miejsc siedzących (w Indonezji się to nie zdarza), nawet bez gniazdek do naładowania telefonu w przedziałach… :/

EGZOTYCZNA ROŚLINNOŚĆ

Tak jak my zachwycamy się w tropikach palmami i drzewami bananowca, tak on robił zdjęcia naszych lasów, tak dla Azjaty egzotycznych :)

Większość naszego pobytu w Polsce była szarobura, ale na koniec zakwitły forsycje!

STARÓWKI POLSKICH MIAST

Indonezyjskie miasta nie dość, że ich nie mają to jeszcze są zupełnie nieprzystosowane do chodzenia. Nie ma też tam kawiarni na ryneczkach, w których wieczorem można na legalu napić się piwa. Z wszystkich rynków najbardziej podobał mu się ten poznański (dobrze, że choć tym udało mi się go zarazić!) i, co chyba oczywiste, krakowski.

No bo jak Poznań może się nie podobać?

CENY

Tanie nawet w porównaniu do dość taniej Indonezji są u nas mięsa, ciasta, alkohole, czyli samo zło – oboje przytyliśmy przez to po jakieś 5 kg. Tańsza jest elektronika (nie mówiąc już o tym, że wybór bez porównania większy, a taka np. zmywarka czy okap kuchenny to dla niego ciekawe nowości – nigdy ich nie widziałam w żadnym z indonezyjskich domów czy nawet knajp), więc w media marktach i temu podobnych sklepach spędziliśmy sporo czasu. Mniej kosztują też najnowsze modele sportowych butów – i jest ich o wiele szerszy asortyment.

Ale naj, naj, najbardziej zachwyciły go…

PCHLE TARGI i LUMPEKSY

I to głównie dla nich do Polski bardzo chciałby kiedyś wrócić. Nie ma się co dziwić, skoro przebitka na starociach kupionych w Polsce a sprzedanych w Indonezji jest taka, że w głowie się kręci. Wracaliśmy więc na Jawę z niespecjalnie u nas rzadkim, a tam poszukiwanym przez kolekcjonerów kaskiem na motor i innymi (już na szczęście mniejszymi rozmiarem, bo kontener trzeba by było zamawiać!) drobiazgami.

PO POWROCIE

Do Indonezji wrócił z mocnym postanowieniem, że będzie jadł zdrowiej (podpatrzył jak na śniadanie zamiast ryżu z mięchem jadam otręby, orzechy, nasiona chia i różne inne wynalazki, których tam nie znają), na uliczne jadłodajnie patrzy lekko podejrzliwie, twierdząc, że są brudne, oburza się też jak ktoś chamsko wymusza na nim pierwszeństwo na drodze – choć nigdy wcześniej nie zwracał na to uwagi. Często śmieję się, że jest już bardziej europejski niż ja, bo nagle zaczęły mu przeszkadzać rzeczy, które są nieodłącznym składnikiem Azji. Indonezyjskim kolegom wypytującym o Polskę opowiada przede wszystkim, że w Polsce strasznie dużo się chodzi – to był dla niego, przyzwyczajonego do jazdy motorem do sklepu oddalonego o 100 m, chyba największy szok, i że po wylądowaniu samolotu ludzie klaszczą – wciąż nie rozumie czemu. Ja sama byłam zaskoczona, że to wciąż się dzieje naprawdę :P

Miałaś/-eś kiedyś w Polsce gości z zagranicy? Wynikły z tego jakieś śmieszne albo dziwne sytuacje? Podziel się w komentarzu!

