Zachód vs egzotyka. Mój kraj idealny

Nowa Zelandia, Dania, Norwegia. Wszystkie te kraje plasują się w czołówkach rankingów najlepszych miejsc do życia. We wszystkich z nich mieszkałam co najmniej kilka miesięcy. Który z nich jest tym idealnym? A może bliżej do takiego Indonezji, która jest moim obecnym domem? Przecież mówią, że to raj na ziemi. Na ulicach palmy, egzotyczne owoce i pocztówkowe plaże na wyciągnięcie ręki, uśmiechnięci ludzie. Nie. Kraju idealnego nie ma, ale jak wyglądałby, gdyby istniał? Polska vs Indonezja – w ramach projektu ‚mój kraj idealny’ Klubu Polki na obczyźnie.

kolaż kraj idealny2

Oto, co może podobać się w Indonezji:

1) Pogoda oczywiście! Na Jawie lato trwa 365 dni w roku, mimo, że ponad pół roku to pora deszczowa. Nie jest ona jednak tak straszna, jak ją malują – leje wtedy codziennie, bywa, że nawet przez kilka godzin, ale potem zawsze wychodzi słońce. Pozytywnie to wpływa na nastrój! Przez cały rok czuć się można jak na wakacjach, nie potrzeba butów innych niż japonki. Niemal codziennie jest 28-33 stopni, a ja uwielbiam upały. Noce są za to przyjemnie chłodne, temperatura spada wtedy do 18-20 stopni (tak jest w Yogyakarcie, pozostałe jawajskie miasta są bardziej upalne).

2) Owoce. Wielu z nich nie znałam przed przyjazdem do Azji. Moje ulubione to papaja (ta rośnie nawet w moim ogródku!), rambutan i oczywiście kokos (choć przyznaję, że lepsze były na Sri Lance). Przepyszny jest też sok z awokado – dodaje się do niego czekoladę :)

owoce indonezja

L: jus alpukat, czyli sok z awokado z dodatkiem czekolady; P: rambutan – włochaty owoc w środku podobny do liczi

3) Jedzenie i usługi z dostawą do domu – nie potrafię sobie wyobrazić codziennego jedzenia ‚na mieście’ mieszkając w Polsce. Zwyczajnie nie byłoby mnie na to stać. A przeciętny Indonezyjczyk gotuje rzadko, stołując się na ulicy właśnie, tak tanio jest, nawet przeliczając to na ich niskie zarobki (np. ryż z małym dodatkiem można dostać już za równowartość 50 groszy). Dodatkowa wygoda polega na tym, że po to jedzenie nie trzeba się nawet ruszać z domu! Mnóstwo jest obwoźnych sprzedawców, którzy lawirują między uliczkami osiedli mieszkalnych, sprzedając, w zależności od pory dnia, rano słodkie bułki, w samo południe, kiedy słońce przygrzewa najbardziej – lody, a wieczorem smażony ryż przygotowywany na poczekaniu. Jest tego oczywiście o wiele więcej – od grillowanej kukurydzy po kokosowe kuleczki gotowane na świszczącej parze. Każdy sprzedawca ma swój unikalny sygnał, więc już z daleka po dźwięku można rozpoznać, co nadjeżdża. Oprócz jedzenia jeżdżą też: pani naprawiająca rozprute materace, sprzedawcy garnków, noży, luster i zabawek, a moim absolutnym faworytem jest mobilny krawiec, który z przodu roweru ma wbudowaną maszynę do szycia.

4) Rajskie plaże o rzut beretem. Mimo, że mieszkam w zatłoczonym i przykrytym grubą warstwą spalin wielkim mieście, na przepiękny (i jeszcze nie zepsuty przez turystów tak jak Bali!) archipelag Karimunjava mam 6 godzin busem plus kilka godzin w łódce. To jak na Azję bardzo blisko. Airasią (taki azjatycki Ryanair) nawet szybciej, bo 2-3 godziny lotu i jesteśmy w jednej z tych egzotycznych destynacji znanych z ulotek biur podróży. I to za ułamek ceny oferowanej przez nie. Nie mówiąc już o tym, że dziesiątki, jeśli nie setki małych plaż mam w zasięgu jednodniowej wycieczki motorem.

