Święty ząb Buddy

Kandy reklamuje się jako „pięknie położone miasto o kolonialnej zabudowie”. Pięknie położone jest, to prawda- w centrum jest jezioro, a na wzgórzu obok wielki pomnik Buddy, ale na tym koniec. To drugie co do wielkości miasto Sri Lanki i, jak to wielkie miasta, jest zatłoczone i głośne.

Świątynia Zęba, która jest głównym punktem zwiedzania, też nie jest ostoją spokoju.

Właśnie w Kandy przeżyłyśmy najgorsze chwile na Sri Lance, spotkałyśmy chciwych, zepsutych przez turystów ludzi. Może miałyśmy pecha, pewnie nie wszyscy tutaj są tacy, ale faktem jest, że jak stąd wyjechałyśmy, było już tylko lepiej. Ale od początku…

DSCN7675

Fot.: modlący się ludzie i dym z kadzideł.

Już pierwszego dnia miasto robi na nas negatywne wrażenie. Najpierw nachalni tuk-tukarze. Mijamy ich i idąc pieszo znajdujemy guesthouse, który na szyldzie zapewnia, że poleca ich Lonely Planet, co mnie zwykle bardziej odstrasza niż zachęca, ale w okolicy alternatywy nie widać. Z ciekawości sprawdziłam w kilku ostatnich wydaniach- hotelu tam NIE ma, ściemniacze jedni. Obok plac budowy, na parterze pusta knajpka z cenami z kosmosu, a pracownicy mega niemili. Kiedy słyszymy, jak jeden z nich wmawia jakiemuś Niemcowi, że do Sigiriyi, z której właśnie przyjechałyśmy, da się dostać tylko tuk-tukiem albo taxi i on oczywiście wspaniałomyślnie pomoże mu je zamówić, Ewa wtrąca swoje trzy grosze, mówiąc, że autobus na tej trasie jak najbardziej kursuje i kosztuje tyle i tyle. Koleś jest wdzięczny, ale kiedy potem wybieramy się na spacer, gość z recepcji biegnie za nami i zaczyna się na nas wydzierać, że jak śmiałyśmy coś takiego zrobić, że to przecież jego biznes i nie mamy prawa mu odbierać klientów. My na to, że on nie ma prawa kłamać w żywe oczy i my takiego zachowania tolerować nie będziemy, bo same jesteśmy turystkami i zawsze będziemy po ich stronie. Wywiązuje się niezła kłótnia i gościu mówi, że jedną noc MOŻEMY zostać, ale jutro mamy się wyprowadzić. Zawracamy więc i od razu zabieramy swoje manatki. Burak jeden na pożegnanie nas przedrzeźnia i jawnie się z nas nabija, wiedząc, że i tak znajdzie innych klientów na swoje marne usługi…

Na szczęście szybko znajdujemy lepsze miejsce- słynny Pink House (i to tym razem dzięki Lonely Planet :P). Mieszkał tu sam Tony Wheeler!

Jeszcze tego samego dnia wybieramy się do Świątyni Zęba, bo tę ponoć „trzeba” zobaczyć… Świątynia jest najważniejszą dla wyznawców buddyzmu na wyspie (bo przechowywany jest tu ponoć oryginalny ząb Buddy) i nie dziwimy się, że oni tu masowo przyjeżdżają na pielgrzymki, ale, naszym zdaniem, dla zagranicznych turystów to miejsce nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Nie odczułyśmy tu żadnego niesamowitego klimatu, o jakim niektórzy opowiadali, tylko natłok wycieczek. Jeśli to pierwsza świątynia buddyjska, jaką ktoś odwiedza, może i robić wrażenie, ale jak się już widziało te w Bangkoku czy Chiang Mai, to ta wypada bardzo kiepsko, a poza tym wstęp jest słono płatny- jak wszystko w Kandy i okolicach. Tu tysiąc rupii (ok. 25 zł!), tam kolejny tysiak, daruję sobie więc zwiedzanie większości „atrakcji”. Chciwość nie popłaca, Lankijczycy…

DSCN7650

Nie dość, że wstęp jest drogi, to jeszcze ta przechowalnia butów „tylko dla foreign tourists”- jak widzę takie podziały, to od razu się coś we mnie gotuje. Nie mam nic przeciwko zostawieniu swoich klapek luzem na pastwę potencjalnych złodziei i zawsze tak robię, ale tu takiej opcji nie ma, za pozostawienie butów TRZEBA płacić, więc chowamy swoje do plecaka i wchodzimy do środka.

