Skok z wysp na północ

Mimo mojego wcześniejszego negatywnego nastawienia do Phuketu, podobało mi się tam, bo w końcu udało się poplażować :) A po kilku dniach tam spędzonych przetransportowaliśmy się do Chiang Mai.

Samo Phuket Town- stolica wyspy Phuket- to okropne, obskurne miasto, ktore przewodnik opisuje jako „piekne miasteczko z portugalska starowka” (Tajlandia nigdy nie byla skolonizowana przez zaden kraj, ale Phuket byl pod wplywem m.in. Portugalczykow). Miasto jest niezadbane i brudne, po ulicach biegaja wielkie karaluchy. Jestesmy zmuszeni tu przenocowac, ale nastepnego dnia zmywamy sie z samego rana do Kata Yai- podobno jednej ze spokojniejszych czesci wyspy. W koncu udalo sie przez choc pol dnia polezec plackiem na plazy, od czasu do czasu ruszajac sie do wody.

Natlok turystow jak w Mielnie, lezak na lezaku, hotel na hotelu, ale wcale sie nie dziwie, bo warunki do plazowania swietne- bardzo szeroka plaza i lagodne zejscie do morza z piaszczystym dnem i krystalicznie przezroczysta woda. Kawalek dalej skaly i kolorowe rybki- dla tych, ktorzy wola snorkelling, a chwilami dla urozmaicenia duze fale. Po paru godzinach takiego lezakowania jednak sie poddajemy (opalenizna poglebia sie tylko do pewnego momentu, chyba bardziej brazowi juz nie bedziemy..) i wypozyczamy deske do skimboardingu, zaczyna sie zabawa :) jest duzo smiechu, szczegolnie dla ludzi stojacych obok i nas obserwujacych, ale nie jest to takie proste, na jakie wyglada- rzucamy sie na plytka wode, tylko ze ten bielutki drobniutki piasek wcale nie jest miekki, ladowanie na tylku/kolanach/nadgarstkach jest bolesne i dla mnie konczy sie tylko siniakami, ale dla jednego z kolegow troche gorzej . W nocy wizyta w szpitalu- warunki podobno lepsze niz polskie, wszystko trwalo bardzo szybko i bez problemu mozna bylo sie porozumiec po angielsku. Przeswietlenie reki i diagnoza- zwichniecie. Na szczescie obylo sie bez zlamania.

Wybralismy sie tez pod posag Big Buddy, ktory ma 45m i sam jego pojedynczy lok na glowie ma 1m wysokosci. Widac goscia prawie z calej wyspy, bo wznosi sie na wzgorzu na jej srodku.

posag Big Bhuddy na Phukecie

Wieczorem na plazy drinkujemy, plaza jest zupelnie opustoszala, o wiele przyjemniej niz w dzien. W pewnej chwili niedaleko nas zaczyna sie calkiem wypasiony pokaz fajerwerkow, a pozniej podchodzi do nas ich sprzedawca i chce, zebysmy zaplacili jakies 300-400zl za nastepny taki kilkuminutowy show. Widac jacys przed nami sie skusili. Jest tu bardzo duzo Rosjan, w niektorych sklepikach napisy sa tylko cyrylica, co troche utrudnia zakupy i jak dla mnie to juz niezla dyskryminacja :/

Wyspa byla najbardziej zniszczona w trakcie tsunami 2004r., wiec cala ta infrastruktura powstala na nowo w bardzo krotkim czasie- ostatnich kilku lat, bez ladu i skladu, ale widac niektorym 2tygodnie urlopu all inclusive w takim miejscu odpowiada. My po dwoch dniach zaspokajamy swoj niedosyt plazowania (bo na innych wyspach wcale sie duzo nie byczylismy, bylo tyle ciekawszych rzeczy) i decydujemy sie na przelot na polnoc kraju- do Chiang Mai. Bilety kupujemy na dzien przed wylotem i kosztuja ok. 400zl, ale taka cena spontanicznych decyzji..To jakies 1700km i klimat tez sie rozni- tak jak i w Polsce jest tu teraz zima;) i wieczorem przydaje sie bluza z kapturem. Jest za to czysciej, taniej, mniej turystycznie i zdecydowanie przyjemniej, mimo ze to drugie co do wielkosci miasto Tajlandii- ok. 400tys. mieszkancow.

