กรุงเทพมหานคร

..czyli Bangkok. Ma to do siebie, że jest miastem tranzytowym/przesiadkowym, gdziekolwiek się w tej części Azji nie wybierać. Za parę dni uderzam na Kambodżę, ale wróciłam tu na trochę ze znajomymi, dla których to już końcówka 3tygodniowego urlopu w Tajlandii. Teraz oni zwiedzaja to, co ja widzialam juz poprzednim razem, a ja mam czas, zeby uzupelnic bloga.

Tajskie koleje przywiozly nas tu z Chiang Mai z jedynie dwugodzinnym opoznieniem :P (poprzednim razem moj pociag do Suratthani byl punktualny co do minuty). Mielismy wygodne miejsca lezace z czysta posciela. Tym razem byl tylko „WARS”- jedzenie drogie, ale jadac wczesniej pociagiem tej samej klasy mialam w cenie wypasiony obiad (zdecydowanie lepszy niz na pokladzie ukrainskich linii lotniczych), kawe i ciastko, a po kazdym posilku facet z miotelka zmiatal okruszki z podlogi. Pociagi generalnie wygladaja tu lepiej i czysciej niz polskie, choc tanie wcale nie sa (ok. 80 zl na trasie 700 km- 13 godzin jazdy). Tylko ta przekleta klimatyzacja :/ Dlugi rekaw w tropikach naprawde sie przydaje!

Na popularnych trasach sa tez autobusy klasy VIP (autentycznie tak to sie nazywa), ale mnie cos takiego odstrasza, a poza tym z pociagu widoki sa o wiele ciekawsze.

Wczorajszy wieczor spedzilismy na szczycie Bayioke Tower- najwyzszym budynku Bangkoku i jednoczesnie Tajlandii. Na 83. pietrze pokrecilismy sie troche na obrotowej platformie widokowej, podziwiajac miasto przed, w trakcie i po zachodzie slonca. Widocznosc ograniczal troche smog, ale mimo wszystko ogrom miasta robi wrazenie. 9 milionow ludzi w samym miescie, 20milionow w calej metropolii i najmniejsza na swiecie powierzchnia zieleni przypadajaca na jednego mieszkanca. Saczymy sobie drinka w knajpie na 82.pietrze (jest w cenie biletu na taras widokowy- 300B za calosc). Z gory widac glownie szerokie estakady autostrady biegnacej przez centrum miasta i baseny na dachach niewiele nizszych budynkow obok. W naszym hotelu na dachu tez jest basen. Tym razem zaszalelismy i wzielismy porzadny hotel za 40zl/osobonoc, taki z prawdziwego zdarzenia, z sejfem w pokoju i wszystkimi innymi udogodnieniami w stylu cieplej wody pod prysznicem;)

Tuk-tukarz wiozacy nas do Sukhumvit- czyli dzielnicy a’la Manhattan, w ktorej to stoi ten najwyzszy budynek- jest szalony. Chce wcisnac nas w szostke do jednego tuk-tuka (ktory przewidziany jest na 3-4 os). Pewnie dalibysmy rade, ale stwierdzamy, ze na tak dlugiej trasie to jednak bardzo glupi pomysl i rozdzielamy sie na dwa pojazdy. I dobrze, bo zapierdziela tak, ze powypadalibysmy, gdyby siedzialo nas tam wiecej (a to taka przyczepka doczepiona do motoru, bez drzwi ani barierek zabezpieczajacych). Zmiana pasa bez patrzenia w lusterko to tu norma, tak samo jak uzywanie hamulca jedynie w ostatecznosci- nie wiem jakim cudem widzielismy dopiero jeden wypadek. Wracamy juz w szostke w jednej taksowce- auta maja tu pojemnosc raczej nieograniczona i policja nie czepia sie takich szczegolow ;)

taxi w jednym z popularniejszych kolorow

Na slynnej Khao San Road (tu znajduje sie wiekszosc hosteli i guesthouse’ow, to taka backpackerska mekka Azji) znajdujemy w koncu stoisko z robaczkami do jedzenia :) podsmazane swierszcze, larwy i inne przysmaki w sosie sojowym. Skusilam sie tylko na larwy, pozostale wygladaly jednak zbyt odrazajaco. Smakuje to jak chipsy, chrupiace i puste w srodku- mieska niestety brak.

Khao San wieczorem

Jeden z tuk-tukarzy pyta sie skad jestesmy i slyszac, ze z Polski, mowi- Warsaw i…Lech Poznan! :) w koncu ktos, kto nie myli nas z Holandia! (sporo ludzi nie odroznia Poland od Holland)

Kierowcy tuk-tukow to rzeczywiscie plaga. Ilekroc przystane sobie gdzies z mapa albo przewodnikiem, zaraz zjawia sie jakis. Oczywiscie rzadko kiedy wprost oferuje przejazdzke. Zagaduja w tak podstepny sposob, ze czasem dopiero po paru minutach rozmowy wychodzi na jaw, ze znow chca ode mnie tylko wyciagnac kase. Jeden z nich przedstawil sie jako nauczyciel angielskiego i wmawial mi, ze dworzec kolejowy zamykaja za kilka godzin (chcialam tam kupic bilet) ze wzgledu na to, ze jutro rozpoczynaja sie jakies tajskie wakacje (oczywiscie zadnych wakacji teraz nie ma) i on mnie tam wspanialomyslnie podwiezie w okazyjnej cenie. Inny zaczal mi na mapie zaznaczac wszystkie atrakcje turystyczne (sluchalam go cierpliwie, bo to przynajmniej mi sie przydalo) i wciskal, ze musze je wszystkie zobaczyc, a akurat mam tyle czasu, zeby objechac z nim te miejsca tuk-tukiem zanim otworza Palac Krolewski- dzis wyjatkowo o 15.30, bo jest jakies swieto. Panie, tyle ze wczesniej sprawdzilam, ze o 15.30 to wlasnie ZAMYKAJA to miejsce, takze mnie w konia nie zrobisz. I wlasnie ide tam pieszo. A ten oczywiscie juz chce mnie podwiezc, a to pol godziny spacerkiem, a ja mam czas. Mowie wiec, zeby spadal, bo po pierwsze mnie oklamuje, a po drugie tuk-tuki sa drogie i wole zwykle autobusy. Ten na to wyciaga 20B (tyle mial kosztowac przejazd) i mi je wciska- skoro mnie nie stac, to on mi ten przejazd zafunduje. O co kaman? Ciagle odmawiam i przylatuje jego kolega, mowiac, ze on, nie dosc, ze podwiezie mnie za darmo, to jeszcze da mi za to 500B! I wymachuje mi tym banknotem przed nosem. Gdzie tu haczyk?- mysle i czym predzej wyruszam pieszo.