DSCN0193

Ocean Indyjski w pełnej krasie, jedyną godzinę jazdy od domu

5) Przywiązanie do tradycji i zamiłowanie do sztuki – u nas nikt nie chodzi przecież na codzień w stroju ludowym, a tu noszą ten swój batik z wielkim zawzięciem, ba, w piątki jest to nawet ustawowo narzucone dla pracowników niektórych urzędów i uczniów! W Polsce mało kto słucha muzyki folk w domu, tu jawajskie pobrzękiwanie i dźwięki gamelanów łatwo usłyszeć na ulicach miast i w radiu. Tłumy gromadzą się na przedstawieniach wayang (teatr lalek). Zachodnia kultura nie ma w Indonezji dużej siły przebicia. Na dodatek co drugi Indonezyjczyk jest artystą, coś tworzy lub gra na instrumencie. Jest tu mnóstwo galerii sztuki, a na otwarciach wystaw sztuki mam okazję bywać kilka razy w miesiącu. Nie wiem nawet, czy i jak jest rozwinięta ta sfera życia w Polsce, ale nie miałam z nią nigdy styczności i bardzo mi się podoba, że tu mam!

DSCN0141

Jawajska rodzinka w batiku, czyli tkaninie ręcznie zdobionej woskiem; tu w wersji eleganckiej na weselu, choć wiele osób ubiera się tak na codzień

Za tym polskim (europejskim) tęsknię, mieszkając na drugiej półkuli:

1) Świetnie zaopatrzone sklepyKiedy wpadam w odwiedziny do Polski, nadziwić się nie mogę, jaki wybór mamy w supermarketach. Tu nie mogę dostać (albo są to bardzo drogie rzeczy) chleba, masła, sera żółtego ani białego, wędlin, jogurtów, tamponów, wina.

Jedyny dostępny w Indonezji alkohol to piwo i słabe mix drinki, na które nałożony jest 100% podatek. W Ramadanie przez cały miesiąc ciężko jest znaleźć cokolwiek, co zawiera alkohol (wyjątkiem jest nastawione na turystów Bali, gdzie dostaniemy nawet wódkę czy whiskey). Nie ma też wieprzowiny, która jest w islamie nieczysta i o ile w Polsce mogłam bez niej żyć, to jak czegoś nie można dostać, nagle się tęskni za prawdziwym schaboszczakiem ;) Czekolada jest droga i wcale nie smakuje jak czekolada. Ogólnie sklepy wyglądają o wiele ubożej. Z Polski wyjeżdżam też zawsze z zapasem podstawowych leków, o których tu nawet nie słyszeli. Z jednej strony podoba mi się to, że z drobnymi dolegliwościami radzą sobie specyfikami ziołowymi zamiast pakować w siebie tabletki, tak jak to bywa u nas, jednak bez takich np. kropli do nosa czasem ciężko się obyć.

Jeszcze gorzej ma się sprawa z wyposażeniem domu. Przydałaby się tu Ikea czy choćby Jysk, tymczasem wybierać mogę między plastikową tandetą z bazaru (wszystko to, co u nas „made in China”, tu w podobnie badziewnym wydaniu jest „made in Indonesia”) a towarami importowanymi, które są kosmicznie drogie (szczotka do kibla za $40?!). Porządne garnki i patelnie kosztują majątek, bo mało kto ich tu używa, króluje wciąż aluminium.

2) Transport publiczny i chodniki – siatka połączeń w takim np. Poznaniu jest dla mnie ideałem. Dojedzie się tam wszędzie i o każdej porze. W Yogyakarcie na autobusy nie ma co liczyć. Mają bardzo ograniczone trasy i kończą jazdę przed 22. Rozkłady jazdy są zagmatwane lub nie ma ich wcale. Piesi wcale nie mają lepiej. Jeśli już jakaś ulica ma chodnik, najczęściej jest on zastawiony motorami, stoiskami z jedzeniem albo śmieciami. W dodatku nie ma się spokoju, idąc. Co parę kroków zostaniemy zaczepieni przez kierowcę becaka (rikszy) czy taksówkarza. Indonezyjczyk uzna, że skoro przemieszczamy się pieszo, coś musiało się stać np. zepsuł nam się motor. Wszyscy, naprawdę wszyscy jeżdżą tu motorami, nawet udając się do sklepu za rogiem.