Pierwszego dnia wypozyczamy rowery (40B za dzien) i robimy rundke po wazniejszych swiatyniach w miescie (a ogolem jest ich ok.300). Jezdzi sie latwiej niz myslalam- okazuje sie, ze na drodze obowiazuja jednak jakies zasady oprocz tej, ze „wiekszy ma zawsze racje” ;) Ciezko mi tylko sie polapac w rondach, bo ruch jest lewostronny.

W jednej ze swiatyn siedzi sobie mnich. Siedzi i sie nie rusza. Myslimy, ze medytuje. Czaimy sie, zeby do niego podejsc i porobic zdjecia. Pawel mowi nagle, ze mnich sie do niego usmiechnal:)) Bierzemy to za zgode na fotografowanie i smialo podchodzimy blizej, a tam tabliczka- urodzony w tym i w tym roku, zmarl w 2008r. Niesamowite, jak realistycznie wygladal! Zrobiony byl z wlokna szklanego, a wygladalo to o wiele autentyczniej niz figury woskowe.

ozdobka ktorejs z kilku swiatyn, ktore (jako nieliczne z ponad 300) zwiedzilismy ;)

Oblegaja nas kilkunastoletnie dzieciaki z ankietami- to ich praca domowa na angielski. Sa strasznie oniesmielone i chichocza, tak jakby to byl ich pierwszy kontakt z obcokrajowcami. Na koniec chca miec z nami zdjecie:))

Pawel robi zdjecie usmiechnietemu mnichowi, a ten mu za to jeszcze dziekuje, tak jakby nie wiadomo jaki zaszczyt go kopnal! co za kraj:)

Wieczorem wybieramy sie na Night Market- jestem w raju :D kilometry uliczek, bazarow, kolorowo, pachnaco i w ogole och ach. Zaopatruje sie w kolczyki za 29B, a reszte poki co tylko ogladam- piekne lampiony, jedwab w kazdej postaci, a posrodku ogromna dzielnica z jedzeniem. I wiekszosc rzeczy hand made- wygladaja raczej porzadnie i malo kiczowato.

Czesc grupki wybiera sie na tajski boks- w przewodniku pisza, ze to koniecznie trzeba zobaczyc, bedac w Tajlandii, ale ja sobie odpuszczam i wole poszwendac sie dluzej po bazarze:)

Dzien pozniej wybieramy sie na dwudniowy zorganizowany trekking w okoliczne gory z noclegiem w dzungli.

Jada z nami tez dwie Japonki w dzinsach i pelnym make-upie na twarzy i z kosmetyczkami wiekszymi niz moja na caly wyjazd. Przez cala droge bawia sie swoimi wypasionymi telefonami, ktore my zostawilismy w hostelowym depozycie. Zaczynamy od kilkunastometrowego wodospadu, w ktorym zaliczamy pierwsza tego dnia kapiel- juz wiem, co maja na mysli, mowiac o czyms w reklamach „z sila wodospadu”. Pod sama sciana wody ciezko zlapac oddech i utrzymac sie na nogach. Znosi mnie na bok i chce, zeby kolezanka podala mi reke, na co ona: „nie moge, bo musze trzymac majtki” :P

Nastepny przystanek (jeszcze jedziemy pick-upem) mamy przy goracych zrodlach, w ktorych tez sie kapiemy, mimo, ze woda prawie parzy. Znajduja sie tez tacy, ktorzy w tej wodzie gotuja jajka :))) Po drodze jest jeszcze gejzer i dalej juz idziemy przez gory, lasy. Miala to byc dziewicza dzungla (wybralismy niby taka ambitniejsza wersje wycieczki), ale oczywiscie nie nastawialismy sie na to zbytnio. Sciezka jest wydeptana i miejscami wyglada jak taka w polskich gorach- rosnie nawet nasza sosna. Widzimy tarantule wylazaca z nory (to cos, czego balam sie najbardziej, ale jakos udaje mi sie nie zemdlec :P), przewodnik straszy nas tez sztucznym gumowym wezem, rzucajac go nam pod nogi. Ciagle gada i spiewa „abudża”, co w ich jezyku ma oznaczac „dzien dobry”, „do widzenia”, „dziekuje”, „dobrze” i kilka innych rzeczy. Smiejemy sie, ze to tak uniwersalne slowo jak polskie „k**wa” :P