34 komentarzy do posta Egzotyka Indonezyjczyka, czyli Polska oczami azjatyckiego turysty

  1. Emi, świetny tekst! Fajnie zobaczyć swój kraj oczami kogoś z zewnątrz. Co prawda mój mąż jest Hiszpanem, ale to jednak trochę podobny krąg kulturowy. Choć do dzisiaj łapiemy się na różnych „ciekawostkach”. Victor kocha np. wszystko co kwaśne w polskiej kuchni. W hiszpańskiej nie ma takich smaków. Nieznana jest ani kiszona kapusta ani kwaszone ogórki. Octowe zalewy są w Hiszpanii bardziej wytrawne, w Polsce słodkawe. Pamiętam do dzisiaj pierwszą zimę Victora w Polsce. Smacznie spałam kiedy obudził mnie krzyk „pada śnieg!” Po chwili ubrany w dżinsy i zwykły polar nurkował w śniegu. Takiej frajdy i radochy dawno nie widziałam!

    Przykro mi słyszeć, że w Warszawie (moje rodzinne miasto) spotkały Was nieprzyjemności. My również zrobiliśmy sobie kilkutygodniowe wakacje w Polsce w okresie bożonarodzeniowym 2016 i fizycznie bolała mnie świadomość, że martwię się o Victora kiedy był sam na warszawskich okolicach. Śniady i z długą brodą wielokrotnie słyszał, że jest „Arabem” i najmilej pozdrawiano go „salam alejkum”. Całe szczęście to nieliczne przypadki, ale jednak… Gdzie się podziała legendarna tolerancja?

    Tymczasem pozdrowienia z Tajlandii! K.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Mojego Indonezyjczyka nawet tu na miejscu biorą za Meksykanina, na Bali nieraz zaczynali do niego mówić po angielsku, myśląc że jest zagranicznym turystą :P Z tego względu raczej podejrzenia o arabskie korzenie go omijały, wtedy pewnie miałby ciężej!
      Fajnie, że Twój mąż lubi kwaśne, to bardzo poszerza wybór z karty polskich dań, Jawajczyk się przez ten kwas baaardzo z polską kuchnią nie polubił :(
      Pozdrowienia z Jawy!

  2. Marta Muszyńska napisał(a):

    Świetny wpis! :)

  3. Joanna Lenart napisał(a):

    Kupiłaś mnie! Mam nadzieję, że się nie obrazisz, jak wkrótce to udostępnię u siebie? ;)

  4. Szymon Król napisał(a):

    no czyli czasami nawet PL może być egzotyczna ;)

  5. Dorota napisał(a):

    Mój tajwański mąż zawsze zachwyca się pasącymi przy drodze krowami i końmi. Kocha polskie lody, pączki, W-Ztki, napoleonki itp. Podziwia też to, że w Polsce widać linię horyzontu ;-)
    Większość jedzenia uważa za zbyt słoną, ale bigos, pierogi, placki ziemniaczane uwielbia (i dobrze, bo by głodny chodził).

    • Emiwdrodze napisał(a):

      A wiesz, że chyba to nie był sezon na wypas krów, bo żadne mi w oko nie wpadły :P Lody też są naj, racja! W Indonezji takie gałkowe mają straszne :( Choć tym razem niestety było za zimno, żeby mieć na nie ochotę :P No Aldy jechał głównie na kebabach, mięsach i Chińczykach/Wietnamczykach, a gdzie tylko mógł to szukał indonezyjskiego żarcia. Strasznie mnie to wkurzało, bo dla mnie próbowanie nowych potraw to jedna z podstaw podróżowania!

  6. Czekolada z farszem napisał(a):

    Bardzo fajny post! I na pewno ciekawe doświadczenia kolegi. Teraz zastanawiam się, jakby to było zabrać kogoś z moich znajomych Wietnamczyków do Polski :)

  7. Artur Krzycki napisał(a):

    Żenująca, zakompleksiona , pelna autouprzedzen do wlasnego kraju i rodakow opowieść.w dodatku konfabulowana.
    Vide : skinhead na Pradze….no tak,chyba 20 lat temu.