3) Zieleń, czyste powietrze i PRZESTRZEŃ. Na Jawie, jednej z najbardziej zatłoczonych wysp świata, niemal każdy kawałek przestrzeni jest zabudowany, nie ma parków, a ilość motorów przyprawia o zawrót głowy i oddychać nie ma czym. Na dodatek głośno jest strasznie. Mam wrażenie, że nie ma tu nic poza ulicami. Marzy mi się miasto bez miliarda ludzi na metr kwadratowy. Z parkami, starówką i deptakami, na których obowiązuje zakaz ruchu aut i można w spokoju pochodzić czy posiedzieć w kawiarni bez wdychania spalin.

4) Niewidzialność – dałabym wszystko, żeby przejść się do sklepu o trzy ulice dalej bez zwracania na siebie uwagi! O ile dzieci biegnące za mną i krzyczące „hello, mister!”, nie mają z pewnością żadnych złych intencji, a młodzi chłopcy cmokający z dodatkiem „hi, white angel” (biała skóra to tu synonim piękna) potrafią rozśmieszyć, częstotliwość takich akcji jest naprawdę uciążliwa. Wspomniani już wyżej kierowcy riksz wołających nawet z drugiej strony ulicy „yes, miss?”, „where are you going, miss?” też działają na nerwy. Choćbym opaliła się na czekoladkę i postanowiła nosić chustę, nie ma cudów, nigdy nie wmieszam się w tłum i mimo, że tu już dłuższy czas mieszkam i w jakimś tam stopniu posługuję się ich językiem, zawsze będę postrzegana jak turystka, która przyjechała tylko na wakacje i dysponuje nieograniczoną ilością pieniędzy, które trzeba przynajmniej spróbować z niej wydoić.

5) Nienachalność religii w życiu codziennym – te obowiązkowe lekcje religii w polskich szkołach to naprawdę nic. U nas nikt nie ma wypisane w dowodzie osobistym, w co wierzy (a Indonezyjczyk musi wybrać jedną z pięciu dominujących religii, ateiści i wyznawcy mało popularnych religii mają problem), nikt się też o to nie pyta, kiedy chce np. wynająć dom (tu w ogłoszeniach wcale nierzadko zdarza się dopisek „tylko dla muzułman”). Dzwony kościołów nie są tak głośne i częste i nie trwają tak długo jak okrzyki z meczetów, wybudzające ze snu w środku nocy (o 3, 4 i 6). Niech sobie kto wierzy w co chce, nawet w Latającego Potwora Spaghetti, ale obnoszenia się z religią i narzucania jej pozostałym nie znoszę. W Indonezji, oprócz dominujących muzułman, jest też bardzo dużo katolików i wyznawców innych religii. Nie mają oni łatwego życia. Są tu instytucje niedostępne dla nich, tak jak bank, w którym konto otworzyć może tylko ten z wypisanym w dowodzie ‚islam’. Pary mieszane nie mogą tu wziąć ślubu. Znam parę katolicko-muzułmańską, która od dłuższego już czasu myśli o zalegalizowaniu związku, ale przekładają to, nie mogąc się dogadać, które z nich powinno ustąpić i zmienić religię (oczywiście tylko na czas ślubu, aby po jego zawarciu powrócić do własnej).

<Miało być po 5 rzeczy z obydwu krajów, wyszło jednak na to, że coraz bardziej tęsknię za cywilizacją i na tych pięciu nie umiałam poprzestać>

6) Dobrze wyposażona łazienka, dbałość o czystość. Ciepła woda pod prysznicem to w Indonezji luksus zarezerwowany prawie wyłącznie dla hoteli. I to tych lepszych. Tak samo jak toaleta ze spłuczką. Podstawą indonezyjskiej łazienki jest bak mandi, czyli zbiornik na wodę, z której pobiera się ją polewaczką, aby zarówno spłukać toaletę, jak i wziąć ‚prysznic’. Mało kto ma tu też w domu wynalazek, jakim jest umywalka. O papierze toaletowym nie wspomnę – jest postrzegany jako wymysł brudnych Europejczyków, którzy „rozmazują zamiast myć”. Założenie może i słuszne, gorzej z wykonaniem, bo mydło też tu mało gdzie znajdziemy. Dlatego lewą ręką nie wypada jeść ani podawać pieniędzy. Chusteczki i antybakteryjny żel do rąk w torebce to podstawa.

