Tag Archives: ludzie

Górskie drogi Nepalu

Dużo piszę o jeździe autobusami, pociągami- bo mając ograniczone fundusze na podróże, na ogół nie da się pokonywać odległości szybko i, chcąc nie chcąc, spędza się w lokalnych środkach transportu (tzw. „chicken busach”) dużo czasu.

„Nieważny jest cel, ważna jest droga, która do niego prowadzi”, powiedział ktoś mądry i przemieszczając się po Nepalu trzeba sobie te słowa wziąć do serca ;)

Chińszczyzna w mieście lwa

Singapur (w sanskrycie „singa” to lew, „pura” – miasto) ma wiele twarzy. Ta super nowoczesna, pełna szklanych drapaczy chmur i innych cudów architektonicznych jest z pewnością najbardziej znana, ale azjatycki tygrys kryje też w sobie to, co znajdziemy w niemal każdym azjatyckim mieście – tłoczne bazary, niezliczone stoiska z jedzeniem i wszystkim, co małe chińskie rączki kiedykolwiek zdołały wyprodukować. Jest też dużo wody, zieleni i kult żywności organicznej.

Na pierwszy rzut – Chinatown, mieszanka etniczna i jedzenie. Singapuru część pierwsza.

Sri Dżajawardanapura Kotte / Colombo

Jakie miasto jest stolicą Sri Lanki? Też uczyli was w szkole, że Colombo? Bo mnie tak. Nauczycielka pytała mnie kiedyś przy mapie z azjatyckich stolic (kto by wtedy pomyślał, że tyle z nich odwiedzę!) i kiedy jednym tchem odpowiedziałam, że to „Sridżajawardanapurakotte”, zrobiła wielkie oczy. Nie poprawiła mnie nawet, bo sama zwątpiła. 

W rzeczywistości stolica Sri Lanki leży niedaleko Colombo, które nią było do 1982 r., ale to odrębne miasto i zwie się Sri Dżajawardanapura Kotte. W skrócie po prostu „Kotte”. Nie zawitałam tam, ale spędziłam kilka dni w Colombo.

Święty ząb Buddy

Kandy reklamuje się jako „pięknie położone miasto o kolonialnej zabudowie”. Pięknie położone jest, to prawda- w centrum jest jezioro, a na wzgórzu obok wielki pomnik Buddy, ale na tym koniec. To drugie co do wielkości miasto Sri Lanki i, jak to wielkie miasta, jest zatłoczone i głośne.

Świątynia Zęba, która jest głównym punktem zwiedzania, też nie jest ostoją spokoju.

Właśnie w Kandy przeżyłyśmy najgorsze chwile na Sri Lance, spotkałyśmy chciwych, zepsutych przez turystów ludzi. Może miałyśmy pecha, pewnie nie wszyscy tutaj są tacy, ale faktem jest, że jak stąd wyjechałyśmy, było już tylko lepiej. Ale od początku…

Jodhpur: wszystkie odcienie błękitu

Do tej pory nie mogę się zdecydować, które z radżastańskich miast podobało mi się bardziej – Pushkar czy Jodhpur. Pewne jest, że to w Jodhpurze udało mi się zrobić kilka z moich ulubionych zdjęć z całej podróży.

Miasto niczym z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Jest niebieskie, bo ten kolor chłodzi w czasie upałów i ponoć odstrasza moskity – choć wersji tłumaczących to zjawisko jest kilka.

Bazar na kółkach, czyli indyjskie koleje

…a właściwie kołach, bo mowa tu o pociągu. W Indiach nie musisz iść na bazar, to bazar przychodzi do ciebie ;)
Poczytajcie, jak poruszać się po Indiach koleją i nie zginąć (na końcu wpisu praktyczne wskazówki, jak ogarnąć system rezerwacji biletów na indyjskie koleje).

Hampi – wszystko płynie

Hampi (a przede wszystkim jego okolice!) to, jak dla mnie, najciekawsze miejsce na mapie Indii. Żaden tam Taj Mahal czy nawet Radżastan (choć rewelacyjny!) nie spodobał mi się tak bardzo. No i, co najlepsze, wciąż nie ma tu luksusowych hoteli i nie docierają japońskie wycieczki autokarowe.

O moim ulubionym miasteczku więcej będzie za kilka dni, teraz tylko krótko o życiu na ghatach na przykładzie Hampi.

„In India you’re never alone”

Sami Hindusi śmieją się, że to powinno być hasło reklamowe ich kraju. W Indiach po prostu nie da się być samemu zbyt długo.

Never Again?

Jeszcze żaden kraj nie budził we mnie tylu skrajnych emocji, co Indie. Jednego dnia się go kocha, kolejnego nienawidzi.

Obiecuję, że jeszcze powrzucam tu te wszystkie piękne zdjęcia i opiszę miejsca, które mnie w tym kraju zachwyciły. Jestem przekonana, że będę za nim tęsknić, ale na chwilę obecną na usta ciśnie mi się tylko:

I’ll
Never
Do
India
Again ! ! !

Wściekłe psy i inne upierdliwości

Ugryzł mnie pies. Bez szczeknięcia ani żadnego ostrzeżenia po prostu podszedł i chapnął w łydkę. Nie zdążyłam nawet pomyśleć o użyciu gazu pieprzowego, który na wypadek takich właśnie akcji noszę w torebce.
Nie wiem, czy był wściekły. Nie był bezpański- te, mimo że wszechobecne, są na ogół senne i niegroźne. Niby właściciel zapewniał: „no problem, no infection, no doctor”, ale jak tu ufać Hindusowi?
Oprócz zakupu nowych spodni oznacza to więc pięć wizyt u lekarza w ciągu najbliższego miesiąca- łącznie sześć szczepionek przeciw wściekliźnie :/ Kolejny nieprzewidziany wydatek, który jednak, mam nadzieję, zostanie pokryty przez ubezpieczyciela.

Zachwycam się Indiami. Wbrew swoim oczekiwaniom pokochałam ten kraj i chętnie tu kiedyś wrócę. Ale, jak mówią, to kraj „50% amazing, 50% frustrating”, dziś więc o tych ciemnych 50%.

Pełnia księżyca i ciuszki na miarę

Po dotarciu do Hoi An, zamiast odsypiać, od razu udajemy się na wycieczkę po okolicy- standardowo skuterkiem. Przez pola ryżowe mkniemy na plażę- ta nie jest zbyt zatłoczona, bo od turystycznej dzielnicy dzieli ją dobrych kilka km. Centrum miasteczka od początku mnie zachwyca. Składa się z pofrancuskich domków i jest nieźle zachowane, bo jest pod patronatem UNESCO. Na dodatek jest tam zakaz poruszania się motorków i samochodów, co oznacza, że spokojnie można spacerować, nie obawiając się o życie ;)

Kaйt шkoлa

Smutno mi było wyjeżdżać z Mui Ne, wietnamskiej mekki surferów, bo ostatnie 9 dni i nocy (czyli mój najdłuższy postój w ciągu tych kilku miesięcy) nieoczekiwanie okazały się najlepszymi w całej podróży.