Łódki mają oczy

Ufff, wiza jest, choc nie chce nawet podliczac, ile kasy i czasu zmarnowalam, zeby dostac ten glupi stempelek w paszporcie. Co najmniej 20h nadprogramowych godzin w autobusach. Musiałam też cofnąć się z Sajgonu z powrotem na granicę z Kambodżą, ale po drodze zatrzymałam się na kilka dni w delcie Mekongu :)

Jazda lokalnym transportem jest upierdliwa do granic mozliwosci. Bardziej niz w innych krajach. Kierowcy sa na ogol chamscy i norma jest, ze obcokrajowiec placi podwojna stawke, mimo, ze na tabliczce jak byk stoi cena biletu. Mozna sie wsciekac, klocic i buntowac, ale w koncu i tak nie ma innego wyjscia, niz zaplacic, bo czesto jest to jedyny autobus, ktory dowiezie nas do celu, a cena jest i tak wciaz nizsza niz ta na autobusy typowo dla turystow. Czasem udaje sie wytargowac jakas „znizke”, ale raz zdarzylo sie, ze kiedy nie zgodzilam sie na cene TRZY razy wyzsza niz ta dla pozostalych pasazerow, kobitka powiedziala mi po prostu „bye bye”. Nie wiem, czy ta ich niechec do „bialasow” zostala im po Amerykanach, ale czesto mam wrazenie, jakby nie zyczyli sobie naszej obecnosci w ich kraju i dawali jasno do zrozumienia, ze mamy sie stad wynosic.

Wietnamczycy maja na ogol kamienny wyraz twarzy, nie usmiechaja sie prawie w ogole i gadaja, jakby krzyczeli. Pewnego razu w autobusie kobitka siedzaca obok zaczela grzebac cos przy mojej bransoletce, jakby majac o cos do mnie pretensje.  Pokazywala tez na migi nozyczki, majac chyba na mysli, ze trzeba ja uciac. Ale dlaczego? Krzyczala (albo to byl jej naturalny ton, nie wiem…) po wietnamsku i wyczekujaco na mnie spogladala, ale niestety nie umialam jej nic odpowiedziec ;)

W innym busiku babcia siedzaca obok bezczelnie zajmuje poltora miejsca i nie chce sie przesunac, mimo ze jest o wiele nizsza i chudsza ode mnie. Siedzi z rozkraczonymi nogami i rozpycha sie ramionami, wbijajac mi je miedzy zebra. Na siedzeniu ma rozwalone swoje torby i kilka razy probuje jej grzecznie zwrocic uwage, ze moglaby je zestawic na podloge, a ona kiwa glowa na nie i wierci sie bez przerwy. Na szczescie po chwili podnosi sie na moment. Wykorzystuje to i rozsiadam sie na calym swoim fotelu :) Babcia nie ma wyjscia i musi juz pozbyc sie swoich toreb, ale i tak co rusz ociera sie o mnie czy podpiera o moje kolano.  W ktoryms momencie, kiedy zarzuca mi swoja noge na kolana, czuje, ze zaraz sie zagotuje z wscieklosci. Azjaci nie znaja czegos takiego jak przestrzen prywatna, co dla nas, Europejczykow, jest ciezkie do zaakceptowania. Babcia wywala tez swoje stopy (oczywiscie obowiazkowo skarpetki do japonek) na moj plecak :/ na postoju tez co najmniej kilkanascie osob depcze po nim, wychodzac z autobusu. Aaaa! Jak dobrze miec pokrowiec na plecak- stwierdzam, ze to jeden z lepszych wynalazkow ludzkosci ;) po ponad dwoch miesiacach w podrozy jest juz mega brudny i podziurawiony, ale ciagle spelnia swoja funkcje :)