Nocujemy w wiosce liczacej nie wiecej niz 30 mieszkancow. Dzieciaki maja tu do najblizszej szkoly 4h piechotka w jedna strone (inaczej sie nie da, chyba ze tratwa po rzece, gorzej z powrotem pod prad) i niektore chodza do niej codziennie- wyobrazacie sobie takie dziecinstwo? Wspolczuje im, ze wychodzac spod prysznica musza natykac sie na turystow.. Ale maja na tym niezla kase- za cala wycieczke zaplacilismy 1800B, czyli prawie 200zl. W cenie bylo duzo jedzenia, bamboo rafting, jazda na sloniach i ognisko wieczorem. Trafilo nam sie ciekawe zjawisko, bo akurat byla pelnia ksiezyca i jednoczesnie jego zacmienie! Mieszkancy wioski to animisci i wierza, ze przegonia zacmienie waleniem w gongi i wystrzalami ze strzelby- dla nas to taka dodatkowa atrakcja.

swinka domowa wielkosci kozy- w wioskach hoduja toto zamiast pieska czy kotka

Widzimy pare pajakow wielkosci dloni.. Przed snem nakrecamy sie, przypominajac sobie, ze przecietny człowiek ponoc przez cale zycie zjada podczas snu 8 pająków :/ W nocy jest 12stopni, a ja (mimo moskitiery wiszacej nad lozkiem) schizuje sie tym, co biega, lata i skacze wokol mnie tak bardzo, ze zasypiam dopiero nad ranem.

Drugi dzien to przejazdzka na sloniach (niezle wrazenia sa podczas schodzenia zwierzaka z brzegu do rzeki- trzeba sie mocno trzymac, zeby nie zsunac sie z grzbietu) i dwugodzinny splyw spokojna rzeka, ktorzy nam sie okropnie dluuuuuuzy i nuuuuuudzi.

slon w kapieli

Z powrotem w Chiang Mai jestesmy pod wieczor i to akurat pora, zeby wybrac sie na kolejny night market- taki weekendowy. Z ruchu wylaczona jest jedna z glownych ulic miasta, porozkladane sa stoiska ze wszystkim i z niczym, tlok jak na Krupowkach, ale klimacik mi sie podoba. Jest duzo muzyki, jedzenia no i w tak duzym skupisku Tajow z moim 1,62m czuje sie mega wysoka ;)

Chlopaki od kilku dni marza o Mc Donald’sie, znudzeni codziennym wybieraniem pomiedzy ryzem a makaronem. W koncu tu go znajdujemy- od poczatku wyjazdu nie widzialam u nich takiego blysku w oku i wypiekow na twarzy;) ja- niechetnie- ale tez cos tam zajadam. Do tej pory jedynie dwa razy mialam kryzys i przesyt tajskim zarciem. Zamowilam sobie wtedy jakiegos sandwicha w „american style”. Ale poki co po prawie miesiacu pobytu wytrwale i chetnie trzymam sie lokalnej kuchni.

Hitem tygodnia jest kobitka w recepcji naszego guesthouse’a, ktora zalatwia nam bilety na pociag do Bangkoku (jedziemy tam dzis w nocy). Wczesniej bylismy na stacji kolejowej, zeby dowiedziec sie, ze miejsc w pociagu zwyczajnie brak, bo trzeba je rezerwowac na 3-4 dni przed wyjazdem. Nie wiemy co robic dalej i babeczka mowi nam „no problem. mam znajoma w kolejach. Kiedy chcecie jechac? Jutro? zadzwonie do niej i DOCZEPIMY jeden wagon” :D rozwala nas to na lopatki. Po prostu cos, co w europejskim rozumku sie nie miesci.

Tak wiec, niedlugo znow Bangkok.

I ciagle polecam galerie Pawla, bo przyznaje, ze majac obok fotografa z takim sprzetem nie chce mi sie cykac za duzo wlasnych zdjec.

Podobne wpisy:

4 komentarzy do posta Skok z wysp na północ

  1. Domi napisał(a):

    He, nie wiem, nie pytałam :D

  2. Domi napisał(a):

    A z tej skimdeski to przypadkiem nie wystarczy zeskoczyć żeby się nie potrubować? Jeszcze ani razu nie widziałam żeby ktoś się przewrócił, a wiara się na kamienistej plaży ślizga :]

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę :)