O Tajach słów kilka

Bardzo podoba mi się luzackie podejście Tajów do życia. Zero pośpiechu, żadnych nerwów. Kiedy zamawiamy w knajpie danie z menu, babeczka uśmiecha się, potwierdzając głową, że ok. Jeśli jednak chcemy coś do picia, mamy sobie iść do 7 eleven (popularna tu sieć sklepików, często całodobowych), bo jej się picie skończyło. Kolega zbiera zamówienia i idzie do sklepu, a babka powoluuuutku drepcze za nim. Okazuje się, że zabrakło jej szynki i bekonu, co oznajmiła nam oczywiście z uśmiechem :) W 7 eleven szynki też nie mieli :)), więc chłopaki muszą wybrać coś innego do jedzenia.

Rodzinka prowadzaca knajpe ma tez prowizoryczne biuro podrozy, gdzie targujac sie zamawiamy bilety na lodke na kolejna wyspe. Sa tansze niz w kasie przy przystani promowej! Na kanapie w kacie lezy spasiona mloda Tajka i oglada lokalna telenowele. Na podlodze na srodku rozwalony pies. Pamietajmy, ze to restauracja ;) Uslugi maja naprawde wszechstronne- pod sciana stoja tez 2 rowery do wypozyczenia, a na poleczce towary na sprzedaz- tubka kremu do opalania, wieszaczek na recznik z Kubusiem Puchatkiem i kilka ksiazek po angielsku- to wszystko, co maja. Podejrzewam, ze jak trzeba, to organizuja tez inne uslugi.

W innej z knajpek koles rzuca nam menu i do tego zostawia notes z dlugopisem- mamy sami napisac, co chcemy zamowic, bo on jest tak zaabsorbowany ogladaniem meczu :)

Dzien wczesniej oddalam ciuchy do prania (pralnie sa tu na kazdym rogu- 30 do 50 B za kg). Rano chce je odebrac, a tam drzwi wprawdzie otwarte, ale na nich karteczka „closed” :) Nerwowka, bo za chwile mamy prom na inna wyspe, a ja oddalam tam wiekszosc ciuchow (czyli caly 1kg). Wolam, wlaze na zaplecze, ale nikogo nie ma. P. juz chce isc, mowi sie trudno, kupie nowe ciuchy, ale w ostatniej chwili zauwazam torbe z moimi rzeczami na stole. Uwielbiam ten kraj!

Z Koh Tao zmywamy sie wczesniej niz mielismy w planach. Oprocz bujnego zycia nocnego (fajne chill-outowe knajpki na plazy) i super warunkow do snorkellingu (ogladalismy niesamowite kolorowe rybki i rafe koralowa tuz pod powierzchnia wody!) nie ma tu nic ciekawego. Chlopaki chca robic kurs nurkowania, ale decydujemy sie przelozyc to na inna wyspe, bo tu reszta by sie przez te 3-4 dni zanudzila.

znajdz kraba. Biega toto malenstwo po plazach w ilosciach ogromnych i gniezdzi sie w dziurkach wykopanych w piasku.

Inna scenka- kupujemy bilet laczony z wysepki Koh Tao do Krabi. Czesc ma byc promem, a dalej autobus. Dopiero po drodze okazuje sie, ze lodke mamy zmienic. Zadowoleni wsiadamy juz pozniej do wypasionego autobusu, ktory ma nas zawiezc do celu, po kilku minutach zatrzymujemy sie jednak i kaza nam wysiadac. Kolejna przesiadka. Podjezdzamy kawalek song-thaewem (a nasze bagaze na jego dachu :/) i znow w autobus. Gdy po chwili znow stajemy, chce nam sie smiac, ale to tylko kierowcy zachcialo sie pic :) kupil cole i jedziemy dalej!

Pod wzgledem logistycznym maja tu wszystko perfekcyjnie zorganizowane. Przy wsiadaniu na pierwsza lodke kilka osob pyta sie nas, dokad docelowo plyniemy. Przyczepiaja nam rozne kolorowe wstazeczki i naklejki do bagazy, na nadgarstku i koszulce, tak zeby przy pozniejszych transferach i przesiadkach bez problemu kierowac nas do odpowiednich autobusow czy lodek. Bagaze przerzucaja sami.

No i tym sposobem znad Zatoki Tajlandzkiej przenieslismy sie na wysepki Morza Andamanskiego. Tzn teraz jestesmy w Krabi i leje deszcz (ale jest upalnie, wiec nawet przyjemnie tak zmoknac), ale juz rano ruszamy na Koh Lanta.

Idac ulica czesto slysze prad plynacy w zwojach kabli. Zastanawialam sie, jak prezentuje sie to w deszczu (moze fajerwerki?), wiec czas zwijac sie z kafejki i isc na spacer :)

bezpieczenstwo to podstawa ;) tak wyglada przecietny tajski slup elektryczny..

Komentarz do posta O Tajach słów kilka

  1. Ewa napisał(a):

    Pamiętam dokładnie taką wyprawę z Koh Tao do Krabi. Byłyśmy przekonane, że utkniemy na wyspie. Pogoda była słaba, a fala uniemożliwiła przypłynięcie na wyspę promu z Surat Thani. Promy na Koh Phan-gan i Ko Samui też już wykupione. W końcu udało nam się kupić bilety z promem do Chumphon. Trochę naokoło i bez gwarancji, że prom dopłynie. Przypłynął. Szczęśliwie zakupiłam jakiś tajski specyfik na chorobę lokomocyjną. Okazało się, że fala miała 5 metrów a na pokładzie wszystko i wszyscy latali. „W cenie” był serwis wiaderkowy – czyli obsługa próbująca uratować statek przed utonięciem w wiadomo czym. A na lądzie wysadzili nas na jakiejś stacji autobusowej i po godzinie czekania byliśmy przekonani, że to podpucha i tak nas już zostawią. Nie zostawili :) Transport w Tajlandii jest doskonale rozwiązany :)

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)