Kilka razy upewniam sie, czy autobus jedzie do centrum Vinh Long (gdzie jest docelowy dworzec autobusowy) i slysze, ze jak najbardziej tak, ale wcale mnie nie dziwi, kiedy wysadzaja mnie na jakims zadupiu, mowiac, ze dalej nie moge jechac. Oczywiscie pozostali moga. Swiadomosc, ze jest sie notorycznie robionym w konia i nie mozna temu w zaden sposob zapobiec, nalezy chyba do najgorszych uczuc pod sloncem. Chca wcisnac mi moto-taxi za rownowartosc polowy ceny 3godzinnego przejazdu. O nie, nie ze mna takie numery. Juz mnie dzis wystarczajaco w bambuko zrobili, wiec nie dam im zarobic wiecej! Mowia mi, ze do centrum jest ponad 5km, ale nie wierze. Taksowkarze zawsze zawyzaja odleglosc, wiec obstawiam, ze jest nie dalej niz 2km i zaczynam isc. Okazuje sie, ze tym razem faktycznie bylo 5km…:P Kilkanascie kg na plecach w tym upale sprawia, ze kazde „halo, madame, where u go?” z ust mijajacych mnie kierowcow moto-taxi kusi, ale uparcie pokonuje cala droge pieszo. Mam przynajmniej satysfakcje i…na przedmiesciach po drodze znajduje sklepik ze spodniami, ktorych tyle szukalam- bilans dnia wiec na plus ;)

Vinh Long to miasteczko, w ktorym za wiele nie ma. Codzienny targ dzialajacy wyjatkowo dlugo- ktoregos dnia jestem na nogach o 5 rano i jest juz tak zatloczony, ze ciezko sie przez niego przebic z wielkim plecakiem, to samo jest po polnocy. Maja mnostwo owocow, wiecej niz gdziekolwiek indziej- w delcie Mekongu jest najwiecej plantacji owocowych.

dzieciarnia pod kosciolem

Tlumy Wietnamczykow wszedzie. Jak zwykle tez pelno skuterkow. Zastanawiam sie, dokad ci ludzie tak wciaz jada. Oni nie znaja czegos takiego, jak spacer. Chocby mieli do przebycia 50m, jada zamiast isc.

Turystow nie ma tu prawie wcale, przez co jest bardzo tanio. Przez caly dzien wydalam na jedzenie polowe tego, co w Sajgonie za jeden posilek!

Lonely Planet juz kolejny raz pomaga mi wynegocjowac dobra cene, bo na poczatku oczywiscie podaja mi zawyzona stawke, ale powoluje sie na przewodnik. Kobitka w recepcji pyta sie najpierw, jaki jest moj zawod. Odpowiadam oczywiscie „student” (w koncu oficjalnie jeszcze nia jestem)- to zawsze dziala ;) Trzeba przyznac, ze hoteliki maja na dobrym poziomie- nawet te najtansze sa czyste i na ogol bez grzyba i maja na wyposazeniu nawet lodowke i TV. W lazience standardowo oprocz szczoteczek do zebow- przechodzony grzebien z lupiezem…Spotyka sie to w kazdej niemal toalecie publicznej, fuj.

Z Vinh Long wybieram sie na jednodniowa wycieczke po kanalach Mekongu. W Sajgonie byly tez zorganizowane wyprawy 1-, 2- lub 3-dniowe, ale wychodzilo to sporo drozej, a poza tym to masowka, a tu plyne sobie mala lodeczka w kilkuosobowej grupie.

kanalikow bez liku

i mnostwo mostow- w roznym stanie

tak sobie tu ludzie zyja

Cisza, spokoj, zyc nie umierac

…choc ruch na Mekongu jest prawie taki, jak w Sajgonie- tyle, ze tu zamiast skuterow- lodeczki.

wiekszosc z nich ma namalowane oczy i „nosy” :)

dostajemy takie kapelusze do ochrony przed prazacym sloncem

Udajemy sie na plywajacy targ- handlarze przyplywaja tu z okolicznych wiosek i spia na lodkach przez kilka dni, dopoki nie sprzedadza calego towaru.