DSCN9986

jedna z moich indonezyjskich łazienek – ta przynajmniej była czysta i było coś a’la prysznic ;)

Na ulicznych stoiskach (i pewnie tak samo jest w sporej części dobrze wyglądających od frontu restauracji) naczynia myje się nie pod bieżącą wodą, a w misce z wodą wymienianą pewnie tylko raz dziennie. A potem się dziwią, że dur brzuszny i  inne choroby. W hotelach po wyjeździe gości często nie zmienia się pościeli, a tylko ją strzepuje – w sklepach dostępne są nawet specjalne miotełki do materaca! Śmieci pali się w domach i na ulicach na potęgę (włącznie z plastikiem i innymi paskudztwami), bo z ich wywożeniem jest problem. Rajskie plaże ‚upiększone’ są odpadkami, których nikt nie zamierza sprzątać – tak jest nawet w parkach narodowych.

7) Porządek na drogach. Wiadomo, narzeka się w Polsce na bezmyślne ustawianie znaków i nadmiar radarów. Jednak przepisy pozwalają w jakimś stopniu zapanować nad chaosem na drogach i ograniczyć głupotę niektórych kierowców. Tu ruch jest nieprzewidywalny i zawsze trzeba się spodziewać, że ktoś wyprzedzi nas z lewej strony (a ruch jest lewostronny), zajedzie nam drogę czy nagle wepcha się z bocznej uliczki, nie patrząc, czy ma drogę wolną. Pierwszeństwo ma ten, kto je sobie wywalczy. Przepisów drogowych jest mało, znaków prawie wcale, a policja (i nie tylko) skorumpowana do granic możliwości. Ogólnie znany jest cennik łapówek za konkretne wykroczenia (polecam ten filmik nagrany przez Holendra zatrzymanego na Bali za brak kasku – wywołał dyskusję w mediach, policjant został zwolniony, a Holender deportowany). W razie wypadku rację ma ten, kto potrafi się o nią wykłócić, nawet jeśli wina jest ewidentnie po jego stronie. Mój kolega jadąc motorem został potrącony przez auto, które wymusiło na nim pierwszeństwo; zrobił salto i dość poważnie się poturbował, ale i tak to on musiał kierowcy auta zapłacić za „szkodę” (czyli rysę na zderzaku).

8) Bezpieczeństwo. A konkretnie brak klęsk żywiołowych. Od czasu do czasu nawiedzi Polskę powódź czy tornado, jednak położenie geograficzne mamy niezłe i nie ma katastrof, w których giną setki tysięcy ludzi – trzęsień ziemi, tsunami czy wybuchów wulkanów. A to wszystko grozi Jawie – choć mnie akurat przed tsunami chroni pasmo wzgórz, a wulkan Merapi, mimo że widoczny z miasta, znajduje się w bezpiecznej odległości, jedynym realnym zagrożeniem są więc trzęsienia. Lekkie już parę razy mnie tu nawiedziły, a kilka lat wcześniej zdarzyło się jedno potężne, w wyniku którego pół miasta zostało zrujnowane i tysiące ludzi straciły życia. Strach przed kolejnym ciągle siedzi gdzieś tam z tyłu głowy.

109354_Image1-900x506

najważniejsze indonezyjskie wulkany; ogromna ich część jest aktywna

9) Brak robactwa i gadów włażących do domu jak nie drzwiami, to oknem. W Polsce mieszkając w domku pośród zieleni zawsze natkniemy się na jakiegoś pająka. Latem komary też bywają bardzo upierdliwe. Tu jednak utrudniają życie przez 365 dni w roku, na dodatek przenosząc groźne choroby. Przed pierwszym przyjazdem do Azji wyobrażałam ją sobie jako pełną tarantul i innych gigantycznych pająków, teraz już wiem, że poza dżunglą tego raczej nie doświadczymy, za to jest cała masa karaluchów i mrówek (już nawet sól trzymam w lodówce, bo mi ją wyżerały!). Gekony (małe jaszczurki), które kiedyś wydawały się takie słodkie i przecież pożyteczne niby, bo pożerają owady, wcale nie są takie niewinne. Zło wcielone. Zostawiają kupy na ścianach, blacie kuchennym… Liczne są też szczury. Czasem wielkości małego kota. Słyszałam też mnóstwo historii o wężach znalezionych w ogródku, mnie to na szczęście jeszcze nie spotkało.