Kilka lat temu Tamilskie Tygrysy dokonały tu zamachu terrorystycznego, wjeżdżając w świątynię ciężarówką pełną materiałów wybuchowych. Słyszałyśmy, że w związku z tym kontrola przy wejściu jest wciąż wzmożona i tym bardziej dziwi nas, że nie tylko nas nie przeszukują, ale nawet nie sprawdzają nam biletów! Wieczorem wchodzimy więc drugi raz na uroczystość zwaną pują już bez biletu.

DSCN7654

IMG_1936

Puja to modlitwa, która odbywa się tu trzy razy dziennie, w tym tuż po zachodzie słońca, o 19. Tylko wtedy można zobaczyć ołtarz z relikwią Zęba Buddy (normalnie do oglądania wystawiona jest replika). Wszystkie wycieczki ciągną wtedy do świątyni, stoi się w długiej kolejce, żeby przez ułamek sekundy spojrzeć na ołtarz i mnicha zbierającego datki, bo tłum już pcha dalej. Mamy wrażenie, że jest więcej turystów niż buddystów składających kwiaty w ofierze. Trzeba sporo samozaparcia, żeby w tym szaleństwie umieć poczuć jakąś niby wspaniałą atmosferę. Zdecydowanie lepiej wspominam podobną ceremonię nad Gangesem w indyjskim Rishikeshu, gdzie można było podejść blisko centrum wydarzeń i poczuć się częścią tego wszystkiego- tam faktycznie było magicznie.

IMG_2054

kwiaty

lankijczycy składają Buddzie w ofierze świeże kwiaty, głównie lilie

Przed świątynią spotykamy ponownie panie z polskiej wycieczki… Chyba cały autokar już o nas wie jako o „tych odważnych, co jeżdżą same”, dostajemy jakże „cenne” rady:

– Ale wiecie, wieczorami to nie wychodźcie nigdzie….Uważajcie, to niebezpieczne okolice (co tam, że czuję się tu bezpieczniej niż nocami na ulicach Poznania…)

Olaboga. Nic tylko w domu siedzieć. Czmychamy jak najszybciej w swoją stronę, żeby już ich więcej nie spotkać.

IMG_2045

fot. Ewa

IMG_2044

fot. Ewa

Z główną świątynią sąsiadują trzy dewale, czyli mniejsze świątynki. Sporo ludzi gromadzi się też wokół świętych drzew bodhi.

DSCN7660

DSCN7669

panie wlewają jakąś tajemniczą oleistą ciecz

sw zeba

L: ta woda to do picia, ale dla bogów, składają ją w darach; P: muzeum buddyzmu- na terenie świątyni, ale oczywiście dodatkowo PŁATNE…

Jako, że na srilańskie jedzenie patrzeć już nie możemy, dowiadujemy się o Muslim Hotelu (mieszka tu dużo Muzułmanów), w którym serwują bardziej różnorodne posiłki. Zamawiamy Kabul roti, z wołowiną i wliczonym w cenę pokrojeniem placków przez miłego pana kelnera ;) (mają chyba tylko jeden ostry nóż na całą knajpę). Polecam!

W Pink House atmosfera jest luzacka- koty i psy biegają po podwórku, tu nasika dziecko, a babka tylko się uśmiechnie i zmiecie siki miotłą (pieluszek tu chyba nie znają), po dachu skaczą małpy, w pokojach nie ma łazienek, wiatraków, a w niektórych nawet kontaktów, ale przynajmniej rodzinka jest przyjaźnie nastawiona, pomocna, nie wciskają tuk-tuków (choć mają kierowcę, który zawiezie nas, gdzie chcemy po lokalnej cenie), doradzają, gdzie jaki autobus złapać, tanio zjeść itd.. Kobitki też dbają o nasze rzeczy- rano robię pranie i wieszam je na słońcu, a po godzinie widzę je już suche i złożone w kosteczkę, a babeczka tłumaczy się „sorry, ale nie chciałam, żeby spłowiało”. Pytamy się, co to za zapach unosi się w powietrzu i od razu dostajemy te właśnie kadzidełka w prezencie, kochani są :)

O 5 rano budzi nas śmieszny ptak. Wydaje miłe uchu dźwięki, ale, kurczę, nie o tej porze! Ewa naśladuje kota i udaje jej się odstraszyć ptaka :D Ale koncert się dopiero zaczyna. Najpierw mnisi, którzy, jak się okazuje, stacjonują zaraz za naszym oknem, budzą się do życia i chyba odprawiają poranne modły. Słychać jakby uderzenia bębnów. Małpy skaczą po dachu (ten jest z blachy, a wielkie małpy delikatne nie są). Co chwilę słychać jak się takie cielsko zwala nad naszymi głowami. Po jakimś czasie do walki wkracza pies, obszczekując dach z każdej strony. Dzielny, ale jest bez szans, bo małpy sobie nic z niego nie robią, pewnie tylko śmiejąc się z nieporadnego szczekania. Jestem coraz bliżej momentu, w którym przestanę zachwycać się małpami i znienawidzę wredoty jedne.

