Postój na północy

W północnej części Tajlandii musiałam spędzić ponad tydzień, bo w znanym mi już dobrze Chiang Mai złożyłam wniosek o wizę do kolejnego kraju (ci, którzy śledzą bloga na bieżąco, pewnie już się domyślili, jakiego ;)), na którą czeka się 7 dni, co i tak trwa krócej niż w Polsce.

Sporo czasu zostało mi więc na zwiedzanie i miałam ambitne plany zeksplorowania okolicy, a potem zatrzymania się jeszcze w Sukhotai i Lopburi w drodze do Bangkoku, ale przyznaję – zmęczona już jestem ciągłym jeżdzeniem wte i wewte, wybrałam się więc na 2 dni do górskiego miasteczka Pai, a pozostały tydzień spędziłam w Chiang Mai, które okazało się pierwszym w mojej podróży miejscem, gdzie czuję, że mogłabym zamieszkać.

Pai to takie tajskie Zakopane, ktore turystyczny boom przezywa dopiero od kilku lat. Kiedys bylo tu zatrzesienie tanich guesthouse’ow, ale jakis czas temu powodz zniszczyla wiekszosc z nich i teraz miasteczko odbudowuja w stylu raczej ‚upmarket’. W czasie dnia ciezko o tanie jedzenie, na szczescie wieczorem jak zwykle jest bazar :)

bambusowy mostek w Pai

Na niemal wszystkich pamiatkowych koszulkach, w jakie mozna sie tu zaopatrzyc, jest rower (nie wiem czemu, bo tu, w przeciwienstwie do Chiang Mai, na rowerach nikt nie jezdzi), skrzynka pocztowa (tez nie umiem rozkminic symboliki..) albo tabliczki z numerami „1095” (nr drogi prowadzacej tu z Chiang Mai) i „762” (liczba zakretow na tej drodze!).

„to on zabil Twojego tate”

Pai polozone jest juz blisko granicy z Birma. Widac tu birmanskie wplywy- troche inne jest jedzenie czy rekodzielo. Sporo jest tez Muzulmanow.

smiesznie wygladaja skosne oczy spogladajace na ciebie zza burki

czapki w birmanskim stylu

tu czapa sie przydaje- noce sa naprawde chlodne

Czas spedzam z dwoma Amerykankami – jedna z nich wciaz chodzi w masce, bo mowi, ze powietrze tu (w gorach!) jest strasznie zanieczyszczone, ale pochodzi z Alaski, wiec pewnie doswiadczyla powietrza JESZCZE czystszego ;) Druga z nich od urodzenia mieszka na Manhattanie i przypomina mi bohaterke „diabla u Prady”- elegancka laseczka, zarabiajaca kupe kasy, ale podrozuje z plecakiem i jest bardzo otwarta na nowosci- udalo mi sie ja nawet namowic na powrot do Chiang Mai stopem. Ja dla obu z nich jestem egzotycznym zjawiskiem, bo jestem pierwsza Polka, jaka w zyciu poznaly. Jak dla wielu Amerykanow i Australijczykow zreszta.

Pai to przyjemne miasteczko, ale nie ma tu nic specjalnie ciekawego. Mozna wybrac sie na trekking w gory, na wycieczke do tzw. „plemion gorskich”, ale ja sie w to nie bawie, bo wiem, ze tajski rzad placi kobietom w tych wioskach, zeby zostawaly w nich i nosily te obrecze na szyjach. Chcac poznac prawdziwe gorskie plemiona, trzebaby sie bylo wybrac gdzies daleko w niedostepne gory i wlezc z butami w ich zycie. Zostaje w miasteczku i wreszcie mam przynajmniej czas, zeby odpowiedziec na wszystkie maile ;)

No a wieczorami oczywiscie bazary:

kult Angry Birds i twittera

Po dwoch dniach wracam do ukochanego Chiang Mai i od razu po wprowadzeniu sie do dorma poznaje szalona Australijke, ktora nie pozwala mi nawet wziac prysznica ani sie przebrac, tylko wyciaga na nocny market razem z innymi ludzmi. Okazuje sie, ze tego dnia dostala prace we Francji i jest tak szczesliwa, ze funduje nam wszystkim przejazdzke tuk-tukiem po miescie. Jedziemy do wypasionego 5gwiazdkowego hotelu, w ktorym mieszka Francuzka- przyszla pracodawczyni Australijki. Za dwuosobowy pokoj o wartosci co najmniej kilkudziesieciu dolarow placi $15 wraz ze sniadaniem- takie promocje latwo znalezc na Agodzie albo innych tego typu stronach. Napalamy sie na przeprowadzke tam choc na jedna noc, zeby zaznac tez troche luksusu, ale w koncu nic z tego nie wyszlo. Wracamy za to do hotelu nastepnego dnia poplywac w basenie- jako znajomi goscia hotelowego nawet nie musimy za to placic :)