A co z innych krajów zabrałabym do swojego idealnego miejsca na Ziemi?

Ścieżki rowerowe i kulturę jeżdżenia na rowerze – do sklepu, na imprezę, słowem – wszędzie. Latem, zimą, podczas deszczu i śnieżnej zawieruchy. Tak jak w Danii czy Niemczech.

Kolory natury z Nowej Zelandii – nigdzie nie zachwyciła mnie swoimi intensywnymi, soczystymi odcieniami tak jak tam.

Czystą wodę w kranach z Norwegii – nie trzeba jej było nawet przegotowywać przed wypiciem, a czajnik nie miał śladu kamienia po paru miesiącach użytkowania.

Wyjeżdżając kiedyś na kilka miesięcy do różnych krajów Europy zachodniej wydawało mi się, że dzieli nas od nich przepaść. Teraz, po ponad roku mieszkania w Azji, widzę, że Polska naprawdę należy do tej bogatszej części świata i żyje się tam na wysokim poziomie, a za dużo porównujemy się z naszymi jeszcze lepiej rozwiniętymi sąsiadami.

Zadamawiam się w Yogyakarcie, widzę jednak, że to, co zachwycało podczas kilkutygodniowych wakacji w tropikach, potrafi bardzo uprzykrzyć życie, jak już się tu mieszka – np. ten wyluzowany tryb życia, który teraz doprowadza mnie do szału przy współpracy z miejscowymi… Tęsknię za cywilizacją i na 99% nie spędzę tu więcej niż kilka lat. Ciągle zdecydować jednak nie mogę, co będzie dalej. Włochy, USA, Australia? A może nawet Singapur czy Malezja. Spełniają moje trzy podstawowe kryteria – jest w nich ciepło, są wysoko rozwinięte i mówi się tam w przyjemnych dla ucha językach ;)

Poczytajcie, jak kraj idealny wyobrażają sobie inne Polki na obczyźnie, mieszkające m.in. w Turcji, Australii, Malezji, RPA i Kanadzie!

A wy, co chcielibyście zabrać z Polski/kraju, w którym mieszkacie do wymarzonego miejsca na ziemi?

Podobne wpisy:

38 komentarzy do posta Zachód vs egzotyka. Mój kraj idealny

  1. croatiaholidays napisał(a):

    Przypadkiem natknęliśmy się na ten świetny artykuł. Porównania z Twojej perspektywy są b. ciekawe i jedna myśl nasuwa się po skończeniu czytania – wszędzie dobrze gdzie nas nie ma ;>

  2. Sylwia napisał(a):

    Super artykuł! Swietnie sie czyta i zgadzam sie z tym w 100%!! Buziaki z Jakarty

  3. Dorota Strzelecka napisał(a):

    Fajny artykuł. Czasami warto odświeżać starsze posty

  4. Dorota Dorkita napisał(a):

    Dlatego dziwię się kiedy ludzie w Polsce psioczą, że kościół wtrąca się w ich życie. Wpływy kościoła w Polsce są bardzo małe. Serio! Dlaczego tak uważam? Wystarczy spojrzeć na kraj w którym dominuje islam jak Indonezja. Nawet państwa o większej tolerancji jak Maroko są pod znacznym wpływem religii niż Polska. Gdy jakiś Polak nie zgadza się z doktryną kościoła to po prostu jej nie stosuje. Może ją skrytykować i też nikt go za to surowo nie ukarze. Ci wierzący jedynie zwrócą mu uwagę i tylko tyle. W krajach muzułmańskich to niekoniecznie władza a społeczeństwo narzuca religię innym. Sami się godzą by decydowała o ich życiu a wszelkie obiekcje są karane. Sami się kontrolują czy jej przestrzegają. Więc walnę z grubej rury – niech się puknie w łep ten, który narzeka że polski kościół go zniewala.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      A i tak ci, co mają większe porównanie z innymi muzułmańskimi krajami (bo ja z takowych byłam jeszcze tylko w Malezji i przelotem w Turcji), mówią, że w Indonezji islam jest lajtowy! Ja mieszkając w Polsce (po skończeniu szkoły, gdzie religię mi faktycznie narzucali) nie odczuwałam żadnego wpływu kościoła na swoje życie, może z wyjątkiem bicia dzwonów.