Dach jest niziutko nad stołem, przy którym jemy śniadanie. Kobitki z guesthouse’a ostrzegają nas, żeby nie zostawiać nic luzem, bo małpy błyskawicznie zabierają wszystko, co się świeci.

DSCN7937

na czatach

DSCN7935

koneserka liści 2

wc

L: małpy są nawet w WC!; P: taki sam plakat widziałam już w Laosie, w Luang Prabang

DSCN7733

pinkhouse’owe podwórko

banany

L: pociąg mamy popołudniu, a mimo to rano nikt nas stąd nie wygania, możemy przeczekać ulewę pod dachem :) ; P: bananowy raj!

Świetny jest targ niedaleko dworca kolejowego, gdzie, płacąc normalne ceny, opijamy się i zajadamy królewskimi kokosami (king coconut), których przed Sri Lanką nigdzie nie spotkałam, a są one lepsze nawet od tych z Kambodży!

DSCN7710

DSCN7712

DSCN7709

DSCN7708

pan prezentuje nieznany nam wcześniej owoc

DSCN7692

biedne rybki w workach…

DSCN7693

DSCN7697

Są przyprawy, naturalne kosmetyki:

DSCN7713

DSCN7716

Bardzo popularne wśród Lankijczyków są loterie. Niektórzy sprzedawcy przez megafony reklamują swoje stoiska:DSCN7722

DSCN7718

aż się ziewać chce!

Wracając do cen na Sri Lance- lokalsi kompletnie nie umieją wykorzystać potencjału turystycznego. Mogliby UCZCIWIE zarobić kasę na białasach, ale wolą ją od nas wyciągać, oszukując. Nie ma tu pralni, Wi-Fi spotyka się mega rzadko, a jeśli już jest, to mamy 90% szans, że „akurat dzisiaj” nie działa. Bardzo mało jest kafejek internetowych czy knajpek z kuchnią inną niż ichniejsza- a to rzeczy, które są normą w innych azjatyckich krajach, nawet w wielu miejscach w Indiach.  Dziwi mnie, że skoro mają już od lat tylu turystów, nie nauczyli się jeszcze, że mogliby na tym wszystkim zarobić.

Warunki noclegowe są kiepskie- często nie ma moskitier, pościel brudna, cała ściana w grzybie, a kasują za to więcej niż za czysty pokoik w innych, niby droższych krajach. Dla wyjaśnienia- ja nawet wolę miejsca bez tej całej turystycznej otoczki, ale tylko wtedy, jeśli ma tam być taniej i przyjaźniej. Jestem w stanie spać w różnych dziurach, ale płacąc niewiele, a tu kasują pieniądze, nie oferując nic w zamian.

Pomyślcie dwa razy, wybierając się do Kandy.

Ja niestety musiałam tu wracać jeszcze dwukrotnie przez problemy z indyjską wizą, o którą się tu ubiegałam- jednak lepiej załatwiać to w Colombo. Raz, kiedy wracając miałam przesiadkę z pociągu w pociąg, lało tak, że nic nie było widać. Kilkusekundowe przebiegnięcie na drugą stronę peronu i już nie było na mnie suchej nitki, takiej ulewy jeszcze nie przeżyłam, ale to ciepły, letni deszcz, więc całkiem przyjemnie tak zmoknąć ;)

Kilka fotek z miasta:

DSCN7928

Clock Tower (wieża zegarowa)- z jej okolic odjeżdża większość autobusów

DSCN7939

tak a propos tego, że niby łatwiej nam się tu poruszać, jak znamy angielski- rozkład jazdy autobusów na dworcu :)

DSCN7723

jeziorko

DSCN7727

kingfisher, czyli zimorodek

DSCN7647

sztuczny wodospad w centrum miasta

DSCN7649

DSCN7728

DSCN7726

DSCN7687

widok na bazar z dachu kafejki internetowej

DSCN7685

w Kandy są nawet supermarkety. Chcecie wiedzieć, ile % ma mleko? Nie ma lekko, trzeba sobie obliczyć ;)

Podobne wpisy:

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)