Przewodnik mowi nam, ze targ zaczyna sie „wczesnie rano”- a ma na mysli 2 w nocy :D Cisza nocna w hotelach tez obowiazuje tylko do 4.30…

Najwiecej jest arbuzow, bo czerwony to szczesliwy kolor w nadchodzacym okresie chinskiego Nowego Roku. Poza tym kwiaty, kwiaty i kwiaty. I owoce.

zasieg komorek dotarl juz tez i tutaj

przy targu musi byc tez kosciol

Odwiedzamy „fabryke” papieru ryzowego i innych smakolykow- robia tu np. ryzowy popcorn(!) i cukierki karmelowo-kokosowe (pychota)- wszystko to reczna produkcja.

tak robi sie papier ryzowy, w ktory pozniej zawija sie sajgonki- smazy sie go jak nalesniki

Zatrzymujemy sie tez na wysepce, gdzie mamy czas wolny na jazde rowerem albo lezenie na hamaku. Wraz z dwoma Belgijkami bierzemy rowery i oddzielamy sie od wycieczki, wybierajac sie na obiad do lokalnej knajpki, zamiast przeplacac w knajpie kuzyna/wujka przewodnika, za co ten sie na nas obraza i nie jest juz wiecej tak mily, jak przedtem.

Po dwoch dniach jezdzenia tylko lokalnymi busikami zaczelam sie czuc juz na tyle nieswojo, ze ucieszylam sie niezmiernie, spotykajac Belgijki, z ktorych jedna mieszka w Wietnamie i mowi troche po wietnamsku. To nie pomoglo w zdarciu przez kierowce od nas podwojnej stawki. Znow tez wysadzaja nas na jakims zadupiu- obstawiamy, ze specjalnie i z premedytacja- tym razem musimy wziac moto-taxi, zeby zdazyc na kolejny autobus, ktory odjezdza z przystanku, na ktorym mieli nas wysadzic…Mam juz dosyyyyc, a najgorsze przeciez dopiero przede mna, bo jade na granice walczyc o nieszczesna wize.

Oczywiscie okazuje sie, ze aby podstemplowali mi moja wize do Wietnamu, musze najpierw z niego wyjechac, potem wjechac do Kambodzy (i zaplacic $20 za ich wize), nastepnie z niej wyjechac i dopiero wrocic do pierwszego okienka. Najpierw wmawiaja mi jeszcze, ze musze jechac z powrotem do ambasady w Sihanoukville, zeby wyrobic druga wietnamska wize, bo ta moja nie jest wazna, ale nie daje sie. Mowia tez, ze bylam w Sajgonie nielegalnie, bo tamta wiza tego nie obejmowala i chca wyludzic kare za to. Nie mam juz nawet pojecia, jakie mialam na niej prawa. Dunka, z ktora gdzies tam gadalam, przejechala na niej caly kraj…Moze wiec nawet nie musialam wracac na to przejscie graniczne? [ironia-mode-on] Specjalne podziekowania dla ambasady polskiej, ze mozna na nia zawsze liczyc, jak potrzebna jest pomoc…[ironia-mode-off]. Pozniej chca za kambodzanska $25, wciskajac mi kit, ze to jest normalna cena. Jak sie nie zgadzam, mowia, ze „specjalnie dla mnie” bedzie znizka- $22 :) pod warunkiem, ze spedze choc jedna noc w Kambodzy. Nie ma mowy, tlumacze im, ze podrozowalam po ich kraju juz 3tygodnie, zostawiajac tam duzo dolarow i nie mam zamiaru wydac ani jednego wiecej. W koncu sie udalo zaplacic normalna stawke, ktora nawet jest wpisana na wizie. Przy kazdym z kilku kolejnych okienek przez pare minut uwaznie ogladaja kazda strone mojego paszportu, szukajac tylko, do czego mozna sie jeszcze przyczepic. Wszystko powoli i z wielka laska. Serce mi juz wali jak szalone. Jesli tak samo wygladal komunizm w Polsce, to mam wielkie szczescie, ze urodzilam sie, jak juz sie konczyl :) Jak docieram po raz kolejny do punktu medycznego, czy jak tam to zwal i ten sam koles co ostatnio znow zyczy sobie „one dollar”, smieje mu sie w twarz, chociaz wiem, ze nie powinnam igrac ze sluzbami w tym kraju. Przepuszcza mnie bez slowa.

