Ha det, Tromsø!

..czyli do widzenia!

Oto i nadszedł moment, na który czekałam od dokładnie dwóch miesięcy, czyli od dnia, w którym po raz drugi przybyłam do ‚Paryża północy’! Siedzę na lotnisku w oczekiwaniu na lot do Oslo, gdzie spędzę kilka kolejnych dni przed powrotem do Polski. Opuszczam północ na dobre! Chciałabym kiedyś tu wrócić, ale z pewnością już tylko turystycznie- żeby jeszcze raz zobaczyć zorzę polarną (jeszcze raz, bo niespodziewanie udało mi się zobaczyć ją parę dni temu- coś cudownego!). Jest pięknie i wiele osób naprawdę kocha to miejsce, ale ja zdecydowanie nie czułam się tu dobrze. Wiem, że rok temu wyjeżdżając mówiłam to samo, ale ostatecznie wróciłam skuszona wizją dużej gotówki w krótkim czasie. Ale teraz już nie wyobrażam sobie spędzić tu kolejnych wakacji, nawet mimo że pogoda za kołem podbiegunowym była w tym roku zdecydowanie lepsza niż w Polsce.

Jest jednak parę szczególików, za którymi będę tęsknić, takich jak:
-picie wody prosto z kranu- wyobrażacie sobie, że czajnik po 2 miesiącach użytkowania nie ma ani śladu kamienia?
-auta zatrzymujące się jeszcze zanim zdążę pomyśleć, że chcę przejść na drugą stronę ulicy. Właściwie można przechodzić w ciemno, nie rozglądając się w prawo i lewo, czy tam lewo i prawo, jak nas uczyli w szkole
-tego, że jak idę do sklepu i mam ochotę dajmy na to na sok ananasowy, nie muszę zastanawiać się nad wyborem pomiędzy pięcioma różnymi firmami, czytać etykiet, porównywać składu i cen. Mają tu po prostu jedną firmę, która produkuje wszystkie soki, wyroby mleczne i tym podobne, więc zakupy są o wiele mniej skomplikowane- szczególnie w przypadku kogoś, kto jest tak niezdecydowany jak ja;)
-a przede wszystkim: nieziemskie widoki w drodze do pracy. Tego mi będzie na pewno brakowało, jeśli przyjdzie mi wrócić do dżungli miejskiej.

Droga na lotnisko wyglądała ciekawie. Na całej wyspie jest spory kompleks tuneli z rondami i parkingami podziemnymi. Na początku mojego pobytu tutaj zastanawiałam się, czemu ruch samochodów w tym całkiem przecież sporym mieście jest tak mały. Dopiero później wyjaśniło się, że wszystko to dzieje się pod ziemią.

Jednego z ostatnich dni zrobiłam sobie krótką wycieczkę na tzw. Telegrafbuktę, czyli jedyną ‚plażę’ na całej wyspie. W cudzysłowie, bo plaża to raptem kilkadziesiąt metrów piaszczystego brzegu, a na niej stłoczony tłum ludzi. Ładny widok, ale ten sam jest kawałek dalej, gdzie oczywiście się udałam, nie mając ochoty słuchać wydzierających się dzieci i Hiszpanów grających w piłkę. Było już kamieniście, ale jedyne, co ‚zakłócało’ ciszę to fale uderzające o brzeg.

No to fruuuu! :)

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)