Ayutthaya – pod znakiem świątyń

Mając kilka ostatnich dni w Tajlandii wymyśliłam sobie, że znajdę jakieś spokojne miejsce do poczilowania w bliskiej okolicy Bangkoku. To dopiero wyzwanie! Padło na Ayutthaję, nie wiedzieć czemu. I wtedy w Lonely Planet (któremu z zasady do końca nie wierzę) przeczytałam, że „Ayutthaya nie jest tak spokojna, jaką ją sobie wyobrażasz”. Czy więc warto spędzić tam więcej niż tylko kilka godzin jak większość turystów?

Wymarzyłam sobie, że znajdę jakiś pokoik nad rzeką na uboczu od tych wszystkich świątyń i tam spędzę kilka dni. Z książką, w hamaku, pośród zieleni i odgłosów egzotycznego ptactwa. A po mieście jeździć będę rowerem.

Ayutthaję, po przeczytaniu kilku opisów, wyobrażałam sobie identycznie jak Kanchanaburi – pełną leniwych guesthousów nad jeszcze leniwszą rzeczką. Albo chociaż Chiang Mai, które jest przecież dwa razy większe, a mimo to da się tam wypocząć. Przyjechałam więc na miejsce cała szczęśliwa, że opuszczam ukochany, ale jednak męczący Bangkok, przepłynęłam łódeczką z jednego na drugi brzek rzeki i znalazłam nocleg wydawałoby się wystarczająco daleko od turystycznego centrum. Niestety jak to zwykle bywa, jak się człowiek na coś nastawi, potem jest rozczarowany – tak było i w tym przypadku. Miasto okazało się dość ruchliwe, brzydkie i bez charakteru. Na rzece ten ruch wcale nie był mniejszy. Okazało się, że oprócz świątyń naprawdę nie ma tu żadnych ukrytych skarbów. Albo są… mocno ukryte :D No świetnie. Koniec końców i ja, niepałająca już wcale do kolejnych świątyń podobnych do tych, które już widziałam żadnym uczuciem, wypożyczyłam motor i zaczęłam zwiedzać…świątynie.

Jakie świątynie zobaczyć w Ayutthai?

Jest ich trochę, więc od którejś trzeba zacząć. Największe tłumy panują w raptem kilku, więc jak mamy ochotę od nich uciec, są dwa rozwiązania:

  • w Ayutthai nocować i zacząć zwiedzać wcześnie rano, przed przyjazdem jednodniowych wycieczkowiczów z Bangkoku
  • wybrać te na uboczu

Nie zwiedziłam wszystkich polecanych w przewodnikach świątyń, nie miałam na to ochoty. Wybrałam ich kilka. Mimo że miałam farta i przy wypożyczaniu motoru spotkałam parę Hiszpanów, którzy oddali mi swój karnet na zwiedzanie WSZYSTKICH świątyń w mieście ważny przez calutki miesiąc, nie powiem, żebym wykorzystała go na maksa, bo to nie świątynie były głównym celem mojego przyjazdu do Ayutthai, ale trochę kasy pozwoliło mi to zaoszczędzić.

Moje typy są dwa:

Wat Mahathat

słynna twarz Buddy ukryta w korzeniach drzewa – na żywo nie robi wcale takiego wrażenia, mimo wszystko to jedna z ciekawszych świątyń

Wat Yai Chai Mongkhon

z leżącym Buddhą

i mnóstwem mniejszych posążków, z których niektóre poubierane są w żółte szaty

Oprócz świątyń i jedzenia, Tajlandia kojarzy mi się z tym po prawej ;)

Na terenie świątyń (i wokół pomnika księcia Naresuana) znalazłam mnóstwo posągów kogutów – są ich tam setki, jeśli nie tysiące. Malutkie i olbrzymie, złote i kolorowe, a niektóre połyskujące w słońcu czy pokryte brokatem. Przywożą je tu tajscy pielgrzymi na upamiętnienie odzyskania przez Tajlandię niepodległości. Mówią, że tajski książe Naresuan, uwięziony przez Birmańczyków w XVI w., założył się z birmańskim księciem, że ten, czyj kogut wygra walkę, otrzyma władzę nad Tajlandią. Tajski kogut był silniejszy, do tej pory czci się go więc tutaj.

Moja ulubiona część, szczególnie w Tajlandii, czyli:

Gdzie smacznie zjeść?