zaparkowany tuk-tuk

W pewnym momencie mam juz tak dosc nachalnych tuk-tukarzy (podlaza do mnie nawet, jak w parku czytam sobie ksiazke, popijajac sok prosto z kokosa i nie przestaja gadac nawet jak nie reaguje na ich pojawienie sie, ewidentnie nie majac zamiaru sie stamtad ruszac), ze jak podchodzi do mnie mlody chlopak z gitara, od razu mowie mu, ze jesli chce mi zaoferowac tuk-tuka, to zeby spadal na drzewo, co strasznie go rozbawilo. Okazalo sie, ze akurat on faktycznie chcial tylko podszkolic sobie angielski i nie probowal mi (chyba) niczego wcisnac. Albo byl w tym tak dobry, ze nawet sie nie zorientowalam.

Na ogol jezdze tu autobusami- sa o wiele tansze (6,5B za przejazd). Troche ciezko sie polapac, bo na przystankach nie ma zadnych tabliczek, w internecie tez ciezko o dobre info. Jazda autobusem to tez niemala atrakcja. Kobitka „biletowa” krzyczy na wsiadajacych ludzi, pospieszajac ich chyba. Zbiera od wszystkich kase za bilet, chodzac po autobusie i brzeczac monetami w smiesznym piorniczku przypominajacym kalejdoskop. Po kazdym wrzuceniu pieniedzy do srodka potrzasa nim i klapie kilka razy, tak, jakby byl to jakis rytual.

Wsiadania do autobusow tez czasem nie ogarniam. Pare razy uciekl mi sprzed nosa. Stoi sobie czlowiek tak jak reszta ludzi na przystanku, a autobus, mimo, ze na ulicy pustki, znienacka zatrzymuje sie 10m za przystankiem albo przejezdza, stajac gdzies daleko za nim. Nie zawsze zdazy sie dobiec. Wysiada sie tez w biegu, bo czesto kierowca, zamiast sie zatrzymac, po prostu zwalnia i otwiera drzwi. Sa dwa rodzaje autobusow- z klima (bleh..) i bez- za to te nie maja tez okien. Wiaterek przyjemnie wtedy chlodzi, gorzej, ze po 20 minutach takiej jazdy od kurzu i spalin lzawia mi oczy- nawet jak juz po ciemku siedze jak ten debil w okularach przeciwslonecznych. Sporo ludzi chodzi w maseczkach i wcale im sie nie dziwie.

Inna sprawa to przechodzenie (a raczej przebieganie) przez ulice. Raz krzepka staruszka, widzac jak nieporadnie sie za to zabieram (czytaj: czekalam na zielone swiatlo), lapie mnie za reke i slalomem przeprowadza miedzy pedzacymi samochodami i skuterami na druga strone.

Night Bazaar

Skoro juz o oszustach mowa- przed dworcem kolejowym ustawione jest piekne stoisko z napisem „official tourist information”. Zeby uniknac naciagaczy, wczesniej zorientowalam sie w cenach biletow i wiem, co chce kupic, ide wiec prosto do kasy. Zatrzymuje mnie babka z tej informacji wlasnie i pokazuje swoj identyfikator (trzeba przyznac, ze podrobiony idealnie). Mowi, ze do Suratthani nie dam rady dojechac pociagiem, bo zalalo tory i MUSZE wziac autobus. Ona oczywiscie zaprowadzi mnie do odpowiedniej kasy i pokaze wszystko. Musze przyznac, ze przez chwile zwatpilam, bo tory faktycznie moglo teraz zalac, ale jak zaczela mnie prowadzic jakies 100m od dworca, wchodzac jeszcze ze mna do srodka jednej z kilkunastu „oficjalnych informacji turystycznych” na tej ulicy, wszystko staje sie jasne. Slucham jeszcze, co maja mi do zaoferowania, tak dla porownania, i wracam na dworzec kupic bilet w kasie.Po powodzi nie ma juz w centrum prawie sladu- w porownaniu z tym, co dzialo sie miesiac temu jest czysciej i o wiele wiecej turystow. Miasto ozylo.Dzisiejszy dzien poswiecam na bazarki i centra handlowe- tego w Bangkoku jest od cholery. Zdecydowanie NIE jestem zakupoholiczka, ale tutaj ciezko nie wpasc w szal kupowania albo przynajmniej wielogodzinnego chodzenia po straganach i ogladania wszystkiego. Zawsze obiecuje sobie, ze to juz ostatnia uliczka i wroce juz do domu, a tu nagle zza zakretu wylania sie kolejny bazar z jeszcze ciekawszymi stoiskami. Kupuje pare pierdolek, ktorych celowo nie bralam z Polski, bo tu wiekszosc rzeczy jest tansza.

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)