Niesamowite, jak sie to wszystko pieknie uklada- gdybym przyszla do dorma 5 minut pozniej, ominalby mnie taki swietny wieczor!

W tym miescie w ogole mnostwo sie dzieje, kazdego wieczoru jest jakies ciekawe wydarzenie. Mieszka tu bardzo duzo obcokrajowcow i zycie nocne i kulturalne kwitnie. Ktoregos razu wybieramy sie do lokalu z jazzem na zywo. Pierwszy raz w zyciu widze taki prawdziwy, murzynski jazz- kto by pomyslal, ze odnajde takie miejsce wlasnie w Azji! Graja i czarni, i biali, i miejscowi.

live jazz

I nie wiem, jak moglam pisac, ze Australijczycy sa pusci – oczywiscie wiekszosc z nich jest ;), ale Sophie jest cudowna osoba i zaprzyjaznilysmy sie przez te kilka dni. Niestety juz wyjechala do Laosu- pozegnania sa nieodlaczna, ale i najgorsza czescia podrozy :( Sophie mieszkala przez kilka miesiecy w Indiach- znow opowiada mi mnostwo ciekawych rzeczy i przydatnych wskazowek.

Kolejne dni spedzam na jezdzeniu rowerem po miescie, lazeniu po knajpkach i ulicznych bazarkach i w kafejkach internetowych- gdybym wiedziala, ze na kazdy wpis bede poswiecac minimum 2godziny, chyba nie zaczelabym zabawy w tego bloga :P

znow swiatynie na kazdym kroku

Rozpieszczam sie, wybierając sie na godzinny masaz stop, niesamowite, ile te drobne Azjatki maja sily w rekach! Nie zawsze trafi sie dobrze, ale niektore sa prawdziwymi profesjonalistkami – kiedy uciskaja rozne punkty na stopach, cieplo przechodzi przez cale cialo. Masaz powinien sie nalezec kazdemu czlowiekowi przynajmniej raz w tygodniu! ;) Tu mozna sobie na to pozwolic, bo za godzine podstawowego masazu placi sie jakies 15 zl. Bardziej specjalistyczne albo te z olejkami sa oczywiscie drozsze. Sa tez „blind massage”, czyli salony masazu prowadzone przez niewidomych (albo ich udajacych). Najbardziej popularne sa one w Kambodzy. Jak ktos woli, mozna poddac sie masazowi na ulicznych bazarach, gdzie ustawione sa cale rzedy lezakow, ale jak tu sie zrelaksowac przy dzwieku motorkow i tuk-tukow? Choc w sumie dobry masaz do przyjemnosci nie nalezy, a wrecz boli, mnie jeden z nich tak odprezyl, ze zasnelam, a otwierajac oczy, przez chwile nie wiedzialam, gdzie jestem i dopiero po kilku sekundach uprzytomnilam sobie, ze to przeciez Azja i ze wlasnie spelniam swoje marzenia ;)

Zalapuje sie tez na serie kolejnych masazy za darmo, bo znow spotykam Agate, ktora robi tu 5 dniowy kurs masazu i wieczorami trenuje na mnie :)

kawalek elementarza do kursu masazu :P

Chiang Mai, oprocz masazy, oferuje tez ogromna palete innych kursow – m.in. gotowania (jeden dzien z takiego kursu spedza sie na bazarze z nauczycielem pokazujacym, co jest co), medytacji…

Przez chwile dziele pokoj ze Szwajcarka, ktora po paru dniach decyduje sie na przeprowadzke na 10 dni do mnichow na medytacje, co tez rozwazalam (w krotszej, 4dniowej opcji, co i tak wydaje mi sie dlugo). Wybierajac sie na cos takiego, nie wolno miec ze soba zadnych sprzetow ani nawet kosmetykow, a wszystkie ciuchy musza byc biale. Dni spedza sie w sumie wylacznie na medytacji i nie ma sie nawet do kogo odezwac. Troche nie wyobrazam sobie tam siebie, ale ja tu jeszcze wroce i tego sprobuje!

