Czekając na wizę

Problemy na granicy pokrzyżowały mi trochę plany- nie mogę ruszyć się dalej na północ i utknęłam w Ho Chi Minch City na dłużej.

Jutro lub pojutrze zrobie sobie 2-3dniowy wypad w delte Mekongu i 17.01 wreszcie nadejdzie ten dzien, kiedy (mam nadzieje) w koncu ponownie wjade do Wietnamu z upragniona wiza :) ludzie radza mi, zeby olac system i probowac jechac dalej na tej pieczatce, ktora mam w paszporcie, ale w hotelach od kazdego chca paszport (ja zostawiam kopie, choc czesto marudza, ale z paszportem sie nie rozstaje, mowy nie ma) i zglaszaja go na policji. Tu wszystko jest kontrolowane, a wolę nie igrac z komunistyczna policja.

Wiedzieliscie, ze na swiecie jest juz tylko 5 komunistycznych panstw? Oprocz Wietnamu to Laos (moja nastepna destynacja), Korea Polnocna, Chiny i Kuba

Komunikacja w Wietnamie jest dosc latwa. Sa do wyboru pociagi i autobusy, trzeba tylko uwazac, zeby wsiasc w ten, co trzeba…Wyjezdzajac z Kambodzy kupilam bilet na autobus w innym biurze niz znajomy Kanadyjczyk (bo bylo taniej :P), odjezdzaly o tej samej godzinie z tego samego miejsca, wiec nawet nie pomyslelismy, ze moga to byc dwa rozne autobusy.. Na pare dni sie jeszcze rozdzielalismy, ale zostawilam mu swoj prawie caly bagaz, biorac tylko to, co najwazniejsze na dwudniowy wypad na wyspe, a sama mialam wsiasc na innym przystanku. Dopiero pozniej okazalo sie, ze nie jedziemy razem. Na moje szczescie spotkalismy sie przypadkiem na granicy i odzyskalam plecak ;)

Kanadyjczyka spotkalam jeszcze pozniej kilka razy, a w Sajgonie wpadlismy na siebie w muzeum i okazalo sie, ze mieszka w tym samym hotelu co ja! Nie moge, jaki ten swiat maly ;) w ogole w drodze przewijaja sie ci sami ludzie, wciaz spotyka sie kogos, kogo widzialo sie kilkaset km wczesniej.

Moj pierwszy kontakt z Wietnamem nie byl zbyt ciekawy, ale juz w pierwszej przygranicznej miejscowosci- Ha Tien- trafilam na super milego kierowce moto-taxi, ktory pokazal mi, jak kupic bilet na autobus po cenie lokalnej, a nie turystycznej (czyli 6 dolcow zamiast 12) :) Zawiozl mnie za darmo na stacje, a nastepnego dnia (wtedy juz za drobna kase) nie dosc, ze podjechal po mnie wczesnie rano pod hotel, to jeszcze pofatygowal sie na trzecie pietro, zeby obudzic mnie, walac w drzwi, aby mi autobus nie uciekl :) No i tu pasazerowie skuterkow dostaja kask, juz jest lepiej niz w Kambodzy ;)

Na wieczornym markecie jem sobie najbardziej typowa wietnamska zupe (pho), ktora je sie tu na sniadanie, obiad i kolacje, a miedzy nogami biega mi szczur wielkosci malego kota..Chwile pozniej okazuje sie, ze to nie zaden wyjatek- biega ich tu mnostwo. To samo jest w HCMC.

krzeselka jak dla krasnoludkow w lokalnych jadlodajniach kojarza mi sie z kacikiem dla dzieci w Ikei:) A na pierwszym planie moja szama- zdziwilo mnie, ze jedza tu o wiele wiecej makaronu niz ryzu!