Centrum zainteresowania turystów jest tutejszy night market, który jest jednak jednym ze słabszych, na których miałam okazję być w Tajlandii. Nijak się ma do tych w Krabi czy Bangkoku.

na night markecie

Tym razem szukałam bardziej wyrafinowanych dań niż smażony ryż czy makaron na tysiąc sposobów, które to na ogół w lokalnych jadłodajniach podają – choć Ayutthaya ma swoje miejscowe „boat noodles”. Postanowiłam poszukać czegoś na tripadvisorze, co u mnie na Jawie sprawdza się bezbłędnie, jednak w Tajlandii, jak się okazało, głównie turyści, a nie lokalsi, oceniają tam knajpy, wylądowałam więc w przyjemnych, ale z pewnością tylko dla turystów przeznaczonych restauracyjkach. Wciąż było pysznie (czy można w ogóle zepsuć tajskie jedzenie?), jednak ceny były sporo wyższe niż te, do których przyzwyczaiły mnie uliczne jadłodajnie.

som tam, czyli sałatka z zielonej papai oraz cha yen – tajska herbata z mlekiem i jadalnymi kwiatami

L: wołowina po tajsku z nerkowcami? Ee, nie, stir-fry brzmi lepiej; P: nieśmiertelne mango sticky rice, tu jeszcze z lodami i puddingiem o smaku mango

roti saimai – miejscowy przysmak. Mi nie podszedł

L: Na każdym kroku w tajskich miastach są maszyny z prawie darmową ozonowaną wodą pitną, podoba mi się! P: Kolejna twarz zero waste w Tajlandii – doniczka z bębna pralki

Gdzie spać w Ayutthai?

Dla tych na budżecie polecić mogę przyjemny hostel Slow Tree z bardzo fajną obsługą, czysty i wygodny. Mają łóżka w dormie i pokoje prywatne, wszystkie z klimatyzacją.

Jak dojechać do Ayutthai z Bangkoku?

Zapomniałam już jak proste jest podróżowanie po Tajlandii. Do Ayutthai z Bangkoku pociągi jeżdżą minimum co godzinę i są super tanie. Czas przejazdu to 1,5-2h. Rozkład jazdy pociągów znajdziecie tu. Na bangkocki dworzec Hualampong dostać się można autobusem z chyba każdego miejsca w mieście łatwo i tanio.

Pociag najniższej, 3.klasy. Bilet na trasie BKK-Ayutthaya kosztuje 15 bahtów – czyli 1,5 zł!

Jak przemieszczać się po mieście?

Na upartego można świątynie zwiedzać chodząc pomiędzy nimi pieszo, jednak odległości między niektórymi są spore. Większość turystów decyduje się na objazdówkę tuk-tukiem (choć targować się trzeba mocno) lub rowerem – to bardzo tania opcja i wypożyczalnie są zaraz po wyjściu z dworca i przekroczeniu rzeki łódeczką. Ja wypożyczyłam motor – ruch tutaj jest w porównaniu do Jawy dużo mniejszy. Działa tu też Uber i Grab, ale tylko samochodowy, moto taksówkarze za to krążą po mieście i wystarczy ich zatrzymać.

paręset metrów od dworca jest przystań łódeczki, którą za drobną opłatą (5 b) przedostać się można na drugą stronę rzeki, niedaleko bazaru

Ceny wstępów, godziny otwarcia świątyń

Jest wiele świątyń, do których za wstęp nie płaci się nic, ale za wejście do tych najważniejszych kasują najczęściej po 50b.

Można też kupić karnet upoważniający do wejścia do wszystkich, jego ważność to aż miesiąc! Kosztuje on 220 b.

Zdecydowana większość świątyń otwiera się o 8 rano i zamyka o 17:00 – nieliczne trochę później.

Czy warto zostać w Ayutthai na noc?

Na pewno w dwóch przypadkach:

  • jeśli chcemy zacząć zwiedzanie rano lub zakończyć wieczorem – unikniemy w ten sposób tłumów jednodniowych turystów z Bangkoku.
  • jeśli dalej kierujemy się na północ – Ayutthaję można wtedy zwiedzić po drodze, bo jest na linii kolejowej prowadzącej do Lopburi czy nawet Chiang Mai. Spokojnie jednak można obskoczyć wszystko co ciekawe w tym mieście w jeden albo nawet pół dnia.

W innych przypadkach, mając w Tajlandii mniej niż miesiąc, myślę, że szkoda czasu, są tu przyjemniejsze miejsca, jak choćby Sukhotai, po którym faktycznie pojeździć można rowerem – jest to jednak sporo dalej od Bangkoku.

34 komentarzy do posta Ayutthaya – pod znakiem świątyń

  1. Łysakowski napisał(a):

    niesamowite są te świątynie :) a twarz Buddy ukryta w korzeniach drzewa – na żywo może nie robi wrażenia, ale na zdjęciu wygląda niesamowicie

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Wszystko zależy pewnie od punktu odniesienia, podejrzewam, że gdyby to był mój pierwszy kontakt z buddyzmem to też by mnie zachwyciły ;)

  2. Mom in Asia napisał(a):

    Oczarowało mnie to miejsce ! :) Zapraszam do siebie ;)

  3. Anonim napisał(a):

    Tajlandia ciagle jest na liście miejsc do zobaczenia, może w tym roku się uda..