    • Emi w drodze napisał(a):

      Od razu widać, że przeczytałeś tylko jeden akapit.
      Może i mam pewne uprzedzenia i kompleks polskości (w końcu z jakiegoś powodu nie wracam do PL na stałe), ale spierałabym się czy są one bezpodstawne ;)

      P.S. Praga jest moją ulubioną warszawską dzielnicą, więc wywalam ją z tekstu zanim znów się ktoś do niej przyczepi. Tak, to się mogło stać gdziekolwiek w mieście (a akurat przypadkiem stało się tam).
      Dziękuję, do widzenia.

  8. Domi napisał(a):

    Emi, już dawno nie czytałam z takim zainteresowaniem! ;) Następnym razem lećcie przez Frankfurt. Zapraszamy!

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Dziękujemy :) Aaa, to Wy wciąż tam?! Przez Frankfurt już kiedyś leciałam, a szukam coraz to nowych tras, więc zobaczymy, w każdym razie będę pamiętać!

  9. Jeremiasz napisał(a):

    Co do pociągów. Częściowo się zgadzam, mamy jeszcze całą masę leciwych lokomotyw i wagonów z PRLu.
    Natomiast co do kolei w Indonezji. Jest bardzo mało linii kolejowych, na Jawie jeszcze tak źle to nie wygląda. Natomiast Sumatra to już w jakaś króciutka linia i farfocle po bokach wyspy. Co do innych regionów Indonezji to nawet nie jestem pewny czy mają tam pociągi ani tory. Chyba tylko Jawa i Sumatra ma jakieś tory.
    Polska posiada jedną z najgęstszych sieci kolejowych w Europie. Pociągiem da się prawie wszędzie dojechać.
    Kolejna sprawa to fakt, że pociągi w Indonezji są przeważnie… spalinowe. ;) U nas linie trakcyjne są wszędzie. Prędkość pociągów w Indonezji jest jeszcze mniejsza niż w Polsce, podróż się dłuży. Tym bardziej, że kolej się w naszym kraju teraz bardzo szybko rozwija ostatnio. A właściwie zaczęła rozwijać.
    Trzecia sprawa to relatywnie drogie bilety kolejowe w Indonezji. W Polsce cenowo nie jest tak źle, porównując średni poziom życia w PL i Indo.

    Jechałem pociągiem do Yogyakarty ze wschodu Jawy. Podróż nie była szybka, ale byłem ogólnie mile zaskoczony. Jednak obsługa zdaje się lepiej traktować pasażerów niż w Polsce. Chociaż jechałem tą niby najwyższą klasą pociągu, a z powrotem średnią (mają tam jakieś nazwy typu eksekutif czy bisnis – nie pamiętam już), także nie wiem jak sytuacja wygląda w tych najtańszych.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Oczywiście mam na myśli komfort podróży, nie sieć połączeń. Indonezja ma koleje praktycznie tylko na Jawie, Sumatry nawet nie liczę, bo tak jak mówisz, torów są tam jakieś szczątki – choć mówi się o rozbudowie siatki połączeń na tej wyspie. Klasy to economy, business i executive, ja do tej pory jeździłam tylko tą najtańszą. W każdej z nich jest klima, tyle tylko, że w klasie economy są 3 miejscówki w rzędzie, a w business już tylko dwie, jest więc wygodniej. Najważniejsza jak dla mnie różnica jest taka, że nie sprzedaje się tu biletów więcej niż miejsc jak to dzieje się w Polsce. No i gniazdek do ładowania jest tyle, że nigdy nie ma problemu z dostępem do nich.
      Jeśli chodzi o poziom obsługi klienta to (pomijając kompetencje Indonezyjczyków, które pozostawiają sporo do życzenia) w ogóle Azja pod tym względem króluje!

  10. baixiaotai napisał(a):

    o, tak :) Mój chiński mąż też narzeka na kwaśne jedzenie i uwielbia polskie słodycze :) Kolej w Polsce jest gorsza również od tej w Chinach, więc tu żadne zaskoczenie ;)

  11. Zuzanna Chmielewska napisał(a):

    Hahaaa idealnie! Co za cudo, ten wpis!!!!