Busik do Sajgonu byl lepszy niz polskie PKSy na niektorych trasach (tak bylo zreszta wszedzie do tej pory), a jeden z pasazerow umila nam jazde, puszczajac wietnamskie disko ze swojego wypasionego telefonu. Nie da sie tego zagluszyc ani wlasna muzyka, ani zatyczkami do uszu, wiec marze tylko, zeby mu sie ta komorka wreszcie rozladowala. Jedziemy ponad 9 godzin, ale bateria wytrzymuje cala droge :/

O ile tajskie autostrady mozna porownac niemalze do niemieckich, to tu jezdnia wyglada jak blacha falista, dawno mnie tak nie wytrzeslo. Koles siedzacy obok probuje ze mna nawiazac konwersacje po wietnamsku, ale nie umiem mu niestety nic odpowiedziec :P po chwili pokazuje mi na wyswietlaczu swojej komory „miss go cyty” :) Kiwam glowa, ze tak (zgaduje, ze chodzilo mu o miasto) i wyciagam mape w nadziei, ze pokaze mi, na ktora z kilku stacji autobusowych dotrze nasz busik. Niestety na kazda nazwe twierdzaco kiwa glowa. Azjata nigdy nie przyzna sie, ze czegos nie wie, wiec trzeba na to brac poprawke, pytajac kogos na ulicy o droge, bo czesto wskazuje zupelnie inny kierunek, byle tylko nie powiedziec, ze nie ma zielonego pojecia.

Co kilka minut spluwa sobie siarczyscie na podloge, wiec, mimo, ze jest ciasno i duszno, laduje zapobiegawczo swoj plecak na kolana, zeby nie utopil sie w tej kaluzy :P

Chcac sie od goscia odizolowac, zakladam sluchawki i udaje, ze spie (w rzeczywistosci nie da sie przy tej trzesiawce i halasie), a ten za chwile stuka mnie w ramie i pokazuje mi kolejny komunikat na swojej komorce, nad ktorym myslal dobre kilka minut. Tym razem jest to „I don no english”. Aha, fajnie..;) usmiecham sie, bo co innego zrobic?

Nastepny pretekst, zeby „zagadac” to moje zaplatane sluchawki. W niczym mi to nie przeszkadza, ale Wietnamczyk upiera sie, ze mi je rozplacze i niemal wyrywa mi je z reki. Teraz juz ciezko ukryc „lekka” irytacje :P

Jestesmy na miejscu i jak zwykle trzeba sie przebic przez tlum taksowkarzy wrzeszczacych, ciagnacych mnie za ramie i czyhajacych tylko na okazje, zeby mnie ogolocic z kasy. Proponuja mi podwiezienie do miasta za dziesieciokrotnosc normalnej ceny, myslac, ze nie orientuje sie, jakie sa realia. Pukam sie w glowe i ide na miejski autobus.

W backpackerskiej dzielnicy, gdzie noclegi sa najtansze, czeka mnie male zdziwienie. Ceny w ciagu ostatnich dwoch lat podskoczyly dwukrotnie. Mowia, ze to inflacja, ale ja stawiam raczej na rozwoj turystyki- i nawet jedzenie jest drozsze niz w Polsce, wiec walcze ze soba, zeby nie przeliczac wciaz wszystkiego na zlotowki :P

Ludzie pracujacy w recepcji sa tak przemili, ze czuje sie tu jak w domu. Bardzo sie przejeli moim problemem z wiza (w przeciwienstwie do polskiej ambasady, do ktorej nie mozna sie dodzwonic, a konsulat w HCMC zlikwidowano kilka miesiecy temu) i dzwonia w kilka miejsc, zeby dowiedziec sie, jak wybrnac z tej sytuacji. Niestety, bezskutecznie. Za kazdym razem, kiedy wieczorem wychodzimy w miasto, przypominaja, zeby pilnowac swoich torebek, plecakow, aparatow fotograficznych, bo kradna tu strasznie.

Tu juz wprawdzie maja „normalny” alfabet lacinski, ale mimo to nic nie mozna zrozumiec. W Tajlandii i Kambodzy na ogol oprocz krzaczkow byly tez napisy po angielsku/francusku, tu nikt sie w to nie bawi, a jezyk wietnamski jest kosmiczny. Jedyne slowko, jakiego sie do tej pory nauczylam to ichniejsze „dziekuje”, ktore brzmi jak angielskie „c’mon” :)

2 komentarzy do posta Czekając na wizę

  1. Krzychu napisał(a):

    aaa! nie zostawiaj oryginału paszportu w hotelach, nigdy! :-) http://1000krokow.blogspot.com/2011/01/z-kazdego-mandaryna-traci-zlodziejem.html

    • emiwdrodze napisał(a):

      czytalam juz wczesniej:) nie boj sie, nie zostawiam, chodzi mi tylko o to, ze oni widza, gdzie sie przemieszczam i wiedzieliby, ze wyjechalam poza „vietnam economic zone”

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)