  4. Anonim napisał(a):

    To jedno z tych miejsc, gdzie chciałam dotrzeć ale mi nie wyszło. Trzeba będzie kiedyś po raz trzeci wybrać się do Tajlandii :)

  5. tohvri napisał(a):

    Ja ciągle nie mogę przekonać się do Azji i choć w zeszłym roku byliśmy w Japonii i Azerbejdżanie (to średnio Azja) to nadal nie ciągnie mnie w tamte strony. I choć jak czytam to jestem zafascynowany niemal wszsytkim, to jak mam zaplanować wyjazd, to zawsze znajdę jakiś inny kierunek :/

  6. Anonim napisał(a):

    Ayutthaja to było pierwsze miejsce w Tajlandii które zobaczyliśmy :)

    • Emi w drodze napisał(a):

      To pewnie sentyment macie ;) Moim pierwszym razem w Tajlandii znajomi, z którymi tam byłam, wybrali się do niej na jednodniową wycieczkę, a ja zostałam w BKK przy hotelowym basenie. Było to już po 3 tygodniach zwiedzania, a przed Kambodżą i innymi krajami pełnymi świątyń, więc odpuściłam, bo już wtedy świątynie zaczęły mnie nudzić :P

  7. Anonim napisał(a):

    A byłaś może w Sukothai’u :)?

  8. Anonim napisał(a):

    Bardzo mi się tam podobało tylko pamiętam, że w październiku był straszliwy upał. Fajnie zwiedza się świątynie rowerkiem, ale niekoniecznie jak jest 35 st w cieniu :P

  9. Anonim napisał(a):

    Dużo pozytywnych rzeczy słyszałem o tym miejscu. Zresztą jeśli ktoś nigdy w Tajlandii nie był to wszystko będzie się podobało ;)

    • Emi w drodze napisał(a):

      To prawda :) Ja pierwszym razem w Tajlandii (był to też mój pierwszy raz w Azji) byłam absolutnie podjarana każdą najmniejszą świątynką.

  10. Anonim napisał(a):

    A ja się ostatnio zastawiałam czy warto tam się wybrać i chyba mam odpowiedź:D Albert,

  11. Anonim napisał(a):

    Oj Tajlandia od dawna jest na mojej liście (znajomi potrafią po kilka razy tam jeździć).

  12. Anonim napisał(a):

    Mnie tez Ayutthaya się stednio podobała, Sukhotai o wiele fajniejsze!

  13. Anonim napisał(a):

    Jak to co robic? Jesc i chodzic na masaz. Dzis rano pierwsza moja mysla bylo, ze powinnam raz w roku jezdzic do Tajlandii-na tydzien- nie zwiedzac tylko chodzic co dziennie na masaz i jesc duzo.
    Jak kiedys trafie jakies mega tanie bilety to moze pojade na taki krotki wyjazd bez wielkiego zwiedzania.

    • Anonim napisał(a):

      To ja pojade z Toba i bedziemy sobie chodzic na masaze

    • Henryk w terenie napisał(a):

      dzień przed wylotem z Bangkoku mieliśmy podobne myśli w głowie zwiedzanie, obserwacje to jedno, ale najeść się na zapas i nachodzić na masaże też wypada ;)

    • Anonim napisał(a):

      Henryk w terenie no! Ktos rozumie! Bo jak na forum o Tajlandii w watku co robic w Bangoku napisalam, ze zabytki to rzecz drugorzadna a trzeba jesc i dac sie masowac to bylo swiete oburzenie ;-)
      Ja oczywiscoe zwiedzalam sporo. Ale zaczelismy wakacje na Raily gdzie nie robilismy nic-i wtedy mnie naszla refleksja ze ja moge tam zostac-jesc mango, patrzec na morze i chodzic na masaz i to beda najlepsze wakacje. No ale ruszylismy w droge zgodnie z planem.

    • Henryk w terenie napisał(a):

      Magdalena Czekaj haha no tak, współcześnie liczy się ilość odwiedzonych miejsc, przebytych kilometrów a nie to, ile razy zjedliśmy mango sticky rice czy ile mrożonych herbatek wypiliśmy, obserwując bajeczny zachód słońca ;D my coraz częściej przekonujemy się do trybu slow travel, na bieżąco zmieniając ustalony plan trasy ;)

    • Anonim napisał(a):

      Henryk w terenie ja lubie ustalona trase-i super mi sie te wakacje w Tajlandii udaly, ale zostawiam sobie dni nie zaplanowane w 100% albo wlasnie przeznaczone na nic nie robienie (z opcja ruchoma-w sensie jestem gdzies 3 dni z czego jeden bedzie nie wypelniony zwiedzaniem, na miejscu decyduje ktory).

    • Henryk w terenie napisał(a):

      My zazwyczaj docieramy w każde z zaplanowanych miejsc,ale zdarzało nam się po przybyciu do któregoś z miast wydłużać pobyt, bo „jest lepiej niż się spodziewaliśmy” lub skracać bo niczym nas nie urzekło, podobnie z kolejnością odwiedzanych miast, ale tutaj większy wpływ mieli już ludzie poznani po drodze i pogoda ;)

    • Emi w drodze napisał(a):

      Ależ oczywiście, że podzielam :) Właśnie poczilować do Ayutthai pojechałam! Ale…są miejsca, które temu nie sprzyjają – chociaż jak na załączonych obrazkach widać, przynajmniej dobrego jedzenia nie zabrakło :D

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.