  5. Adrian Nan napisał(a):

    nie wiem czy w Indonezji jest tak Idealnie , pewnie mnóstwo jadowitych pająków , insektów i jadowitych węży ;-) ale za to można pewnie spać na Plaży cały sezon ;-) :-) i to jest Super.A w Polsce no cóż każdy wie jak jest………….Ale byc moze polączenie tych twóch krajów i ich zalet mogłby byc idealne:)

    • Emi w drodze napisał(a):

      To ktoś tu mówił, że w Indonezji jest idealnie? :P Chyba tylko ci, którzy nigdy tu nie byli… Węże i pająki są w lasach, nie pchasz się tam to ich nie zobaczysz. Na pewno większym realnym zagrożeniem są w wymarzonej dla tylu Australii, tam przychodzą do miast. Na spanie na plaży to jednak pory deszczowej nie polecam…;)

  6. Ali napisał(a):

    Emi, super tekst. Ja też mieszkam w Indonezji i uśmiałam się, czytając twoje spostrzeżenia :). Dodałabym jeszcze coś, co absolutnie powala mnie raz na jakiś czas – brak poszanowania i respektowania umów, które przez Indonezyjczyków traktowane są jak dziwactwo, które trzeba podpisać, ale życie przecież idzie innym torem. Raj nie istnieje, to prawda, ale łatwiej o takie stwierdzenie (mimo wszystko), gdy widzisz błękit nieba, turkus oceanu i niezwykłą zieleń otoczenia. Czekam na kolejny Twój wpis :)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Gdzie mieszkasz Ali? Fakt, umowy nie mają jakiejś wielkiej mocy prawnej szczególnie jeśli jesteś (jak to mawia mój kolega) białą kobietą bez szmaty na głowie ;) Tego błękitu i zieleni to niestety na codzień w mieście zbyt dużo nie widzę… Ja bym dodała jeszcze z 10 punktów, ale już nie chciałam przesadnie narzekać, w końcu to mój wybór, że tu mieszkam ;)

  7. Anonim napisał(a):

    Dobry artykuł. Jednak co do tych temp. nocnych to należy dodać +10 stopni :)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      eee, u mnie na dzielni tak koło 20 na ogół, chociaż oczywiście wszystko zależy od pory roku – kilka miesięcy temu bez wiatraka nie dało rady spać, teraz czasem się wręcz przykrywać trzeba!

  8. Anonim napisał(a):

    Jak zwykle swietnie napisane ;)

  9. Domi napisał(a):

    Świetnie to napisałaś!:) Osobiście wydaje mi się, że gdybym miała wybierać jakiś azjatycki kraj na pomieszkanie, to chyba wybrałabym Singapur. Tam nie śmierdziało :))))

    • Emiwdrodze napisał(a):

      …chociaż też Hindusów tam dużo ;) ja chciałabym spróbować Korei, Japonii czy Hongkongu, tam, gdzie bardziej „po europejsku”. Dziękuję i przesyłam pozdro do Dojczlandu!

  10. Jedzenie przywożone niemalże do domu za niewielką cenę? Jestem za :-) Ale brak zielonych parków i skwerów by mnie dobił. Jak również porządnej łazienki.
    A tak w ogóle- rewelacyjny tekst.

  11. obserwatore.eu napisał(a):

    Dla mnie zdecydowanym i największym minusem Indonezji są miasta. Wszystko inne (przynajmniej podczas wakacji) traktuję jako lokalny koloryt. A ze wszystkimi dobrymi stronami Indonezji, które zaprezentowałaś zgadzam się w pełni:).