W ciagu jednego dnia zapelnili mi stempelkami kilka stron w paszporcie, ale mam w koncu miesieczna wize i moge spokojnie jechac juz na polnoc :)

W przygranicznym Ha Tien spedzam 9godzin na dworcu autobusowym, czekajac na nocny autobus do Sajgonu. Wreszcie mam czas, zeby spokojnie poczytac sobie ksiazke. Nie mam ochoty ruszac sie do miasta, bo juz tam bylam i wiem, ze to nic ciekawego, ale przez pierwsze dwie godziny taksowkarze kraza wkolo mnie, przescigajac sie w oczywiscie „super atrakcyjnych cenowo” ofertach wycieczek. Chce wziac autobus sypialny- taki z lozkami zamiast foteli, ale okazuje sie, ze akurat teraz nie kursuje, bo…kierowca pojechal na urlop :)))

ten wprawdzie nie na urlopie, ale tez sobie odpoczywa

markowy autobus ;)

Do Sajgonu docieram wczesnie raniutko. Czuje sie tu juz jak w domu- jak fajnie wiedziec, do ktorego autobusu wsiasc i do jakiego hotelu kierowac kroki :) znow ten fajny hotelik i znow fajni ludzie- az sie nie chce stad wyjezdzac. Wieczorem udajemy sie na super tanie piwo przy krasnoludkowych stolikach rozstawionych normalnie na ulicy. Wlascicielka (w pizamie, niczym w Kambodzy) jest strasznie agresywna i wrzeszczy na wszystkich. Przegania ulicznych sprzedawcow ze swojego terenu, biegajac za nimi i grozac im chyba, smieszna kobita.

normalny widok w centrum 7milionowego miasta

chodzilo pewnie o ajfona :)

Poznalam Francuza- kolejnego gościa, o ktorym moglabym powiedziec „urzekla mnie Twoja historia”. Prosty czlowiek, poszedl do pracy zaraz po zawodowce, byl piekarzem przez ponad 10 lat, za granice wyjezdzajac najdalej do Niemiec, az w koncu rzucil wszystko, sprzedal mieszkanie i bez znajomosci angielskiego pojechal do Nepalu wspinac sie na Annapurne! To sie nazywa skok na gleboka wode! Teraz juz jezdzi kilka miesiecy po calej Azji.

A teraz relaks w Mui Ne, tu spotkalam sie znow z Agata :) Czas odkurzyc kostium kapielowy i olejki do opalania :)

2 komentarzy do posta Łódki mają oczy

  1. Łukasz napisał(a):

    Gratuluję świetnej przygody.

    Pamiętaj, że oprócz obywatelstwa polskiego masz jeszcze obywatelstwo UE i jeśli w danym kraju nie ma ambasady polskiej, jest ona nieczynna lub nie może Ci pomóc, wówczas możesz zgłosić się do innej ambasady kraju UE. Warto spróbować tej opcji w trudnej sytuacji.

    Miłych wojaży

    • emiwdrodze napisał(a):

      tu bardziej chodzilo o udzielenie informacji, bo i tak nie mogliby mi w zaden sposob pomoc, a rozne kraje europejskie maja rozne zasady wizowe, np Dunczycy nie potrzebuja ich w ogole, dlatego taka dajmy na to dunska ambasada moglaby nie miec pojecia o zasadach obowiazujacych dla tych z polskim paszportem.

Przydał Ci się ten wpis? Najlepiej podziękujesz klikając w reklamę, to nic nie kosztuje! :)