  12. Agata Wangin napisał(a):

    Wspaniały wpis

  13. Henryk w terenie napisał(a):

    „Czy to są slumsy?” ;D;D

  14. Ewa Nowaczek napisał(a):

    Super wpis:) kret granulki mnie rozwaliły

  15. Jeremiasz napisał(a):

    Sam noszę patriotyczną odzież i, proszę mi wierzyć na słowo, żadnego obcokrajowca nigdy nie pobiłem. Lepiej nie kierować się uprzedzeniami, nie tylko do osób o innym kolorze skóry, ale także do takich, którzy wybierają patriotyczne odzienie. W tym względzie wiele się w Polsce w przeciągu ostatnich 2-3 lat zmieniło, jest większa świadomość narodowa i to w pozytywnym wymiarze. Patriotyzm, nacjonalizm nie równają się szowinizmowi.
    Po mordzie na Pradze to i ja mogę dostać. Taki jegomość zawsze znajdzie sobie jakieś usprawiedliwienie – nie ten klub piłkarski, pochodzenie spoza Warszawy, nie taki fryz czy mina.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Ależ ja wierzę :) Ani nigdzie nie napisałam, ani żadnemu obcokrajowcowi nie powiedziałam, że każdy tak się ubierający czy też mający zgoloną na łyso głowę będzie do niego wrogo nastawiony. To tak jak rodzice ostrzegają swoje dzieci przed braniem cukierków od nieznajomych, przecież nie każdy taki nieznajomy ma zamiar je porwać- po prostu uczuliłam go, żeby na niektórych typów uważał, tak jak on mnie uczula, żeby na indonezyjskich ulicach nie patrzeć w oczy Papuasom. Ja wiem, że większość z nich to dobrzy ludzie, co nie zmienia faktu, że to właśnie ich przedstawiciele są tu odpowiedzialni za większość rozrób.
      Co do warszawskiej Pragi – bywam tam często i mam tam sporo znajomych, nigdy nic złego mnie nie spotkało, ba, nawet z pierwszej ręki nie słyszałam o takich przypadkach.

      Pozdrawiam i dzięki za komentarz!
      P.S. Sama na plecaku mam naszytą polską flagę ;)

  16. Magdalena Czekaj napisał(a):

    Usmialam sie troche! Dlaczego znal slowo ‚kret granulki’
    Na Polske wiele osob tak narzeka- mysle, ze dobrze zeby spojrzeli z innej perspektywy. Swietny wpis!

    • Emi w drodze napisał(a):

      Kiedyś znalazł kreta w domu (zwoziłam z PL, bo w Indonezji problem z rurami jest wieczny i oczywiście wg nich „nie da się” nic z tym zrobić :P ) i tak mu się ta nazwa spodobała, że wciąż ją powtarzał.

  17. robert napisał(a):

    Czytam Twoje wpisy od ponad roku ale jakos nie udalo nam sie spisac….
    Indonezja jest wysoko w kregu moich zainteresowan i potencjalnych podrozy…ostatnio nawet bedac w poznanskiej kawiarni gdzie podaja kawe kopi luwak opowiadalem o Tobie synowi i kolezance…(u nas kosztuje okolo 70 zl…nawet nie wiem czy to bardzo drogo czy nie)
    Fakt poznanski rynek ladny:)
    Szkoda ze nie spisalismy sie wczesniej bo chetnie bym wypil z Wami jakas niezdrowa herbate lub zdrowe piwko jako dodatek do golonki czy innego rownie dietetycznego dania :)
    Pozdrawiam
    Robert
    (email: muchospatatos@gazeta.pl)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Następnym razem (albo jak w końcu dotrzesz do Indonezji!)! U nas filiżanka kopi luwak kosztuje 60.000 rupii, czyli jakieś 18 zł – lekka różnica :)
      Ah, właśnie, zapomniałam dopisać- golonka Indonezyjczykowi smakowała :)
      Pozdrowienia!

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)