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Dla mnie to też był lokalny koloryt podczas dwuletniej podróży po tych rejonach i nie sądziłam, że tyle rzeczy, które wcześniej były po prostu ‚egzotyczne’ może wkurzać, jak ma się je na codzień.. Pewnie o wiele bardziej polubię Indo jak wreszcie będę miała okazję się z miasta gdzieś na dłużej ruszyć! ;)

      • obserwatore.eu napisał(a):

        Znam, znam. Mam tak samo z Włochami. Po roku przebywania w tym pięknym i wyluzowanym kraju pewne koloryty zaczynają dawać w kość;)

  12. wiola.starczewska napisał(a):

    Ale się wyżyłaś za wszystkie czasy w tym wpisie:)

    Ostatnio miałaś urodziny, więc wszystkiego najlepszego, nie złożyłam ci życzeń… Czekam na zaproszenie na Bali, wiesz po co:) Więc ze wszystkich możliwych życzeń ja życzę ci MIŁOŚCI

  13. gosiarodzynkisultanskie napisał(a):

    A w ogóle to dopiero teraz zobaczyłam, że świetnie zgrały się flagi Polski i Indonezji :)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Słyszałam nawet o Polce, która wywiesiła naszą flagę na łódce i została napadnięta za odwrócenie i tym samym zniewagę indonezyjskiej flagi.
      Ja mam przyszytą na plecaku i od czasu usłyszenia tej historii się zastanawiam, czy kiedyś za patriotyzm w czapę nie dostanę ;)

  14. gosiarodzynkisultanskie napisał(a):

    Fajnie, że dodałaś jeszcze kilka punktów z zupełnie innych miejsc. Ciekawe, że im więcej się podróżuje, tym większy ma się apetyt: na kokosy z Indonezji na Mazurach, będąc otoczonym zielenią z Nowej Zelandii ;-) I taka szkoda, że nie możemy mieć wszystkiego, szczególnie na emigracji! ;)

    • Emiwdrodze napisał(a):

      To może powinnyśmy się skrzyknąć i stworzyć swój własny kraj idealny? Tylko mogłoby być ciężko, bo każda za czymś innym tęskni.. Fakt, im więcej się podróżuje, tym poprzeczka wyżej, niestety no! ;)

  15. Made in China napisał(a):

    Idealnie nigdy nie będzie, ale można próbować i kombinować.
    Dla mnie Tajlandia jest złotym środkiem między wschodem i zachodem, ale Ameryki chyba nie odkryłem bo te miliony turystów rocznie to nie przypadek….
    pzdr

    PS
    szczkotak do kibla $40……ostro!

    • Emiwdrodze napisał(a):

      przyznam, że Tajlandia kusi mnie na dłużej, faktycznie tak bezstresowo jak tam nie jest nigdzie indziej! Język tylko trudny ;)

      Ta szczotka była koloru srebrnego, kto wie, może to prawdziwe srebro było :P

  16. Zależna w podróży napisał(a):

    Świetny zrobiłyście ten cykl! Szkoda, że się nie linkujecie nawzajem by można przeczytać wszystkie (widziałam chyba z dwa o Turcji i RPA). Owoce, mmmm…. Tęsknię za nimi. Macie pewnie jackfruita? Mój ukochany.

    No i niewidzialność: świetnie Cię rozumiem. Po dwóch miesiącach w Azji tęskniłam za nią strasznie. A co dopiero przez miesiące i lata.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Aga, w tekście dałam linka do strony projektu, na której jest wykaz wszystkich wpisów :) o ten: http://klubpolek.blogspot.com/2014/09/projekt-moj-kraj-idealny.html . Ja sama niewiele z nich zdążyłam przeczytać, nadrabiam.

      Jackfruita mamy, a w Jogji z niego nawet danie robią (gudeg się nazywa)! Nie należy jednak do moich ulubionych…

      Mnie w podróży często cieszyło, że miejscowi na mój widok tak żywiołowo reagują, uśmiechają się, machają i wołają „hello!”, szczególnie np. na północy Sri Lanki, teraz już na każdy taki gest ciśnienie mi rośnie ;)

  17. podróżna napisał(a):

    A ja doceniłam swoją małą bo małą ale na pewno lepiej wyposażoną łazienkę ;) Choć z drugiej strony te rajskie plaże….ech

    • emiwdrodze napisał(a):

      coraz bliżej mi do przekonania, że porządną łazienkę dobrze mieć na codzień, a na rajskie plaże wystarczy wyskoczyć ze dwa razy w roku na urlop, nie odwrotnie ;)

  18. Najbardziej podoba mi sie obwoźny handel usługami ;-)

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)