Tag Archives: transport

Górskie drogi Nepalu

Dużo piszę o jeździe autobusami, pociągami- bo mając ograniczone fundusze na podróże, na ogół nie da się pokonywać odległości szybko i, chcąc nie chcąc, spędza się w lokalnych środkach transportu (tzw. „chicken busach”) dużo czasu.

„Nieważny jest cel, ważna jest droga, która do niego prowadzi”, powiedział ktoś mądry i przemieszczając się po Nepalu trzeba sobie te słowa wziąć do serca ;)

Zapach cejlońskiej herbaty

Wreszcie odkrywamy piękne zakątki Sri Lanki! Po niezbyt miłych przeżyciach z Kandy i trudach wspinaczki na Adam’s Peak odnajdujemy się pośród bezkresu zieleni (która w końcu przecież uspokaja :P) i szumu wodospadów.

Anunanucośtam i pierwsze kilka tysięcy schodów

W żadnym jeszcze kraju nie miałam takich problemów z zapamiętaniem nazw miejscowości, które odwiedzam, jak na Sri Lance. Dopiero po wyjeździe z Anuradhapury nauczyłam się wymawiać tę nazwę bezbłędnie ;)

Z dawnej stolicy syngaleskiego państwa nie dane mi było zobaczyć zbyt wiele. Więcej zdjęć (i wrażeń) mam z pobliskiego Mihintale, miejscowości ze świętą dla buddystów górą pielgrzymkową, wdrapując się na którą pokonałyśmy niezliczoną ilość schodów. A to miała być dopiero rozgrzewka…

Bazar na kółkach, czyli indyjskie koleje

…a właściwie kołach, bo mowa tu o pociągu. W Indiach nie musisz iść na bazar, to bazar przychodzi do ciebie ;)
Poczytajcie, jak poruszać się po Indiach koleją i nie zginąć (na końcu wpisu praktyczne wskazówki, jak ogarnąć system rezerwacji biletów na indyjskie koleje).

Stopem do Goa

Goa nie było na mojej liście „must see”, bo przecież mówią, że tam sami nowobogaccy Ruscy i w ogóle pewnie będzie co najmniej tak turystycznie jak na Phukecie, ale Francuz upiera się, że nie mogę zostawić go samego na pastwę Indii w jego urodziny, które się zbliżają, więc co mi tam. Raz się żyje, a to i tak prawie po drodze.

3 stolice w 3 dni

I to wcale nie Wiedeń-Budapeszt-Bratysława. Powrót z Indii do Czech przez Ukrainę.

Szanowni pasażeri!

Tyle zrozumiałam początkowo z maila od ukraińskiego przewoźnika. Bo nieistotne, że bilet rezerwowało się po angielsku, korespondencję próbowali prowadzić najpierw tylko cyrylicą.

Shanti, shanti

(w dosłownym znaczeniu: pokój, ale używane raczej jako: „wyluzuj, zwolnij”)

Mumbaj był dla mnie szokiem. Miasto kompletnie nie pasujące do reszty kraju, czyste i nowoczesne. Bardzo bogate, choć z drugiej strony z największymi slumsami Azji. Przez chwilę poczułam się jak w Europie. Taki świat oglądany zza szyby klimatyzowanego samochodu mojej couchsurferki (która pisze scenariusze do filmów i zabrała mnie nawet na bankiet z gwiazdami Bollywood!) zupełnie mi nie podpasował. Fajnie było w końcu wziąć porządny prysznic i spędzić noc w łóżku, ale wolę tradycyjne Indie.

Jestem więc tu, w Pushkarze. W Radżastanie.

Kolejny przystanek: কলকাতা

No to jestem w Indiach. Nigdy mnie tu nie ciągnęło, a wręcz przeciwnie – nie sądziłam, że kiedykolwiek się tu znajdę! Dopiero niedawno w mojej głowie zrodził się pomysł przyjazdu tutaj. Jak już byłam tak blisko, czemu by nie spróbować?

Pierwsze spostrzeżenia po kilku dniach pobytu:

Pożegnanie z krajem uśmiechów

Z wizą indyjską w ręku wsiadłam w pociąg sypialny z Chiang Mai do Bangkoku. Podróż okazała się dłuższa niż było to w planie, ale to przecież nie powinno dziwić w Azji. Mieliśmy jechać godzin 14, jechaliśmy 21. I to z dwoma przesiadkami w autobus, bo po drodze były uszkodzone tory. Kilka ostatnich dni w Tajlandii…

Laos wiejski

Na koniec pobytu w tym górzystym kraju wybieram się w rejony przeze mnie najbardziej wyczekiwane – na północ, w okolice wioski Muang Ngoy.

Do miejscowości można dostać się tylko płynąc ponad godzinę łódką z Nong Khiaw. Brzmi to tak, jakby była ona nie wiadomo jak odcięta od świata, tyle że takich łódek przypływa tu dziennie kilka i jest turystycznie na maksa. Niedokładnie o to mi chodziło…Mam wrażenie, ze turystyka za bardzo tu ingeruje w życie miejscowych.

Dawna stolica „królestwa miliona słoni”

Luang Prabang jest wpisane na listę UNESCO i sporo ludzi się nim zachwyca, ale ja nie mogę oprzeć się porównywaniu go do wietnamskiego Hoi An, które moim zdaniem zdecydowanie wygrywa w konkurencji pofrancuskiej architektury. Tutaj głównym punktem programu są świątynie, a ja świątyń mam już przesyt i wszystkie są dla mnie takie same. Za to na pewno warto tu przyjechać na zakupy!