Mozna skoczyc na bungee albo wybrac sie do parku linowego zawieszonego 60 m nad dzungla.

Studia tatuazu sa na kazdym kroku, ale jak sie dobrze rozejrzec to mozna tez zrobic sobie tatuaz u mnichow. Bambusowa rurka- to lokalna metoda, ale efekt ten sam. Zachwyca mnie ten pomysl, ale znajomy Kanadyjczyk przypomina mi, ze ta opcja dostepna jest tylko dla facetow – mnich przeciez nie moze dotknac kobiety.

Ktoregos wieczoru w babskim gronie jezdzilysmy rowerami po miescie, kiedy jednej z nas dwoch facetow na motorze ukradlo torebke. Ja jechalam z tylu i najpierw mineli mnie, ale widzac, ze mam torebke przewiazana i przymocowana do kierownicy, mineli mnie i porwali torebke kolezance z przodu. Miala tam aparat, telefon i sporo kasy, ale na szczescie NIE paszport, a to najwazniejsze. Probowalysmy ich nawet gonic, robiac mnostwo krzyku, zeby ktos ich zatrzymal, ale niestety mieli przewage. Jedna z dziewczyn opowiada, ze w Indiach okradl ja mnich buddyjski! Mowi, ze nigdy nie zapomni jego durnego usmieszku, jak odwrocila sie i widziala go uciekajacego z jej torebka :/

Kradzieze zdarzaja sie i w dormie. Niestety nie zawsze sa dostepne skrytki na kluczyk. Z tego, co mowia ludzie, najczesciej ida ladowarki do telefonow i aparatow. Wszystkie wazne rzeczy i tak nosze ze soba, ale kiedys zdarzylo mi sie, ze ukradli mi z plecaka… tampony, i to tylko pol pudelka, zebym sie za szybko nie zorientowala ;] Ktos musial byc naprawde w potrzebie :P

dzieciaki

czekając na otwarcie galerii handlowej

mnich na zakupach

azjatycka wersja La Costy

kantor+bankomat na kolkach

w dormie- z TAKĄ pościelą to prawie jak w domu ;)

oltarzyk

madrosci Dalajlamy na drzwiach toalety w jednej z knajpek

dUs Auto? Volkswagen

Mistrzowie logistyki cd.:

:D

Jestem w Bangkoku i jutro rano opuszczam te czesc Azji. Juz wiem, ze bede tesknic, ale wiem tez, ze prawdopodobnie jeszcze w tym roku tu wroce :) Nie rozumiem ludzi, ktorzy mowia, ze Tajlandia jest za turystyczna i najmniej ciekawa z regionu – tacy na ogol byli tylko w Bangkoku i na Phukecie, tudziez innych wyspach i z wlasnego wyboru nie ruszyli sie poza hotel. W pelni za to rozumiem te masy bialych facetow, ktorzy traca glowy dla Tajek i zostaja tu, zeniac sie, bo niektore z nich, nie dosc, ze nieprzyzwoicie piekne (az zazdrosc zzera), to jeszcze wiecznie usmiechniete od ucha do ucha. Przeciez to ludzie tworza kraj!

3 komentarzy do posta Postój na północy

  1. Przemek napisał(a):

    Fajnie jest to czytać, mając w głowie wspomnienia z tych miejsc i jakże podobne odczucia. Łatwo jest przypiąć łatkę Tajlandii komercyjnej, ale jak wyjedzie się w leśne dukty i pozna ludzi gdzieś na prowincji, to nagle jakże inaczej potrafi to wyglądać. No i Chiang Mai i Pai… tęsknota zżera.

    • Emiwdrodze napisał(a):

      Nawet w Tajlandii czy na Bali da się odkryć niezadeptane przez turystów miejsca, w końcu większość z nich nie postara się nawet, żeby wyjechać poza utarty szlak :)

      • Przemek napisał(a):

        Dokładnie tak! No i dobrze. Dzięki temu masowa turystyka nie wedrze się wszędzie. :-) Pozdrawiam i powodzenia.

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)